poniedziałek, 17 lutego 2014

Londyńska emancypacja Katarzyny Frank

Ten post dedykuję KR. Moja emancypacja nie byłaby możliwa bez Ciebie. Twoja beze mnie. 

- To jest możliwe urodzić się ze złamanym sercem. - mówi do mnie pochylając się nad drewnianym stołem. Nie jest zimno. Zima w Londynie jest wilgotna, ale nie zimna. Kurtki leżą porzucone na ławce. Siedzimy w samych marynarkach, jak nie-turystki. Na nogach mamy chelsea boots. Wypuszczamy dym równocześnie, przygryzając lukrecjowe bibułki naszych rollies. W jej słowach słyszę echo pierwszego zdania mojej Wielkiej Książki, książki która miała mnie uratować i odmienić świat.  – Można mieć złamane serce w momencie poczęcia. Takie serce nie jest zdolne do miłości, a już na pewno nie do miłości w rozumieniu mas, miłości opisanej w książkach i pokazanej na filmach. Nie obwiniam swoich rodziców. Myślę, że naprawdę się starali , ale bardzo szybko zabrakło im cierpliwości. 

Mam tremę. Czasem wydaje mi się, że już nie potrafię tego robić. Pisać. A czasem jestem przekonana, że tak naprawdę nie potrafię nic innego, że oprócz łóżka w niczym innym nie jestem aż tak spektakularnie, epicko dobra. Minął już rok odkąd jestem z Londynem. Jestem kimś zupełnie innym. Zmiana dokonywała się stopniowo i gwałtownie. Teraz należę do szczęśliwców, należę do uprzywilejowanych. Należę do najedzonych, seksualnie aktywnych, seksualnie zaspokojonych, intelektualnie rozbudzonych. Nie wyróżniam się pośród The London Crowd. Wiem gdzie należy pójść żeby spotkać podobnych do mnie. Nie potrzebuję żadnych pieniędzy, wystarczy być uprzejmym dla nieznajomych. Wystarczy mieć burberry coat i vintage cigarette box. Wystarczy mieć naprawdę dobry gust i jeszcze lepszy akcent. Wystarczy być skromnym i dobrze wychowanym. Wystarczy nie bać się zrobić z siebie idioty i tańczyć tak jakby nikt na ciebie nie patrzył. Wystarczy zachowywać się tak jakby bycie sobą nie kosztowało cię żadnego wysiłku.

W pewnym momencie zadecydowałam, że nie wrócę do lipshit bloga. Moja perspektywa zmieniła się diametralnie. Teraz należę do uprzywilejowanych konsumentów zachodnich dóbr.  Nie mam o co walczyć. Jestem częścią klasy pobłogosławionej dobrobytem ideologicznym. Opisywanie jak wygląda teraz moje życie, jak wygląda błoga, ekscytująca, beztrosko promiskuitywna codzienność pozbawiona społecznej oceny, byłoby jak kopanie leżącego. Przecież domyślacie się drogie lipshit dziewczęta, że przy odrobinie szczęścia i odpowiednio zgrabnym tyłku może być tutaj naprawdę dobrze. Lepiej. Łatwiej. Szybciej. Mocniej. Smaczniej. Różnorodniej. Tutaj możesz naprawdę mieć wszystko na co masz ochotę, wtedy kiedy masz na to ochotę. I to nie jest kwestia materialna. To kwestia intelektualnego bagażu i odrobiny odwagi. Drogie lipshit girls, po co wam kolejna emigrancka bajka o promiskutitywnej, biseksualnej, poliamorycznej szmacie, która dobrze się bawi. O szmacie, która naprawdę dobrze się bawi. O wiele lepiej niż wy. To jest tani sadyzm, narcyzm za trzy grosze. To jest obrzydliwa intelektualna masturbacja, walenie sobie mentalnego konia tuż nad głowami tych, którym odmawia się podstawowych praw. To jest niegrzeczne, nieuprzejme i pozbawione klasy.

Z drugiej strony mogę wam opowiedzieć jak można żyć inaczej. Jak w chwili gdy nie można zmienić świata można zmienić samego siebie. Można się ostatecznie wyemancypować. Rok temu opuszczając Warszawę bez pieniędzy, bez pracy i bez mieszkania, postawiłam wszystko na jedną kartę. Albo przetrwam albo nie. Albo zmienię się na tyle by móc odczuwać życiową satysfakcję albo umrę. Albo uwiodę Londyn albo .... tutaj nie było żadnego albo. W jeden rok udało mi się zrealizować wszystkie swoje fantazje. W jeden rok udało mi się:

