czwartek, 19 września 2013

Na przekór Polskiej Dzikusce

I've dreamt about you nearly every night this week
How many secrets can you keep?
Cause there's this tune I found that makes me think of you somehow
And I play it on repeat
Until I fall asleep
Spilling drinks on my settee
(Arctic Monkeys)


Wciąż pamiętam czasy gdy byłam smutna. Pamiętam jak pisałam do siebie krótkie listy. Pisałam „Nie przejmuj się. To wkrótce minie.” Wysyłałam kartki z kinowego holu, wysłałam chińską papeterię pachnącą niczym wyobrażenie o niebiańskim papierze toaletowym. Pamiętam słowa, których nie umiałam wypowiedzieć, rzeczy, których nie umiałam zrobić. Pamiętam zaklęcia, których nie umiałam zapisać. Pamiętam ku przestrodze. Teraz mogę wszystko, ale to jest inne wszystko. Większość tego co o sobie zakładałam okazało się bzdurą. Mimo całej ogłady i akademickiego zaplecza, mimo postfruedowskiej świadomości procesu, Polska Dzikuska która mieszka gdzieś miedzy moją cipką a głową, okazuje się niezniszczalna. 

Wysiadam z autobusu na wysokości Królewskich Stajni. Zazwyczaj obieram inną trasę, ale tym razem prowadzę ulubiony spacer na wspak. Wciąż odczuwam potrzebę by pobyć sama, od czasu do czasu. Przez parę dni nie odzywać się do nikogo. Mówić tylko z samą sobą. Przebywać jedynie we własnym towarzystwie. Widywać się tylko z Londynem. Żwir chrupie pod moimi trampkami z działu chłopięcego. Mam na sobie pensjonarski, pikowany płaszczyk z podszewką w bardzo rozpoznawalną kratę. Pod spodem koszula zapięta na ostatni guzik i legginsy w kwiatki. Pod spodem spodu bielizna tak cienka, że przy głębszym oddechu materiał napina się i protestuje.  Żadnych majtek. Żadnych skarpetek. Żadnej biżuterii. Żadnej torebki. Kindle i TimeOut pod pachą. Cały majątek upchany po kieszeniach. Trzeba lekko przebiegać przez jezdnię i szybko zbiegać po lewej stronie ruchomych schodów.  Nie ma czasu na zbędny balast. Źródło adrenaliny pobudzane pędem tego miasta może w każdej chwili wyschnąć, a wtedy zmęczenie przygniata nisko do zamiecionego dokładnie chodnika i trudno dowlec się do domu. 

Siadam na ulubionej ławce w St James. Widać fontannę i drzewa i turystów. Każdy może mnie tutaj spotkać. Londyn jest wielki. Jest wielkim tygrysem, mruczącym i gorącym. Groźnym, jeśli nie wiesz jak z nim postępować. Jednym ze sposobów na jego okiełznanie jest trzymanie się utartych ścieżek i dotrzymywanie ulubionych rytuałów. T. zna moje ścieżki. Tak długo chodził za mną krok w krok, aż odnalazł bramę w wysokim murze, wyłom w skale na tyle szeroki by wcisnąć w niego... swój ciekawski nos, który pociera stojąc nade mną. Uśmiecha się do mnie. Ja uśmiecham się do niego. Siada obok. Całuje mnie czubek w głowy i zaczyna skręcać dwa papierosy. Dla siebie zwykły, dla mnie w czarnej, lakrycowej bibułce. Opieram głowę na jego ramieniu i głaszczę go po brzuchu. T. jest silny i rozłożysty. T. jest dużo, dużo młodszy ode mnie. Ma na głowie szopę jasnych włosów, jego zarost pod odpowiednim kątem wydaje się całkiem rudy i zawsze mi powtarza, że całuję się najlepiej w całym Londynie. Nie mówimy nic. Palimy papierosy i liczymy kaczki. W końcu T. wstaje i wyciąga do mnie dłoń mówiąc – Chodź, ugotuję Ci kolację. – co tak naprawdę oznacza – Chodź, idziemy pieprzyć się cały wieczór i całą noc. - Kiwam głową i wsuwam palce w jego szeroką dłoń.  Ma poranione dłonie od ciężkiej fizycznej pracy, ale zadbane, czyste paznokcie. Przypominają mi dłonie mojego Ojca. Wychodzimy z St James trzymając się za ręce, chociaż Polska Dzikuska we mnie krzyczy „ Nie, nie, nie! Za rączkę??? To takie wstrętne! Co ten dzieciak sobie wyobraża?

Gdy jedziemy do jego domu, T. wciąż trzyma rękę, to na moim kolanie, to na moim ramieniu. Pilnuje żebym nie uciekła. Dobrze wie jak postępować z Polską Dzikuską. Umie przytrzymać mnie w odpowiednim momencie, gdy sabotuję własną przyjemność. Łatwiej jest nie dojść i mieć pretensje, niż dojść i odczuwać wdzięczność. Łatwiej jest nie czuć nic, niż czuć zbyt wiele i płakać w poduszkę, na przekór dłoni która przesuwa się od ramienia, przez wgłębienia pleców aż do pośladków, tym uspokajającym gestem, który zbyt dotkliwie przypomina dzieciństwo. Przez cała drogę rozmawiam z Mamą przez telefon. T. nie rozumie ani słowa z tego jak próbuję jej wytłumaczyć dlaczego dziewczęta w Londynie nie noszą majtek. 

