poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Are you french?


True romance, is what I’m after darling.

Ten post jest dedykowany wszystkim, którzy czekają na długi list, na który nieustannie brakuje mi czasu. W niektóre dni wyparowują ze mnie wszystkie słowa. Z przeprosinami za plik pocztówek z v&a, które nosiłam ponad miesiąc w torebce, zanim wreszcie udało mi się je wysłać.

Niesamowita radość gdy wreszcie zaczynasz się poruszać po ogromnym mieście w sposób intuicyjny. Odruchowo obierasz drogę, automatycznie skręcasz w wąskie gardło korytarza w metrze, zbiegasz po schodach, zjeżdżasz po poręczach, skręcasz w bramy, szukasz kocich ścieżek. Śpiesząc się do pracy, potrącasz ludzi, którzy leniwym kroczkiem zmierzają tam gdzie wszyscy inni i mruczysz pod nosem „bloody tourists”. Przebiegasz przez wąską uliczkę, zapobiegawczo patrząc w asfalt, zamiast na boki, unikając kontaktu wzrokowego z kierowcą czarnej taksówki, pod którą wpadasz. Z uchylonego okienka pada „bloody pedestrians”.

Londyn jest łaskawy. Zazdrosny, zaborczy. Niczym angielski gentleman całkowicie bierze Cię w posiadanie. Mąci w głowie, reorganizuje szafę, zmienia apetyty, wymusza zmianę przyzwyczajeń. To jest doświadczenie niemal miłosne. Każde potknięcie, każdy stracony, nieuważnie dobrany nieprzyjaciel, każdy zagubiony drobiazg, każde nie-przypadkowe spotkanie na które się spóźniam zostaje wynagrodzone po stokroć.  Znajduję skarby, poznaję co raz lepszych ludzi i zawsze trafiam we właściwe miejsce, nigdy nie błądzę. Godziny spacerów w słońcu, dwie godziny spacerów w deszczu, płaskie obuwie,zimne  jedzenie z pudełek na zimnych schodach i ocean herbaty. Oceany herbaty z filiżanek, jeziora earl greya z kubków, dwa tysiące eklerek i cztery tysiące scones. Are you sconed? Po dwumiesięcznej gonitwie wreszcie udało się zatrzymać. Wielki pokój pełen światła i powietrza, w którym jest tylko ogromne łóżko, fotel, miękki, puszysty dywan i moja walizka. Ogród pełen drzew i złoty labrador. Mam mnóstwo ciszy tylko dla siebie. Zaczynam wszystko od minimalistycznego końca, starając się by walizka nie przytyła. Londyn to wieczne wakacje. Najzwyklejsza praca sprawia, że stać cię na wszystko plus kino plus bowie w v&a plus koncert morrisey tribute band plus miles kane live plus ta skórzana kurtka z beyondretro plus ta parka od ted perry. Komfort wycisza. Komfort odstawia alkohol i weekendy wypełnione tequilą. Komfort wygładza nerwowość i wytrąca kompulsywne łakomstwo. Zyskujesz dni wypełnione spacerami, biblioteką i dr pepperem zero. Nie trzeba się nigdzie śpieszyć i o nic martwić. Nie trzeba robić nic istotnego by przeżyć. Niektórzy by odzyskać siebie zaszywają się na wyspach morza śródziemnego lub w shakramie w indiach. Zaszywają się w Bombaju,Istambule, Beskidach, Wenecji, na Islandii, na północy Włoch czy na południu Francji. Zaszywają się w środku dżungli, na czubku lodowej góry lub na dnie morza. Katarzyna Frank zaszyła się w Londynie.

A jednak … a jednak choć można fantazjować, zmieniać, na przekór milczeć.... nie można uniknąć bycia sobą. 