zakochać się Londynie
zakochać się w Katarzynie Frank.
zostać feministką. Bycie kobietą już nie wystarczy. Zawsze być przede wszystkim feministką. Promiskuitywna poliamoryczna szmata jest na drugim miejscu. 
złamać komuś serce
pozwolić by ktoś złamał mi serce
przeżyć najwspanialszą przygodą miłosną, której nie wymyśliłabym dla samej Kasi Pepper
przeżyć  na własnej skórze wszystkie perwersje opisane w Zmyślnych Dziewczętach
bzyknąć więcej osób niż udało mi się przeczytać książek
mieć jedną kochankę i dwóch kochanków równocześnie i nie być zakochaną w żadnym z nich

nie zarobić zbyt wiele pieniędzy, które nie mają żadnego znaczenia
odwiedzać muzea tylnymi drzwiami
nie pozwolić pocałować się pod św Pawłem
kilka razy prawie spotkać Cumberbatcha
walczyć z pokusą by nie okraść Marka Gatissa
pokochać swoje ciało. Całkowicie zaakceptować swoją cielesność i wreszcie zacząć się nią cieszyć. Odrzucić każdy medialnie narzucony stereotyp dotyczący skomercjalizowanego kobiecego ciała. Wreszcie zrozumieć, że nie jestem ani gruba ani chuda ani brzydka ani ładna ani stara ani młoda. Zrozumieć, że jestem sobą. Odrzucić niepotrzebny balast w postaci obcasów, szminek, niewygodnej bielizny i ubrań w których liczy się metka. 
nauczyć się, że jedyny sposób w jaki wypada wyróżniać się z tłumu to gdy  otworzysz usta bo naprawdę masz coś do powiedzenia. Każdy inny sposób jest powierzchowny i nietaktowny. 
obciąć włosy tak by przypominać angielskiego chłopca ze szkoły z internatem
zapominać polskie słowa, chociaż tak bardzo się staram, zawsze się staram mówić po polsku z pedantyczną dokładnością
pogodzić się z tym że jestem szmatą. Promiskuitywną, poliamoryczną szmatą. Ideał monogamicznej miłości jest równie fałszywy co skomercjalizowany ideał kobiecego piękna. Chcę kochać wiele osób równocześnie i żyć w nieustannym oczekiwaniu na kolejną przygodę.
nie pogodzić się z tym, że mężczyzna w którym zakochałam się, nigdy nie będzie mój. I ze słodką hipokryzją codziennie fantazjować, że ze swoim krzywym uśmiechem powie „I’m so sorry petite.” realizując wszystkie różowe, lukrowane, nierealistyczne założenia monogamii. Do taktu kopyt jednorożców. 
nauczyć się tyle nowego o własnej seksualności. Przestać zamykać się w „lubię/nie lubię”. Próbować. Wciąż próbować nowego. I nigdy nie bać się. I nigdy nie udawać. Odważnie przyznawać się, że się nie doszło. Odważnie mówić o tym, że jest się dziewczyną, która bardzo ciężko dochodzi, bo dochodzi tylko wtedy gdy jest zakochana. I cieszyć się całym ogrodem seksu, który obrasta wąską grządkę orgazmu.
zrozumieć że zmysłowość, że bycie seksualnie pociągającą to nie gadżety, to nie to co na sobie, nie to co w szufladzie, pod łóżkiem, nie to co na baterie, nie to co na prąd, nie to co na ekranie, nie to co u koleżanek, nie to co na seks blogu, nie to co inni, nie to co oni. Że prawdziwy erotyzm leży tam gdzie nie potrzeba się posiłkować niczym więcej oprócz nagiego ciała. Wszystko inne jest protezą i oszustwem. 
odrzucić system celebrycki i skomercjalizowane, sztucznie wykreowane potrzeby
biegać z jednej imprezy na drugą, z jednego otwarcia na drugie
zerzygać się w Saatchi i dojść w V&A
nigdy nie pójść do Harrodsa, nigdy nie wejść do Selfridges
dopieszczać wewnętrznego snoba, dbać o wewnętrznego zboczeńca
leżeć cały dzień w łóżku nago, palić papierosy, słuchać starych płyt i gadać o niczym
spędzić weekend w Brighton
kultywować swój bespoke fetish
pozwolić by ktoś sprał mnie na kwaśne jabłko
jeść tylko ciastka i pić tylko herbatę
bzyknąć kogoś w szelkach, ze spinkami do mankietów i w staromodnym kapeluszu
zapuścić spektakularne, miękkie, pachnące włosy łonowe. I chwalić się nimi. I nie ulegać obsesji normatyzowania ciała przez diety, przystrzyganie, wyrywanie i woskowanie. 
zostać pełonoprawynm pescowegetarnianiem i aspirującym weganinem
jeździć konno
zostać na Soho niemal aresztowaną za publiczną obrazę moralności
przepraszać za trzecią serię BBC Sherlocka
cieszyć się, że mam stary komputer i brzydki telefon. Nie być niewolnikiem nowoczesnych technologi.
mieć członkostwo w bfi
umieć się odnaleźć z przyjaciółmi w tłumie shoreditch bez umawiania się w konkretnym miejscu
fantazjować o Stephenie Fry’u. Zawsze fantazjować o Stephenie Fry’u. 
wreszcie zrozumieć, że nic mnie bardziej nie podnieca niż twardy kutas. Że nawet najpiękniejsze kobiece ciało, nawet najsprawniejszy dziewczęcy język nie zrobi ze mną tego co widok męskiego, owłosionego nadgarstka wysuwającego się z mankietu koszuli. I nie odrzucać swojego biseksualnego doświadczenia na rzecz nowej, poliamorycznej tożsamości. 
i przyznawać się że nigdy nie pragnęłam niczego bardziej niż być lesbijką. Ale mi nie wyszło.
i przyznawać się nie znam niczego co bardziej by przystawało do mojego światopoglądu niż biseksualizm. Ale on też mi jakoś ostatnio nie wychodzi.
i przyznawać się że zawsze wierzyłam, że jak dorosnę zostanę pornografką. I dalej wierzę. 

