czwartek, 25 września 2014

Nie jestem singielką

Podobno ludzie, którzy nie są w związku dzielą się na singli i na samotnych. Na poszukujących i na tych, którzy siedzą z założonymi rękami i czekają na cud. Stare panny dzięki aktywnemu puszczalstwu wywalczyły sobie wyzwoloną etykietkę singielki, a kawalerowie korzystają ze wszystkiego co było do tej pory zarezerwowane dla facetów, którzy mieli jaja by podjąć zobowiązania. Status związkowy stał się nowa tożsamością. Każdy chce mieć ciastko i zjeść ciastko. Bycie singlem to zajęcie dwadzieścia cztery na siedem non stop kolor. Pochłania siły fizyczne, niszczy zdrowie emocjonalne i pożera pieniądze. Zanim się obejrzysz starasz się za bardzo i stajesz się zdesperowanym cielątkiem. Twój deficyt bliskości zastępuje wszystkie cechy osobnicze. Stajesz się nie dość dobra, zbyt wymagająca, o za niskich i za wysokich oczekiwaniach jednocześnie, o zbyt dużych ambicjach jak na emocjonalna wycieraczkę. Twoim udziałem stają się kompleksy, które wyśmiewałaś jak egzotyczne choroby weneryczne. Zaczynasz mieć problemy, o których pisałaś do tej pory na blogu, bezczelnie drąc łacha z samotnych desperatek, wytykając dziury w myśleniu i potępiając gonitwę za prosamczymi idiotyzmami. Zanim zaczęłaś randkować byłaś wyzwolona, zaspokojona, zadowolona z samej siebie i ze swojego świata, który konstruowałaś z takim trudem, nie poddając się wszechobecnemu imperatywowi braku. Natomiast od kiedy zaczęłaś identyfikować się jako praktykująca singielka... Teraz zaczynasz się zastanawiać. Czy może jednak nie musisz dochodzić za każdym razem gdy uprawiasz seks? Czy może powinnaś zacząć golić bobra? Czy powinnaś czasem zejść o szczebel niżej na intelektualnej drabinie i przynajmniej zanim nie zrobisz mu laski, nie straszyć go jaka wyemancypowana, oczytana, inteligentna i charyzmatyczna jesteś. I może w ogóle nie przyznawać się że jesteś feministką, chcesz mieć męża i trójkę dzieci, kiedyś byłaś lesbijka, potem poliamorycznym biseksem, teraz jesteś nudnym monogamicznym heterykiem, a twoim największym marzeniem jest napisanie pornosa, który odmieni świat... Tak. Najlepiej Katarzyno w ogóle nie bądź sobą, wskocz w parę szpilek i dopraw sobie długi, blond warkocz.

Tak. To jest możliwe żeby zgłupieć tak naprawdę.