Gdy wysiadam na Embankment w ustach wciąż obracam lakrycowego cukierka. Jest gładki i okrągły, czarny i intensywny. Pewna dziewczyna, która na imię miała tak jak Miłość, przywiozła mi je w prezencie, po tym jak próbowała uciec przede mną na koniec świata. Na opakowaniu mają białego niedźwiadka, choć przekornie nazywają się fox. Od kiedy jestem tutaj zawsze mam w torebce paczkę. Towarzyszą mi nieustannie. Mają smak Londynu. Ostatnio przez chwilę myślałam o tej dziewczynie, gdy kończyłam pić raspberry limeade na schodach trafalgaru, karmiąc gołębie resztkami wegańskiego brownie. Rozgryzłam listek mięty i pośród limonkowej lemoniady, pośród kropelek bryzy od strony lwów i fontann oraz słońca, ten listek przypomniał mi drinki nad morzem i ekscytację mojego jedynego małżeńskiego urlopu. I po raz pierwszy pomyślałam z zadowoleniem, bez żalu czy gniewu, jak dobrze spoczywać w zupełnie innej galaktyce. Pójść dalej, rozwinąć się, zmienić się, jest najdotkliwszą karą. Trzeba było przejść przez wszystko, żeby z wszystkiego zrezygnować na rzecz tego czego naprawdę się chce. Żadnych kompromisów, żadnych wymówek. Jeśli chcesz, naprawdę mocno pragniesz, zrealizujesz chociaż jedno, spektakularne marzenie. I choć nie z pieniędzy za sprzedanego pornosa, może i nie z Kasią Pepper pod ramię, ale przez chwilę poczułam się naprawdę szczęśliwa i wdzięczna, za to wszystko co sprawiło, że odczuwałam tak głęboki, tak dotkliwy głód, że wygnał mnie aż na te schody pod londyńską National Gallery. Poczułam się naprawdę dobrze, że nie przyszło mi łatwo, że musiałam wiele przejść, żeby spełnienie spektakularnego marzenia odbyło się po prostu, niespektakularnie. Londyn nadszedł jako kolejna epoka mojego życia. A wszystko inne zostało gdzieś w odległej galaktyce. 

