sobota, 30 marca 2013

Miejskie Ogrody


Przedziwne, ale pierwszej londyńskiej wiosny reszty mojego życia, wiosna zdecydowała się szerokim łukiem ominąć Anglię. Tak jak dziś. Umówiłam się na wielkanocny podwieczorek na trawie w ulubionych Ogrodach Kensington. Założyłam przeciwsłoneczne okulary, wsunęłam dłoń bez rękawiczki pod silne, męskie ramię, gdy na wysokości Albert Memorial zaczął padać śnieg. Niezwłocznie podjęliśmy decyzję o odwrocie. Oczywiście, gdy dotarliśmy do kawiarni z ulubionym kominkiem na Covent Gardens, wyszło spektakularne, gorące, wiosenne słońce. Po wypaleniu dunhilla i wypiciu kawy, po zjedzeniu lakrycowego cukierka z białym niedźwiadkiem i serii narzekań na torbę z primemark z paskiem od gucci ukradzionym pewnej szafiarce, słońce nadal spektakularne, więc kocyk po pachę i biegiem do metra. Gdy wydobyliśmy się spod ziemi, po tym jak wdrapaliśmy pod górkę Exhibition Road, zaczęło z nieba sypać coś co przypominało skrzyżowanie śniegu z gradem oraz deszczem. Więc nie dziwcie się proszę neurotycznym zwyczajom Anglików. Oni paradują po ulicach tak rozgogolaszeni bo na taką pogodę nie sposób się ubrać, a kardynalna zasada tego miasta to „mniej znaczy więcej”.
By w pełni zrozumieć doświadczenie jakim jest życie w Londynie, należy się udać do jednego z miejskich parków królewskich. Regents, Hyde, Green, St James i oczywiście The Kensington Gardens. Ten ostatni, od małego, kocham najmocniej.  Pierwsza faza parkowego spaceru to zawsze „eee tam, nic specjalnego...”.  Te parki są tak hermetyczne, że bez wsparcia lokalnego, jeśli wejdziesz z niewłaściwej strony, jeśli skręcisz w nieodpowiednią alejkę, możesz źle zinterpretować całą koncepcję estetyczną. Londyńskie parki składają się głównie z konceptu. Bez przewodnika, bez odpowiedniej wiedzy, nie jesteś w stanie zrozumieć o co tyle krzyku. Mają dostarczać rozrywki nie tylko w stylu vouyer ( a jest na co patrzeć,  np.: gadżety jakie londyńczycy zabierają na spacery z pieskami, typu specjalna katapulta do rzucania i podnoszenia tenisowych piłek. Ręka już nie wystarczy!) To nie jedyne czym londyńskie parki zdecydowanie się różnią od warszawskich. Te w polskiej stolicy znajdują się dokładnie na przeciwnej stronie skali wartości wizualnych. Strzeliste, gęste, pełne zakamarków, gęsto obsadzone drzewami, zapuszczone i zamierzenie dzikie. Parki, w których można się schować, ukryć. Takie mają być, mają imitować naturalny stan roślinnej gęstości i bujnej zieloności. W Londynie jest zupełnie inaczej. Liczy się koncepcja zagospodarowania przestrzeni. Najważniejsze jest złudzenie wielkiej pustki, powietrza, rozmachu, porządku. Złudzenie przestrzeni tak wielkiej, że można swobodnie galopować po niej konno. Rozkoszne, dekadenckie, niczym nieuzasadnione i całkowicie niepotrzebne marnowanie miejskiej przestrzeni. Królewskie parki są po to by móc oddychać, stanowią zaprzeczenie naturalnego chaosu i stoją w opozycji do gęstej zabudowy centrum miasta. Są gustowne, starannie zaplanowane i pełne stylowej skromności. Tutaj nie ma miejsca na politycznie dedykowane pomniki, wielkie bukszpany, kamienne kaskady czy strzyżone żywopłoty. Wszelka ostentacja jest w złym guście. Skromne rozwiązania z najlepszych materiałów, erudycyjne zagadki i intelektualne prztyczki w nos. Ławki dedykowane postaciom, które lubiły na nich siadać, ławki, które były fajne przed drugą wojną światową, a teraz gówno z nich widać. Gołębie, spasione na chlebie faszerowanym kolonialnym cukrem, ledwo człapiące na krótkich nóżkach, Czternaście gatunków dzikiego ptactwa, szesnaście gatunków kaczek, cztery gatunki łabędzi, których karmienie jest nowym rodzajem sportu ekstremalnego (nie sposób nie drżeć w obawie o życie w obliczu gigantycznego szarego łabędzia, który stoi przed tobą na dwóch łapach i rzuca cień wielkości dwupiętrowej kamienicy, drąc dzioba i wyrywając ci paczkę digestives). Szare wiewiórki, które pożerają te rude oraz lisy, które pożerają te szare. I króliki. Nie szczury czy myszy, ale króliki.... Podsumowując Londyn to hermetyczność, skromność, brak ostentacji oraz walka klas.
  
Maszerujemy więc w zamieci, razem z moim towarzyszem, wciąż pełni nadziei, że może słońce pojawi się równie niespodziewanie jak zniknęło. Z  rozgoryczeniem spoglądamy na pyszne ławki, odwrócone tyłem do alejek, tyłem do przechodniów, z widokiem na jezioro, którego nie widać, z widokiem na Królową Wiktorię, która na tle granatowego nieba przypomina posąg z białej czekolady. Moje okulary przeciwsłoneczne, gdzieś wysoko na głowie, nagle stają się akcesorium w stylu brytyjskiej ekstrawagancji, równie zbytecznym co katapulty do aportowania gumowych piłeczek.  
- Czas wracać. – mówię zacierając dłonie, w których ustało wszelkie czucie.  – Czuję to swędzenie. Mrowienie.  Spuchliznę. Chętkę na apetyt. Tak dawno tego nie czułam...  
- Czyżby koniec żałoby po utraconym płaszczu? – pyta towarzysz spoglądając na mnie spod wysoko zaczesanej grzywki.  –  Zakupy? Czy po prostu zmarzłaś...?
(w tym „zmarzłaś?” kryje się tysiącletnia, starannie pielęgnowana pogarda dla wszystkiego co kontynentalne)
-  Och nie, nie... – odpowiadam poprawiając szalik od McQueena, który znalazłam dzień po tym jak ukradziono mi mój piękny, niemal szyty na franciszkową miarę, ulubiony płaszcz. Płaszcz w sam raz do tajemniczego stawiania kołnierza. – To nowy post. Lipshit post. Pepper post. Jeśli chcesz mogę Ci opowiedzieć, zanim trafimy tam gdzie ty wypijesz herbatę, a ja odpalę laptopa...
- Ale masz przejściówkę?

2 komentarze:

KaRrla pisze...

śniłaś mi się dziś. jeśli to w ogóle możliwe

lipshit pisze...

When you have eliminated the impossible, whatever remains, however improbable, must be the truth.

Podejrzewam, że to nie była Katarzyna Frank. Jedynie jej duch.