Otrzeźwienie przyszło gdy piłam sobie rano kawusie, w jednej ręce trzymając telefon (bo w każdej chwili ON może napisać/odpisać/zadzwonić, a tym razem to twoja kolej żeby nie reagować i wziąć go na wstrzymanie przez najbliższe sześć do ośmiu godzin i szczerze powiedziawszy nie możesz się doczekać kiedy szala the dating game przechyli się na twoją stronę) oraz kindla, do którego załadowałam trzy poradniki; "He is not that into you", "Be honest, you are not that into him either" oraz "What the hell is he thinking". W drugiej ręce ściskałam Guardiana, którego pochłaniałam zapominając o oddychaniu. W weekendowym wydaniu były dwa specjalne dodatki, jeden o Miłości i długoterminowych związkach (czyli jak im to się udało), a drugi o randkach w ciemno ze szczególnym naciskiem na te internetowe (czyli czemu mi to nie wychodzi). W lodówce stała nie dopita butelka pinot blush, resztka z wczorajszego wieczoru, który spędziłam w ogrodzie z dziewczynami, roztrząsając przez bite pięć godzin związki i rozwiązki, seks i nie seks, i czy myślisz, że on chce tylko ze mną sypiać, bo niby za pierwszym razem przytulaliśmy się i pełno było postkoitalnego flirtu, ale już za drugim razem zostawił mnie taka rozgrzaną i powiedział, ze musi iść siusiu, dosłownie piec sekund po tym jak doszedł. Na sznurku suszyły się specjalne majtki na wypadek gdyby zechciał mnie zobaczyć dziś wieczorem, a w pralce wirowała specjalna sukienka na wypadek gdyby zechciał mnie zobaczyć w weekend. Podniosłam leniwie wzrok znad gazety, żeby odczytać emaila. To mogła być wiadomość z jednej z dwóch platform internetowego randkowania, na których miałam wciąż aktywne profile z nieaktualnym zdjęciem. To jednak nie był potencjalny ojciec moich dzieci. To był mój wydawca. Sprawa była prosta. Zawaliłam już dwa deadline'y na dostarczenie pierwszej próbnej wersji Mojej Wielkiej Pornograficznej Powieści. Własnie miałam zawalić trzeci. Trzysta stron szkicu o moich londyńskich hulankach erotycznych gniło gdzieś w czeluściach obrosłego pajęczyną laptopa. Tekst nie miał polskich znaków, nie miał prawie żadnej interpunkcji i przypominał neurotyczny ciąg świadomości pisany z perspektywy kogoś, kto może się i dobrze bawi, ale zaczyna zatracać umiejętność posługiwania się ojczystym językiem na rzecz teas, cocks and mthrfckndickheads. To była zaledwie poszerzona wersja listy moich londyńskich podbojów, którą prowadziłam w telefonie, wciąż udoskonalając skomplikowany system gwiazdek. Wydawca ździebko się zdenerwował gdy odpowiedziałam, że generalnie tekst jest może i o parę przygód/rozdziałów dłuższy i pikantniejszy, ale stoi w tym samym miejscu co przed trzema miesiącami i ja rozumiem, ze chcą mnie wydać na święta bożego narodzenia, ale ja wciąż jeszcze ujeżdżam... tzn zbieram materiały.
- Katarzyno, a tak właściwie to czym się zajmujesz w Londynie? Co Cię tak całkowicie pochłania, że problemem staje się marne trzysta stron skondensowanego lipshita? Na pewno nie radosne puszczanie się na prawo i lewo. Wiem, bo to na pewno nie oderwałoby Cię od pisania. - padło pytanie.
Już miałam fuknąć z oburzenia. No jak to czym?
No właśnie.
Mój wydawca znał mnie z czasów gdy posługiwałam się językiem polskim o wiele lepiej niż teraz i nawet gdy nie zajmowałam się pisaniem to zajmowałam się pisaniem. I żadne genitalia nie mogły mnie oderwać od opisywania, przekształcania i analizowania seksualności własnej bądź cudzej. A teraz? Gdybym mogła chociaż powiedzieć, że zajmowałam się poszukiwaniem bądź nabieraniem doświadczeń. Gdybym mogła chociaż powiedzieć, że zajmowałam się przeżywaniem z zamiarem opisania. Gówno prawda. Zajmowałam się randkowaniem. Traciłam cały wolny czas i wszystkie zasoby finansowo energetyczne, rozmiękczałam intelekt i rozwadniałam doświadczenie, tylko po to by stać się pełno etatową singielką.

Randkować zaczęłam we wrześniu zeszłego roku. Po burzliwych miesiącach zapuszczania korzeni w Londynie doszłam do poziomu jakiej takiej stabilizacji. Czytaj zaczęło mi być wygodnie. Czytaj zaczęło mi się nudzić. Zarabiałam dostatecznie dużo pieniędzy by móc je wydawać. Miałam przytulny kąt z dwuosobowym łóżkiem, którym mogłabym się podzielić. To był naturalny, następny krok. Po niezobowiązujących romansach, dzięki którym poznałam podstawowe zasady The Dating Game, przyszedł czas by poznać kogoś miłego, kogoś z kim mogłabym regularnie jadać na mieście i uprawiać wspaniale nudny, związkowy seks. Kogoś komu bez stresu mogłabym pozwolić wylizywać godzinami cipkę i używać mojej szczoteczki do zębów. Zamysł i początkowa intencja były naprawdę proste. Potem wszystko się pokomplikowało. W dwadzieścia angielskich randek.