Tylko tutaj metro ma tak intensywny zapach. Nie potrafię go opisać, choć jest tak gesty, że można by go zamknąć w butelce. I jest w tym zapachu wszystko. Maszyny, iskry, morski ozon, głębokie gardła tuneli, jest grzyb, pleśń, wilgoć, jest krew, łzy, siki i zagubione louboutins, jest pośpiech i cykanie tysiąca uśpionych bomb, jest Królowa i Sherlock. Wynurzam się z tego zapachu i mój krok jest lekki. Wszędzie wbiegam, wskakuję i neurotycznie poprawiam szalik w zwierzęce  plamki. Idę przez most na południowy brzeg, który zawsze mnie przyciąga. Zawsze ciągnie mnie na ten niewłaściwy brzeg rzeki, odruchowo odtwarzam praską konfigurację (jakkolwiek by nie patrzeć, w końcu przybyłam prosto z warszawskiej first zone!). Uśmiecham się do Św Pawła, który pośród zachodzącego słońca wygląda jak niedojrzały księżyc, jak wielka, blado różowa beza. Jest gładki, mlecznie słodki i absolutnie przepiękny. Niczym marmurowy kamień pośród całego badziewia city. Mogę być zmęczona, mogę mieć zły humor i nienawidzić wszelkiego życia w tym przerośniętym, miejskim syfie, ale jeden rzut oka na Św Pawła natychmiast wymywa wszystko. I wiem gdzie jestem, dlaczego tu jestem i po co tu jestem. Niczym błyskawica zbiegam po schodach po lewej stronie (!) i idę w odwrotnym kierunku niż cały dzieciaty tłum. Pod BFI ludzie siedzą na ławkach, leżakach, wszyscy drinkują i wyglądają zamierzenie dziwnie. Trzeba być poczochranym, zarośniętym i monochromatycznym. Płaskie obuwie na mocnej podeszwie, z naturalnej skóry i brak oznaczeń subkulturowych. Skromność i ostentacyjny brak ostentacji. Opieram się o barierkę southbanku, z której mam widok jak ze zdjęcia, które jeszcze do niedawna miałam na tapecie komputera. Tamiza wydziela rybny zapaszek. Wrzucam do niej niedopałek, choć to brzydko. Mocno oświetlone barki przepływają szybko, pozostawiając za sobą łomot tandetnej muzyki. I jeszcze dwa papierosy przed zmrokiem, gdy w kinie za moimi plecami zacznie się Teorema. Czas tutaj mierzę na papierosy, zegarek jest absolutnie zbędny. Poprawiam szpilki wpięte w wysoki retro kok z wkładką i wysuwam pięty z mokasynów, które kosztowały majątek tylko po to by być absolutnie NoLogo. I tuż zza mojego zgiętego ramienia w czarnym sweterku, tuż zza mojej zamyślonej, wiecznie nieobecnej głowy, ktoś wypowiada jakieś francuskie zdanie przyjemnym, gardłowym basem. Odwracam się zaskoczona, choć nie powinnam być wcale zaskoczona. To tylko Londyn postanowił sprezentować mi coś. Na ten wieczór przyszykował absolutnie przepięknego, francuskiego chłopca. Ma miękkie, jasne włosy i niebieskie oczy. Cała reszta jest kuszącą, pachnącą przystępną męskością dwudziestopóźno latka. Mamroczę coś pod nosem i zaczynam się miotać w angielsko niezręcznym stylu, że najmocniej przepraszam, proszę mi tego nie mieć za złe, ale ja absolutnie, choć nie w złej wierze, nie rozumiem ani słowa.
- Ooouuu – i to „oooouuu” jest całkowicie nie do odtworzenia za pomocą pisma, niczym gruchanie gołębia.– Really? I thought you are French. Are you French?        
Nie jestem zdziwiona. Zaskakująco tutaj bardzo często ludzie biorą mnie za Francuzkę. W Polsce brano mnie za Angielkę. W Anglii bierze się mnie za Francuzkę. Zawsze jestem obca. Zawsze nie stąd. Zawsze skądinąd lub znikąd. Zawsze nie wiadomo skąd. Zawsze jestem tylko sobą. 
- I’m Katherine.
- So, Katherineee. – I ta Katarzyna znów nie do oddania za pomocą stukania na klawiaturze. Nie powinno się w ten sposób wymawiać dziewczęcych imion. – I was asking, mademoiselle, do you smoke? 
I wyciąga w moją stronę zmiętą paczkę jakiś dziwnych, francuskich papierosów, których nigdy nie widziałam na oczy. Najpierw cztery razy upewniam się czy na pewno, dziękuję, ale czy naprawdę na pewno i biorę papierosa. Gdy zaciągam się po raz pierwszy, już przymykam jedno oko i rzucam podejrzane spojrzenie spod mocno wytuszowanych rzęs.  Papierosy są wstrętne, jakbym paliła zadrukowaną gazetę. ale uśmiecham się błogo. Bo jak można się nie uśmiechać gdy ktoś prezentuje przed tobą zestaw francuskiego cmokania, wywracania oczami, połamaną, arogancką angielszczyznę, dziwną opowieść o filmach i alkoholu i całą chłopięcość, ubraną w bluzę, obcisłe spodnie, z butami o skórzanych sznurówkach i całym majątkiem mieszczącym się w tylnej kieszeni. Och, i jego zarost pod światło latarni wydaje się całkiem rudy. Do tej pory, drogie lipshit girls, na takich chłopców mogłyśmy sobie popatrzeć jedynie na filmach. Tutaj można ich spotkać na każdym kroku. Wałęsają się bez celu, czytają wymięte książki przysiadając w niewłaściwych miejscach, ocierają się w zatłoczonym metrze, rzucając nieprzystojne spojrzenia i trochę polują. Wystarczy na dobre przegnać polską, czarną chmurę, w którą wszystkie jesteśmy spowite i zacząć odbijać spontaniczne, zachodnioeuropejskie światło. Można bez najmniejszego wysiłku unosić się na powierzchni powierzchownej rozmowy. Gadać o bzdetach, uśmiechać się, stroić głupie miny i nie zastanawiać się dokąd to wszystko zmierza. Bo zawsze zmierza donikąd. 
- So, can I take you for a walk? – pyta, a ja przysięgam na boga, przez chwilę zamiast “walk” słyszę “fuck”.
Kręcę przecząco głową i rzucam niedopałkiem w kierunku kina. Zaraz zaczyna się film. 

