wtorek, 23 lipca 2013

London in love

Maybe the next one darling. Maybe the next one.

Jest zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Londyn nie jest miękkim erotyzmem. Londyn nie jest soft porn. To nie herbatka, ciasteczka, wysokie obcasy i szeleszczące falbanki halek. To coś o wiele lepszego. To coś bliższego życia, prostego, skromnego i całkowicie wyzwolonego. Coś pozbawionego ostentacji. Coś o co nie musisz się prosić, nie musisz się starać. Coś co przychodzi samo z siebie. To coś dzikiego, nieskrępowanego i nieprzewidywalnego. Coś co wymusza całkowitą akceptację samej siebie, bo nie ma czasu na roztrząsanie, przeżywanie i podejmowanie decyzji z namysłem. Trzeba brać gdy dają.  Żadna oferta nie pada dwukrotnie. Londyn to kolejna emancypacja Katarzyny Franciszek gdy wydawało się, że nie można się już bardziej wyemancypować. To nauka cierpliwości i samodyscypliny. To ponoszenie konsekwencji za wszystko co się robi. To ponoszenie konsekwencji za wszystko czego się nie robi. I nie ma w tym nic dziewczęcego, nic kobiecego. Jestem chłopcem, który urwał się ze smyczy, czujnym, w stanie morderczej gotowości. A jednak, gdy opowiadam o sobie tym co znają dobrze losy Kasi Pepper, mówią
„Napisałaś sobie to życie. Jesteś Kasią Pepper.” 

Jestem tutaj niespełna pół roku. Erotycznych przygód jest więcej niż sześć. Londyn otwiera się przede mną. Jest hojny, promiskuitywny i zaskakująco bezpieczny.
D. ma czekoladową skórę i niebieskie włosy. Wychowała się na dalekich, południowych przedmieściach Londynu. Jest bardzo, bardzo młoda, myślę najmłodsza ze wszystkich moich kochanek. Pokazuje mi swoje wiersze publikowane na tumblrze i zachwyca się moją nową fryzurą zrobioną przez praktykantkę w british vouge. Jej cipka smakuje jak mango lassie.

G. jest Australijczykiem i lubi się ze mnie podśmiewać. Boo hoo, baby is lost. – mówi gdy przyznaję, że nie wiem jak trafić do domu, w którym moglibyśmy pieprzyć się całą noc. Pokonujemy podwójne zasieki ogrodzenia Hyde Parku. Całkiem zadowoleni z siebie maszerujemy przez ogromną pustą, przestrzeń. Come on, I’ll show you my kissing tree. Zgarniają nas gdy zaczyna przed oczami migotać woda The Serpentine i radiowozem grzecznie odwożą pod samą bramę przy Hyde Park Corner. G. bierze mnie pod triumfalnym łukiem Wellington Arch. Przejeżdżające samochody i falujący na żółto brązowo Londyn, świadomość bliskości domu w którym śpi królowa, sprawiają, że szczytuję jak nigdy dotąd. Powtarzamy łóżkowe wygłupy jeszcze dwukrotnie, ale G. nigdy nie będzie w stanie powtórzyć swojego pierwszego występu, więc znika jeszcze szybciej niż się pojawił. 

T. jest młodziutkim, przepięknym francuzem, na którego mam crusha od kiedy tylko poznaliśmy się przez wspólnych znajomych. Jest strasznie dużo chemi, ale zachowuję dystans, w końcu nie pójdę do łóżka z kimś, kto ledwo co może legalnie kupować alkohol. Więc zanim się obejrzę T. jest moim bardzo dobrym kumplem. Zanim się obejrzę wychodzimy co wieczór razem. Zanim się obejrzę zostaję przyciśnięta do ściany i nie mam nic do powiedzenia. Przez cztery godziny całujemy się w miękkiej mżawce, odbijając się od ścian muzeów i kamienic, po tym jak wygonili nas z metra. Od pierwszych sekund wiem, że ta chwila jest wspomnieniem, które zachowam do końca życia. Jakby nikt nigdy nie całował mnie do tej pory, jakby nikt nie potrafił tego zrobić w ten jeden, prawidłowy sposób. Mam znowu czternaście lat i mokre majtki. Wszystko spręża się i wystarczy, że T. muśnie mnie między nogami, a dosłownie eksploduję. Rozpadam się na tysiąc pomarańczowych kropel i jeszcze nigdy tak bardzo, jeszcze nigdy tak szybko. Londyn i bezczelna młodość to najlepsze afrodyzjaki. Mija kilka nieznośnych i neurotycznych dni pełnych intensywnej masturbacji, aż wreszcie lądujemy w moim cichym, białym pokoju. Gdzieś w okolicach mojego czteroosobowego łóżka, wystarczy kilka pocałunków w szyję żebym zaczęła się skręcać w przedorgazmowy supełek. Strasznie dużo chichoczę i śmieję się. Cały czas uśmiecham się. Po orgaźmie za każdym razem wybucham radosnym śmiechem małej dziewczynki. Gdy potem leżymy nadzy na łóżku i palimy jointy, rozmawiając o jakiś głupotach typu festiwale, sushi i wellies with bikinis, przez głowę przechodzi mi klarowna myśl. Może to jest to. TO. To czego potrzebuję. Dużo (bardzo dużo) młodszy, piękny, naturalny feminista (stado starszych sióstr), głupiutkie ciasteczko, które w życiu przeczytało może ze dwie książki, który po nocy będzie dla mnie gotował nosząc tylko fartuszek, godzinami wylizywał mi cipkę i zrobi mi dziecko, gdy wyprowadzimy się do jakiegoś cieplejszego, bardziej przyjaznego kraju. Czy tego naprawdę chcesz Franciszku? Odpowiedź daje mi dużo ulgi. Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie ten. Następnym razem.