Poznałam naprawdę fascynujących ludzi, jak i totalnych idiotów. Smutne, że bez wsparcia internetu i jasno określonej seksualnej gotowości, pewnie by mi się to nie udało, jako że ludzie zamiast się podrywać, bawią się swoimi telefonami. Udało mi się zwiedzić v&a i tate modern po godzinach zamknięcia, w samym środku nocy, ślizgając się po marmurowych posadzkach i dotykając eksponatów. Znam tylne uliczki west endu i potrafię z zamkniętymi oczami poruszać się po knajpach east endu. Dostałam zaproszenie na festiwal do Edynburga, byłam na otwarciu Isabella Blow at Somerset House, gdzie bujałam się z przyjaciółmi McQueena i po pijaku jeździłam na łyżwach. Włamałam się do Raymond Revue Bar. Spałam w lofcie na Fritzovia i squocie na Brixton. Wiem wszystko na temat alternatywnych źródeł energii i alternatywnych programów edukacji początkowej. Umawiałam się z performerem, informatykiem, aktorem, pisarzem, dramatopisarzem, muzykiem klasycznym, nauczycielem, autorem przemówień ślubnych i studentem psychologii muzyki, który bada system językowy jakim posługują się delfiny. Zostałam zatrzymana za obrazę moralności na Soho i upiłam w polskim barze lesbijkę ukryta w męskim ciele. Zostałam pogryziona, porzucona i zanudzona na śmierć. Byłam w poliamorycznym trójkącie. Trzem osobom na dwadzieścia randek trzech płci, udało się doprowadzić mnie do orgazmu. W jednej osobie zakochałam się od pierwszego wejrzenia i do końca życia i na amen, ale po miesiącu wyjebanego w kosmos seksu, rzucił mnie. Kilka osób się we mnie zakochało, na zabój i na amen, ale bardzo szybko je rzuciłam.

I gdzieś w trakcie beztroska zabawa w randki zamieniła się w bycie pełnoetatową singielką. W czytanie znaków i rozpoznawanie podtekstów. Bycie uczciwym i otwartym, zmieniło się w lawirowanie pomiędzy niepisanymi zasadami the Dating Game, w komponowanie smsa przez dwie godziny i z użyciem koleżanki. Seks stał się narzędziem sprawowania kontroli i elementem przetargowym. Zniknęła spontaniczność, pojawiło się projektowanie fantazji i budowanie oczekiwań. Zniknęła nieskrępowana zabawa w puszczalstwo, pojawiła się kalkulacja, rachunki zysków i strat, plusy i minusy gromadzone po dwóch stronach kartki. Pojawiły się bezsenne noce, zarwane z powodu jednego krzywego spojrzenia. Pojawiło się knucie, planowanie i próby przewidzenia nieprzewidywalnych ludzkich zachowań. Pojawił się płacz, rozczarowanie, kłopoty z jedzeniem i oglądaniem się nago w lustrze. Po raz pierwszy w życiu nie byłam dość dobra. Po raz pierwszy wszystkim co robiłam rządził deficyt bliskości. Imperatyw nudy zmienił się w imperatyw braku.