Sala kinowa BFI to zmysłowe doświadczenie. Wszystkie wyobrażenia o Sali Kinowej z marzeń realizują się. Zawsze zapiera mi dech. Jest nowocześnie przestronna, ale też pełna mroku, czerwonego pluszu, z czerwoną kotarą przed ekranem, która rozsuwa się z klekotem. Rozsiadam się, rozpakowuję kolejnego czarnego cukierka i staram się całkowicie ignorować fakt, że francuska chłopięcość zajęła miejsce dobrych kilka rzędów dalej za moimi plecami. Kotarka klekocze i zapada mrok, ten jedyny rodzaj mroku bez ciemności, aksamitna, hipnotyczna noc w dziecięcym pokoju. Zapominam o wszystkim, o francuskich papierosach, gołębim gruchaniu, św Pawle i jest tylko Pasolini i I-don’t-give-a-fuck-Terence-Stamp i Silvana Mangano, którą dopiero dojrzałość obdarzyła niezwykłą, kocią twarzą porcelanowej lalki. Nie ma mnie przez chwilę. Do czasu gdy czerwone, pluszowe siedzenie obok ugina się pod ciężarem francuskiej chłopięcości. Moje ciało wybudza się z półsnu i prostuję się, jak króliczek złapany w światłach migoczącego ekranu. Zapomniana krew spływa w dół brzucha i coś tygrysiego budzi się głęboko w środku, zapowiedź pomruków i szarpania jasnej sierści. Biorę naprawdę głęboki oddech i uporczywie wpatruję się w ekran, próbując  przekonać samą siebie, że to ze wszech miar irytujące, bo ja przecież oglądam! Nie wiem skąd biorą się takie odruchy, pewnie gdzieś z samego dna bycia człowiekiem, ale poza moją wolą, powoli rozplątuję nogi, rozchylając uda. Bawię się guzikami ciasno zapiętego kołnierzyka sukienki. Palce lądują na nagiej szyi, pocierając drobne włoski na karku. Z przestrachem obserwuję, jak zaczynam nerwowo trzeć kolanem o kolano, tak mocno, że aż kurczą się i mną moje czarne rajstopki. Na moim kolanie ląduje duża, męską dłoń. Gest jest wkurzająco pewny i czule uspokajający. Dłoń zaczyna sunąć ku gorze, bardzo powoli, sprawia, że włoski jeżą się na ciele. W ciąg kilku sekund zjadam cała czerwoną szminkę, ciągle oblizując i zwilżając usta, przekornie suche, chociaż cała jestem już mokra. Palce wsuwają się pod brzeg spódniczki. Szybko nakrywam dłoń swoją dłonią, jakąś taką małą i bladą, niezdecydowaną, bo tak naprawdę nie wiem co mam robić. Wiem co by zrobiła Katarzyna Frank, ten warszawski, podejrzany, promiskuitywny, rozerotyzowany pornograf, ta, którą byłam do tej pory. Ale przecież już nią jestem. Jestem całkiem nowa. Ostentacja, publiczny ekshibicjonizm i pornografia nie wydają się już tak kuszące. Pozostawiłam za sobą submisywność, przesadę perwersji i pepperowe przygody, które przychodzą zbyt łatwo. Nowa sceneria, w której wydarzają się wciąż te same historie. Jakby nie można było uniknąć bycia Katarzyną Frank, jakby Franciszek Franciszka przyciągali erotyczne kłopoty, nawet na drugim końcu świata w kształcie jaki dobrze znamy. Chociaż... z drugiej strony, to przecież Londyn, miasto w którym wszyscy robią to co w domu, kiedy nikt na nich nie patrzy.  

8 komentarzy:

KaRrla pisze...

Jezus jesteś teraz na prawdę tak daleko..? A ja już się dla Ciebie przeprowadzałam do Warszawy.

lipshit pisze...

To nie jest dobry pomysł. Ja pojawiam się i znikam.
Jeśli się przeprowadzać, jeśli wracać do domu, to tylko dla samej siebie. Dla nikogo innego nie warto.

KaRrla pisze...

a co z innymi? nie jest czasem warto dla kogoś przejechać pół świata? z jednej strony czuję realizm,z drugiej egoizm. Jak byś myślała ciągle o sobie.

lipshit pisze...

Bo i tak jest. Katarzyna jest dla Katarzyny najważniejsza.
Zgodzę się, że jest warto przejechać dla kogoś pół świata. Ale w moim przypadku, by coś takiego nastąpiło, trzeba sobie NAPRAWDĘ zasłużyć. Albo NAPRAWDĘ mnie wkurzyć.

Anonimowy pisze...

KaRla żeby myśleć o kimkoliwiek innym trzeba myśleć najpierw o sobie...

Niezwykle się Ciebie czyta po tak długiej przerwie lipshit :)

lipshit pisze...

Bardziej niezwykle niż zwykle?

zuo zuozuo pisze...

cudownie się Ciebie czyta, cudownie...myślałam, że podbiłaś mnie do końca już w chwili, w której skończyłam to czytać, ale spojrzałam w prawo i kogo ujrzałam? ujrzałam moją największą miłość całą w dymie i fioletach. jednak dało się mnie podbić jeszcze bardziej.
gratuluję fantastycznego gustu muzycznego i jeszcze lepszego stylu pisania

KaRrla pisze...

Ty żyjesz? Tak ogólnie to wiem, ale tak "pisarsko" ....? Się tak nie zapadaj w ten Londyn, tylko napisz dla nas coś !