P. jest Irlandczykiem, a jego transseksualna żona jest Filipinką. Jak większość ludzi w tym mieście nie mogą się zdecydować czy bardziej chcą mnie wypieprzyć czy może wolą się mną zaoopiekować. Ukradkiem wkładają 20 funtowe banknoty do kieszeni mojej chłopięcej kurtki. Zabierają mnie na wycieczkę do najbardziej znanego trans baru w Londynie. A. jest chłodna i gładka jak powierzchnia szkła. Jest ambiwalentna, dominująca i submisywna jednocześnie. Przyprawia mnie o zawrót głowy bo wszystko co wiem o kobietach i mężczyznach, o dziewczynkach i chłopcach, co wiem o sobie samej, własnie poszło się jebać. A. jest pełna transcendencji i nosi bieliznę utkaną z błyszczących, pajęczych nici. Bardzo podnieca ją gdy pojawiam się na progu jej domu na bosaka, ze stopami mokrymi od english summer rain, w cienkiej, szarej sukience. Pod sukienką nie mam nic. Naprawdę nie mam nic a nic. Żadnego serca. Żadnej myśli. Żadnej Katarzyny Frank. 

S. każe mówić do siebie Master. Zwracam się do niego Sir. Ma szafę wypełnioną skórzanymi gadżetami, w której nie znajduję nic dla siebie. Proszę żeby zabrał mnie do jednego z najstarszych sklepów z akcesoriami do jazdy konnej. Zapach skóry odurza mocniej niż fajkowy tytoń. S. to znudzony city boy, z samochodem o otwieranym dachu, z zawiązującym się piwnym brzuszkiem, z ambicjami sięgającymi sterylnego, do zerzygania mieszczańskiego Richmond. Umie podwinąć rękawy oślepiająco białej koszuli w sposób w jaki lubię. Umie mnie drażnić małym palcem, który ugina się pod ciężarem pretensjonalnego pinky ring. Są parasolki i parasole. Są ciastka nakładane szczypczykami. Są konie, których nie można ujeżdżać na oklep nawet w najgłębszej mgle. Są bbc proms, dr who i derby. Zabiera mnie do miejsc, w których czuję się mała i brudna i nagle zapominam jak się prawidłowo używa posrebrzanego, cienkiego widelca. Pokazuje mi ubrania, których nie chcę nosić. Pokazuje mi widoki, które mam gdzieś. Stara mi się zaimponować światem, który mnie nie interesuje, może dlatego, że ten świat nagle stał się dostępny. Nie mogę uciec od wrażenia, że to nie jestem ja. To jest Kasia Pepper pieprząca Barnabiego Smitha w koktajlowym fraku na zasłanej szkłem podłodze. I jeszcze nigdy tak bardzo nie pragnęłam zabić Kasi Pepper.

I wciąż wracam po zmroku do domu. I wciąż nie mam na nic czasu. I wymiotuję na środku Oxford Circus, podczas gdy dookoła mnie stukają wypolerowane obcasy prawdziwych Angielek. Już w trakcie jednej przygody ekscytuję się następną. Łatwo pogodziłam się z faktem, że nie jestem porządna i już nigdy nie będę. Nigdy nie będę gotowała dla swoich mężczyzn i zawsze będę zapominała o urodzinach swoich kobiet. Jestem promiskuitywną, biseksualną, submisywną szmatą. Czytam za mało książek i oddaję się zbyt łatwo. Ale naprawdę żyję. Żyję, nie projektuję życie. Żyję na tysiąc różnych sposobów zapominając o dekonstrukcji świata subtekstu. Wciąż lubię siadać na schodach Trafalgaru i wspominać początki gdy było zimno, szaro, przytłaczająco i fascynująco aż do granic zdrowego rozsądku. Teraz, gdy nie jest to już tylko kwestia przetrwania, można swobodnie eksplorować i zapadać się co raz głębiej. Teraz, gdy wreszcie jestem tutaj w domu.

Jadę doubledeckerem i słucham Morriseya. It takes guts to be gentle and kind. Przez muzykę przebija się rozmowa dwóch dziewczyn. Są mniej więcej w moim wieku. Mają długie włosy, jedna z nich nosi czarny melonik, druga złotą obrożę. Nie muszę się pochylać, żeby wiedzieć, że mają obcisłe sukienki i buty o grubych obcasach, w których ich cienkie kostki wyglądają jakby zaraz miały się złamać. Piją Jagera z gwinta i jedna z nich mówi; 

You will love her. She is just like us. Like every girl in London. Crazy and lusting for love.

I ta poczochrana dziewczyna w trampkach, która siedzi za nimi, ta w chłopięcej kurtce i kocich okularach przeciwsłonecznych, ten piegowaty aspirujący rudzielec, zaczyna się strasznie śmiać. Rechotać głosem zachrypniętym od dunhills & guinness pintes. Po poszukiwaniach miłości aspirującemu rudzielcowi została tylko czerwona szminka, bez której wciąż nie może się obejść. Katarzyna Franciszek odnalazła swój true romance, swój najprawdziwszy ze wszystkich romansów. Ma na imię Londyn.

I w sumie tak mogłybyśmy zakończyć lipshit bloga, czyż nie?  

3 komentarze:

Jenny Schecter pisze...

Oczywiście. problem w tym, że happy end jest ostatnia rzeczą, która kojarzy mi się z Katarzyną Frank.

lipshit pisze...

Niech będzie więc dead end.

http://porzadnadziewczyna.tumblr.com/ pisze...

jeśli tylko dead end, oznacza dalsze pisanie .. ;]