Jeszcze w Warszawie, pamiętam, mechanizm był zupełnie inny. Nigdy nie narzekałam na brak towarzystwa. Zawsze pod ręka był jakiś seks, o który nie musiałam zabiegać. Dlaczego? Bo się nie starałam. Nie robiłam niczego celowo. Nie startowałam w wyścigu. I wasn't on the market. Nie konkurowałam z nikim, a już na pewno nie z pozostałymi singielkami. Nie miałam listy życzeń i nie wypatrywałam syndromów odrzucenia. Nigdy nie warowałam przy telefonie. Nigdy nie byłam za gruba czy za stara. W łóżku bezczelnie i bezwzględnie zabiegałam o zainteresowanie moją łechtaczka. Nigdy nie przepraszałam za to, że mam okres i zakrwawiłam komuś mieszkanie. Nie to było zawsze nie, nigdy może. I pisałam. Pisałam. Nawet gdy nie pisałam to pisałam. I zamiast od jednej randki do drugiej, żyłam od przygody do przygody, od jednego wpisu na bloga do następnego, od jednego rozdziału książki do następnego. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy żeby zastanawiać się co jest ze mną nie tak, mówić o sobie, że jestem nie dość. Singielka jest zawsze nie dość. Nie dość ładna, inteligentna, nie dość dobra w łóżku, nie dość obyta w towarzystwie, nie dość dobra na bycie trofeum, żoną, kumplem, kochanką. Singielce zawsze czegoś brakuje, zawsze jest miejsce na ulepszenia i nabycie kolejnych umiejętności, zawsze coś może być lepiej. Singielka jest zawsze sama, samotna. w wiecznym napięciu, w wiecznym przewidywaniu, w wiecznej zmianie. W wiecznym oczekiwaniu na rozpoczęcie prawdziwego, właściwego życia. Wszystko co działo się do tej pory to jedynie preludium, przygrywka, nic nie znaczące epizody, które trzeba przetrwać zanim rozpocznie się właściwe.

Oficjalnie przyznaję się do błędu. Przyznaję, że bycie singielką jest do dupy. Na szczęście można przestać. Po prostu. Powiedzieć dość opresyjnemu systemowi stereotypów, w który wplątałam się na własne życzenie. Wykasowałam profile randkowe, wykasowałam numery telefonów, zaczęłam zapuszczać włosy pod pachami. Przyznaję, bawiłam się na sto dwa i przez rok Dating The English dowiedziałam się o swojej emocjonalności i seksualności więcej niż przez cale życie. Nadszedł jednak czas by zwolnić miejsce w wyścigu. Wiem już, że presja jest ogromna, a tożsamość singielki jest produktem, który napędza cały rynek (czasopisma, poradniki, ciuchy, drinki, wosk, szpilki, szminki, wibratory, kursy erotyczne soft bondage w seks shopach i jednoosobowe dania do mikrofalówki w Sparksie). Jednak problemem jest nie konsumpcja, która przesłania prawdziwy cel randkowania. Problemem jest struktura działania, która przypomina uzależnienie. Uzależnienie od randkowej adrenaliny nakręca spirale stu pierwszych randek, stu pierwszych telefonów, stu pierwszych pocałunków i stu pierwszych razów. Nie uczysz się, tylko nabierasz co raz więcej apetytu. Jesteś w randkowym ciągu. I nawet jeśli ci nie wychodzi, raz po raz, to każda nowa przygoda jest na tyle ekscytująca, że przyćmiewa wszelkie niepowodzenia. Im bardziej ci nie wychodzi, tym bardziej w to brniesz, a im bardziej w to brniesz, tym bardziej ci nie wychodzi. I za każdym razem obiecujesz sobie, i za każdym razem zaklinasz, że następnym razem będziesz bardziej niedostępna, mądrzejsza, seksowniejsza, bardziej opanowana, bardziej otwarta, bardziej skupiona na znakach wróżbach chorągiewkach i symptomach. Że następnym razem nie dasz się. Że każesz za sobą gonić aż na koniec świata, że stłumisz własne popędy i że trzeba będzie na Ciebie zasłużyć. Że następnym razem gdy pójdziesz z nim do łóżka, to tylko gdy będziesz pewna. I że już wcale nie chcesz wychodzić za mąż i rodzić dzieci. I już wcale nie chcesz uprawiać przedmałżeńskiego seksu. Jedyne czego chcesz to wyjść z twarzą, ocaleć, nie stracić resztek godności w całej tej zabawie w bycie singielka. Zakończyć grę, gdy choć raz przewaga będzie po twojej stronie.