Nie tęsknię za Polską, sorry Polsko. Wszystko to co wydarzyło się przez ten rok nie byłoby możliwe w moim rodzinnym kraju. Chciałabym do niego już nigdy nie wracać. Chciałabym pozostać nieoceniana, niezmuszana i niestrofowana. Chciałabym zostać odpolityczniona, odspołeczniona. Chciałabym pozostać sobą. W Polsce to nigdy nie było możliwe. Polska jest zbyt wścibska, zbyt surowa, zbyt nieostrożna w ocenie i zbyt mocno forsuje swoje. Polska jest zbyt smutna, zbyt zamknięta, zbyt mało towarzyska i kiepsko wychowana. Polska jest biedna i ja jestem biedna, tutaj też jestem biedna, tylko, że tutaj nikt mnie z tej biedy nie rozlicza. Tutaj nikt mi nie mówi, że moja bieda jest zła i okrutna. Tutaj mogę się cieszyć swoją biedą na swój własny sposób. Bo tylko ja jestem odpowiedzialna za swoją biedę. Ja i nikt inny. Dlatego też w całości roszczę sobie prawo do własnej biedy. W Polsce jestem samotną starą panną, agresywną, niedopchniętą feministką dziwadłem, nieprzydatną społecznie puszczalską, wylęgarnią chorób wenerycznych i krzywdzących ideowo pomysłów. Tutaj jestem promiskuitywna, poliamoryczna i rozwiązła. Tutaj nikogo nie obchodzę i nikomu nie przeszkadzam. Tutaj nie jestem niczym złym. Tutaj nie jestem jedyna. 

Załóżmy więc na chwilę, że Katarzyna Frank wraca do pisania. 

Mogę wam obiecać pornograficzną powieść o moim puszczalstwie w Londynie, ale możliwe, że ta powieść nigdy nie powstanie, bo za bardzo będę zajęta puszczalstwem w Londynie. Nie przeżywam już z zamiarem opisania. Przeżywam. 
Mogę wam obiecać poprawioną, ostrzejszą „Kasia Pepper i Zmyślne Dziewczęta” tym razem dostępną w przestrzeni publicznej całkowicie za darmo. Ale możliwe, że żyć jak Kasia Pepper sprawia, że niemożliwym jest pisać o Kasi Pepper. 
Mogę wam obiecać, że lipshit blog znowu zapełni się ryzykowną, wulgarną pisaniną. Ale możliwe, że jedyny poliamoryczny blog niehetero już zawsze będzie pisany z perspektywy uprzywilejowanej. I jako uprzywilejowana puszczalska szmata, mogę tylko dawać dobry przykład.  

Mogę wam obiecać, że już nie będę starać się za bardzo, a lipshit znów będzie prywatnym podwórkiem zabaw, pisanią bez ideowego zadęcia, odważnym, na wpół anonimowym pierdnięciem. Obiecuję już nigdy nie brać siebie na poważnie. I wy też sobie to obiecajcie, drogie lipshit dziewczęta. 

5 komentarzy:

KaRrla pisze...

hi Katherine. tęsko "tu" za Tobą : )

KaRrla pisze...

Zapisane na ciele - Jeanette Winterson. czytałaś tą książkę !? jakoś tak zalatuje mi bardzo Twoim stylem pisania, jest świetna.

lipshit pisze...

To wspaniały komplement być porównaną do Winterson. Niektórym przypominam też Gretkowską.

KaRrla pisze...

Robię malunią "książkę" z tego co powklejałaś na tumb. i takie tam. Bo bardzo pobudza wyobraźnie. Wyślę Ci kiedyś pare zdjęć jak skończe.

lipshit pisze...

Koniecznie. Już prawie zapomniałam jak to jest być inspiracją.