Bardzo szybko się robi ciemno. Witam się z jego współlokatorami. Śmieją się i krzyczą „allez, allez!” gdy T. ciągnie mnie po schodach do swojego pokoju. Nerwowo demonstruję, że chciałabym zapalić, że chciałabym siusiu, że chciałabym wszystko tylko nie znaleźć się z nim sam na sam w zamkniętym pomieszczeniu. Duma Polskiej Dzikuski sprawia, że wkurzam się na samą myśl, że jeśli znajdziemy się sami, on zaraz przekona się jak bardzo jestem mokra. Dla niego. Przez niego. Nie chcę by moje sutki twardniały gdy tylko mnie dotknie. Nie chcę uderzenia przyjemności między nogami gdy tylko pocałuje mnie w szyję. Nie chcę poddawać się tak łatwo. Wystarczy tylko żeby potarł językiem o mój język.  

Nie pozwala mi zapalić światła. Przytrzymuje moje ręce w górze i opiera mnie o drzwi. Szybko zdejmuje przez głowę koszulkę. Miałam go wiele razy, ale zawsze widok jego nagiej skóry wprawia mnie w osłupienie. Jego zapach doprowadza mnie do szału. Jest mocno owłosiony, stereotypowo męski. Zbyt męski na kogoś tak młodego.  Kiedyś zarzekałam się, że ktoś  taki nie jest w stanie mnie podniecić. Że na moje podniecenie składa się głownie intelekt, a moją główną strefą erogenną jest mózg. Że w mężczyznach najbardziej podnieca mnie ich kobieca strona. Bzdura. Połączenie męskości i naturalnej czułości rozpala mnie do białości. Tylko to. Nic innego. Nic innego tak intensywnie. Ciężkie palce, ciężkie dłonie, poskręcane włosy, pot i mnóstwo pocałunków.  Pocę się w swoim ubranku dziewczynki z dobrego domu. Czuję jak usta zalewa mi słodka ślina, boję się, że jeśli rozchylę usta, zacznie kapać mi po brodzie. Rozszerzone źrenice, pulsowanie między nogami, podwyższona temperatura. Nie jestem w stanie myśleć ani się poruszyć. On o tym świetnie wie. Szybko rozpina rozporek i pozbywa się dżinsów. Stoi tak nade mną, z jedną ręką opartą tuż nad moim uchem, patrzy mi prosto w oczy, od niechcenia pocierając swojego twardego ptaka. Odrywa rękę i zaczyna bardzo powoli rozpinać najpierw guziki mojego pikowanego płaszcza, potem guziki mojej koszuli. Przez chwilę bawi się ramiączkiem mojego cienkiego stanika, dobrze wie, że wystarczy lekko pociągać, żeby moje piersi stały się całkowicie bezbronne. Są białe, mleczne, o malinowych sutkach. Niegroźne. Nie mam nic, żadnej ostrej krawędzi, żadnej twardniejącej, purpurowej części ciała by się przed nim bronić. Jestem całkowicie ogłupiała, jakbym nigdy jeszcze nie widziała nagiego mężczyzny. Zaczerwieniona, ledwo mogę oddychać. T. wsuwa dłoń pod gumkę moich legginsów. Opieram o niego czoło, jasne włoski łaskoczą mnie w nos. Jego palce rozchylają wargi mojej cipki i odkrywają całą wilgoć, przedzierają się przez nią by odnaleźć łechtaczkę równie stwardniałą co jego kutas. Szepcząc coś po francusku, zaczyna ją delikatnie gładzić, głaskać. Za delikatnie, za czule, z rozmysłem doprowadzając mnie do szału, złośliwie zwijając drugą rękę w pięść, wciąż bezużytecznie opierając ją o drzwi, chociaż mógłby ścisnąć moje pośladki albo złapać mnie za kark albo unieść mnie lekko do góry i pomóc mi objąć go udami w pasie. Będzie się ze mną drażnił dopóki nie stracę kontroli. Dopóki nie zrobię czegoś rozpaczliwego. Podnoszę zalane rumieńcem policzki i patrzę mu w twarz. Dopiero wtedy zauważam jak mocno ma zaciśnięte szczęki, jak wiele kosztuje go ta gra. Przysuwam się blisko jego ust i oblizuję się, tak by mógł poczuć jedynie muśnięcie wilgoci. Jego palce cofają się na chwilę. Dłoń zaciska się na mojej cipce, zbiera ją we wnętrzu jak małe, przestraszone zwierzątko. Polska Dzikuska wciąż musztruje mnie, że nie mogę przegrać tej  gry. Polska Dzikuska jest w stanie wygrać każdy pojedynek, szczególnie z kimś tak młodym, tak owłosionym, szczególnie z Francuzem. Wyciągam dłoń po jego kutasa, który w mgnieniu oka nabiera ciężkości, puchnie. Odciągam skórę na czubku i wnętrzem dłoni zakreślam koła dookoła wilgotnej żołędzi. Zza drzwiami słychać wrzaski jego współlokatorów. Kibicują jakby oglądali mecz. Czy dzisiaj jest jakiś mecz? Rozpraszam się na chwilę i odruchowo natrafiam na jego sutek, który gryzę delikatnie. Nikt nigdy nie smakował aż tak. Pomarańczami i skórą długo wygrzewaną na słońcu.  T. wyjmuje rękę spomiędzy moich nóg i zrywa ze mnie legginsy. Potem zsuwa ze mnie płaszczyk, rozrywa koszulę. Słyszę jak guziki i  haftki stanika podskakują na podłodze. Znowu będę musiała pójść do pracy w jego swetrze, który wisi na mnie niczym za duża sukienka i zsuwa się z ramion. T. w mgnieniu oka przenosi mnie na łóżko, na które opadam plecami. Odruchowo zrzucam na ziemię komiksy, laptopa, puste butelki po pepsi max i opakowania po czipsach. T. zdejmuje mi trampki, rozwiązując sznurówki zębami. Całuje mnie w podeszwy stóp, gryzie lekko, ale na skraju znajduję się dopiero gdy opiera moje stopy o swoje ramiona. Robi to czule i ostrożnie, ostatni gest opieki zanim zacznie mnie naprawdę mocno pieprzyć. Ta pozycja, z wysoko zadartą pupą, w której czuję się tak bardzo otwarta, z całą swoją wilgocią na widoku, sprawia, że wystarczy, że lekko dotknie główką penisa mojego gorącego wejścia, a już zaczynam szczytować. I to szczytować z zaciskaniem zębów i szarpaniem pościeli...    

