sobota, 30 marca 2013

Miejskie Ogrody


Przedziwne, ale pierwszej londyńskiej wiosny reszty mojego życia, wiosna zdecydowała się szerokim łukiem ominąć Anglię. Tak jak dziś. Umówiłam się na wielkanocny podwieczorek na trawie w ulubionych Ogrodach Kensington. Założyłam przeciwsłoneczne okulary, wsunęłam dłoń bez rękawiczki pod silne, męskie ramię, gdy na wysokości Albert Memorial zaczął padać śnieg. Niezwłocznie podjęliśmy decyzję o odwrocie. Oczywiście, gdy dotarliśmy do kawiarni z ulubionym kominkiem na Covent Gardens, wyszło spektakularne, gorące, wiosenne słońce. Po wypaleniu dunhilla i wypiciu kawy, po zjedzeniu lakrycowego cukierka z białym niedźwiadkiem i serii narzekań na torbę z primemark z paskiem od gucci ukradzionym pewnej szafiarce, słońce nadal spektakularne, więc kocyk po pachę i biegiem do metra. Gdy wydobyliśmy się spod ziemi, po tym jak wdrapaliśmy pod górkę Exhibition Road, zaczęło z nieba sypać coś co przypominało skrzyżowanie śniegu z gradem oraz deszczem. Więc nie dziwcie się proszę neurotycznym zwyczajom Anglików. Oni paradują po ulicach tak rozgogolaszeni bo na taką pogodę nie sposób się ubrać, a kardynalna zasada tego miasta to „mniej znaczy więcej”.

środa, 27 marca 2013

DESER KASI PEPPER [2]


Kasia Pepper ścisnęła eklerkę między dwoma palcami pozwalając by krem wypłynął na talerzyk. Była całkowicie zaaferowana operowaniem łyżeczką i eleganckim pochłanianiem mieszkanki żółtek, cukru i śmietanki. W myślach wyprawiała z eklerką prawdziwe świństwa. Drążyła ją językiem, wbijała w nią palce, a potem zachłannie oblizywała je aż po nasadę knykci. Wyciskała krem prosto do otwartych ust, a gdy eklerka była już pusta i zmęczona osiadała w dłoni, marzyła o rwaniu miękkiego ciasta zębami. Tymczasem, zmuszona przez okoliczności, Kasia całkowicie skupiała się na dyskretnym oblizywaniu opuszków i wylizywania kremu z okrągłych kształtów srebrnej łyżeczki, tak by nie stukać nią o zęby. Wszystko to pod czujnym okiem Iddiego Childisha, popijającego espresso z maleńkiej filiżanki, która znikała w cieniu jego dużych dłoni. Kasia ze smutkiem stwierdziła, że unicestwiła eklerkę na dobre i z czujnością młodego jastrzębia, zaczęła rozglądać się po stole w poszukiwaniu kolejnej ofiary. Sięgnęła po śmietankowego foundanta, z ostentacyjną rozwagą omijając wszystko co czekoladowe. Walcząc z pokusą by nie zmiażdżyć parującego foundanta otwartą dłonią, poczuć jak pod naporem krem rozpycha zastygłe ścianki, wbiła w niego miniaturowy widelczyk. Obróciła widelczyk parę razy, tak by wykroić małe kółeczko i zajrzała do środka, ze znawstwem lustrując spieniony krem. Trojaczki, chrupiąc domowe ciastka z czekoladowymi wiórkami, przywykłe już do widoku Kasi Pepper celebrującej niemal cieleśnie kolejne etapy deseru, całkowicie ignorowały łakomczucha. Iddie Childish był najwyraźniej zafascynowany przedstawieniem i z uśmieszkiem pełnym niedowierzania śledził każdy ruch pepperowych dłoni, każdy kolejny gram ciastek znikający w uszminkowanych ustach i towarzyszące temu pomrukiwanie, trzepotanie rzęs, podochocone mruczenie i wywracanie oczami. Nie uszło to uwadze Jej Mości, która z politowaniem przenosiła wyblakłe oczy z jednego na drugie. Odchrząknęła, mówiąc;
-          Kasiu Pepper, czy już wiesz czym zajmuje się nasz drogi gość, Pan Iddie Childish? –


piątek, 8 marca 2013

DESER KASI PEPPER

Zazwyczaj pomiędzy trzecim a dziewiątym dniem marca ukazuje się jakaś krótka forma z Kasią Pepper jako główną bohaterką. Tak by uczcić trzy po trzy Franciszkowe święta, które kryją się w tym krótkim przedziale czasu. Na razie planuję dwie części, ale może odgrzebana w przepastnym, zapominanym, pepperowym archiwum miniaturka spuchnie i urośnie... 
więc
so 
did you miss Katie Pepper?