EPILOG

Więc skoro już tego nie robisz, skoro nie jesteś już singlem, to co tak naprawdę ci szkodzi. Ten jeden jedyny ostatni raz. Ostatni z ostatnich.
Wiec umawiasz się na jedną ostatnią randkę, z kimś kto ci się wcale nie podoba, z miłym facetem, którego normalnie zbyłabyś wzruszeniem ramion. Idziesz na tą randkę żeby trochę podbudować sobie ego. Mówisz koleżankom, że "on jest miły, ale jest zupełnie nie w moim typie, bo taki chudy, śmieszny i ogląda Grę o Tron i potyka się o własne nogi. I w ogóle to wygląda jak wiewiórka." A koleżanki mówią, że "miły to powinien być twój typ". I za każdym razem gdy idziesz na spotkanie, jesteś wyniosła i skwaszona, bo przecież nie chcesz tego robić. Nie strzyżesz bobra ani nie zakładasz fikuśnej bielizny. A potem gdy on się pojawia, uśmiechasz się od ucha do ucha, bo on cię strasznie bawi, dokarmia twoje wewnętrzne dziecko i przywołuje atmosferę domu, poczucie bezpieczeństwa. I potem całuje cię pod London Bridge i nie możesz oddychać, bo to jest taki pocałunek jak na filmach. I potem czekacie miesiąc żeby pójść do łózka i za pierwszym razem jest dziwnie, a za drugim dochodzisz tak, że nie wiesz jak się nazywasz. I przyglądasz się temu śmiesznemu, zwyczajnemu chłopakowi, który ładnie pachnie i jest miękki i który wcale ci się nie podoba, ale przy którym zaczynasz trochę tracić głowę, i po którym nigdy przenigdy nie spodziewałaś się że jest aż tak dobry w łóżku. I zastanawiasz się nad tymi wszystkim spektakularnymi dziewczynami, których faceci to totalne przeciętniaczki i jak nikt nie wie dlaczego oni są razem i może własnie tobie się to też zdarzyło. I zastanawiasz się czy może czas na zastrzyk z dopaminy. Oksytocyna to dziwka jak mawiają wszystkie seks blogerki. Czy naprawdę wystarczy rozśmieszyć dziewczynę, zabrać ją do zoo i potem umiejętnie bzyknąć, poświęcając dużo czasu na wylizywanie jej cipki, czy wystarczy tylko tyle żeby ta dziewczyna zaczęła się zakochiwać? Żeby przestała być singielką?
A potem ten kutas podpisuje roczny kontrakt z orkiestrą w Pekinie i karmi cię na pożegnanie wielkim tortem z bullshitów o związkach na odległość i że to nie ty, ale on. Przez trzy dni opłakujesz zranione ego i utracone orgazmy, po czym zaczynasz się zastanawiać czy nie przydałaby Ci się kolejna randka. Tak tylko, żeby podbudować poczucie własnej wartości, żeby poczuć się znów przez chwilkę sexy, żeby tym razem kontrolować sytuację tak do końca. I tym razem umówisz się z prawdziwym skurwysynem, takim z brodą i z tatuażami, i w końcu już nie jesteś już singielką, i tym razem na pewno będziesz.......

2 komentarze:

Lo tna pisze...

Lesbijka, poliamoryczny biseks, monogamiczna heteryczka...
Dawno mnie nie było.
Ciekawe bardzo!

lipshit pisze...

Matko Bosko Częstochowsko! Jesteś trzecim duchem z przeszłości, który mnie nawiedził w przeciągu zaledwie jednego tygodnia.
Gdzie można Cię teraz znaleźć w sieci? Jeśli nie można, znajdź mnie koniecznie.