- Wrócę tutaj po ciebie.
- Za te trzy lata, pod koniec twojej podróży dookoła świata, będziesz jeszcze bardziej za młody dla mnie. Powiedz mi lepiej kto cię tego wszystkiego nauczył? Na pewno nie Mama. I nie mówię o gotowaniu.
T. milknie i zaciąga się papierosem. I chociaż mogę sobie akademicko rozprawiać z moim koleżankami o tym, że jesteśmy pierwszym pokoleniem kobiet, które na wzór mężczyzn, po przekroczeniu magicznej trzydziestki, będzie zainteresowane tylko młodszymi kochankami, że jako pierwsze będziemy miały młodych mężczyzn i bardzo młodych mężów, mogę udowadniać do woli jak jesteśmy już na tyle wyemancypowane by zrównać się w prawach do posiadania młodziutkiego mięsa, to i tak zawsze będę traktowała T. z góry. Nie dlatego że intelektualnie jesteśmy oddaleni od siebie o całe lata świetlne. Nie dlatego, że czyta tylko komiksy, a szczytem jego życiowej ambicji jest przetrwanie całego lineupu na Glasto bez poważniejszej kontuzji. Nie dlatego, że gdy się urodził ja już chodziłam do szkoły. Dlatego, że Polska Dzikuska go nienawidzi. Za to jaką ma nade mną władzę. Węszę za nim nieustannie, nie potrafię się oprzeć i nie mogę w żaden sposób zwalczyć tego intelektualnie. Starałam się trzymać od niego z daleka, starałam się przekonać, że reprezentuje wszystko czym gardzę... wszystko na nic.  Można to nazwać chemią, można powiedzieć, że macica mi się na mózg rzuciła i myślę pochwą, ale prawda jest taka, że niewiele brakuje, bym pognała za nim na ten jego koniec świata. I wiem, że ostatnią resztką rozumu bronię się przed tym pomysłem. I wiem, że niczego bardziej nie pragnę na świecie niż siedzieć sobie z nim, palić papierosy, nie odzywać się, a potem pieprzyć się dopóki starczy sił. Zjeść coś, zapalić i dalej się pieprzyć. 

Przez parę następnych tygodni, już po jego wyjeździe (Polska Dzikuska zakazała mi się pożegnać)  myślę o nim codziennie. Czy tego chcę czy nie. Śpię z termoforem owiniętym w poduszkę. Masturbuję się fantazjując o T. Realnym, pozbawionym perwersji T. O tym jak wylizywał mi cipkę, z czułością i cierpliwością, pilnując moich dłoni i nie pozwalając się przepłoszyć, nie pozwalając mi się poddać. Miły chłopak, który strasznie mlaskał przy jedzeniu, nie przeczytał z życiu ani jednej książki bez obrazków i nie miał żadnych manier. Wszystko poza utartymi schematami myślenia. Wystarczył jeden T. żebym znów odzwyczaiła się sypiać sama. Wystarczył jeden nieostrożny krok, jedna iskra, żebym znów nie chciała tego wszystkiego przechodzić. I żeby nie móc się doczekać by przejść to od nowa. Na przekór Polskiej Dzikusce.