środa, 20 lutego 2013

CUDZOZIEMCY [2]

CUDZOZIEMCY [2]

ROZDZIAŁ II
BATTLE DRESS

część pierwsza

- Szybko. Szybciej. Pośpiesz się. - Hubert mamrotał i kiwał dłonią na Annę. Stopą przytrzymywał kuchenne drzwi.
Anna biegła alejką ogrodu na tyłach pokaźnej willi, roztrącając żółte, jesienne liście. Przytrzymywała poły płaszczyka z brązowej wełny, niedbale zarzuconego na ramiona. Lisie, pomarańczowe futerko ocierało się o białą skórę szyi. Na nogach miała mokasyny, które przypominały przydeptane kapcie. Nie ważne jak wyglądały, ważne, że nie wydawały żadnych dźwięków, że w mroku pomagały się stać niewidzialną. Gdy tylko zdyszana dopadła do drzwi, Hubert przycisnął Annę mocno do siebie. Zanurzył w nos w lisim futerku, mocno wciągając jego dziewczyński zapach, mieszaninę dziesiątków rodzajów perfum i panieńskiego brudu. Pocałował ją w czoło, ustami zebrał parę kropel potu, które przypominały kwiatową wodę. Chwycił Annę za szyję. Badał gęstość splotu małych kręgów, naciskał kciukiem mocno na krtań, chciał chrzęstu. Gdy oderwał dłoń na skórze pozostały podbiegłe krwią ślady. Rozpływały się pod naporem rumieńca. Hubert oderwał od drzwi ramię, usunął stopę i popchnął Annę przed sobą. Anna nabrała głęboko powietrza, gdy za otwarciem drzwi uderzył w nią ukrop i hałas. W przeciwieństwie do martwego, cichego ogrodu, kuchnia tętniła życiem. Trzeba było szybko otrząsnąć się z wrażenia, że byli całkiem sami. Od dawna nigdy nie bywali całkiem sami.
Kuchnia była pełna pary, jazgotu i zapachów. W kontekście wojny to było bardziej niż nieprzyzwoite. Sytość, zdrowie, jakość, smak, może i nie były zakazane, ale były w złym guście. Były domenami domu wroga. Na Annie i Hubercie kulinarny bezwstyd nie robił żadnego wrażenia. Parli przez kuchenny przepych, roztrącając kolejne kurtyny pary, byle wciąż do przodu, obojętni na wrażenia zmysłowe. Anna trzymała poły narzuconego płaszcza, obejmując się za okrągły, wydatny brzuszek. Hubert szedł za nią, opierając dłonie na jej ramionach. Pod jedną ze ścian zachlapanych tłuszczem, dwóch majestatycznych grubasów trąciło się nawzajem na ich widok. Wymienili pod nosem parę uwag, może nawet nieprzystojnych. Jeden z nich oderwał się od filetowania i krojenia mięsa, którego nazwy większość mieszkańców tego przeklętego miasta już nie pamiętała. Wycierając dłonie w poplamiony juchą fartuch, mężczyzna wyminął kuchtę niosącego parujący rondel, by zagrodzić Annie i Hubertowi drogę. Patrzyli na niego, jakby wyrosła przed nimi nieożywiona przeszkoda, mur albo ściana. Trzeba było się zdecydować jakiego rodzaju przemocy użyć by iść dalej. Oboje uśmiechnęli się, jak na komendę.
- Pan Pieniążek. - Anna wydobyła z siebie głos przypominający trzeszczenie dawno nie otwieranych drzwi. Wskazała na plamy bydlęcej krwi na jego fartuchu. - W swoim żywiole, nieprawdaż.
- Złociutka! Dawno żeś się nie pokazywała ani we dworze, ani u oficerów.  - olbrzym pochylił się nad Anną by ją objąć. Hubert zdjął dłonie z jej ramion i szybko popchnął ją w jego kierunku. Anna zesztywniała, ale nie odsunęła się, ryzykując poplamienie płaszcza i czarnej sukienki. -  Myśmy tutaj już zaczęli gadać, żeś pomarła albo zhańbiona. Ale przecież masz swojego drogiego braciszka, więc ani hańba, ani śmierć ci nie grożą.
- Panie Pieniążek, a Pan by pozwolił takiej ślicznotce na posługę w oficerskim domu? - Hubert uśmiechnął się, choć reszta jego twarzy pozostała nieruchoma. - Znalazłem jej inną robotę. Po same łokcie. Nie ma czasu, dlatego się nie pokazuje.
Anna odsunęła się od grubasa, przydeptując czubki wypastowanych butów Huberta, który nie drgnął nawet o milimetr. Pieniążek sięgnął do jej płaszcza i demonstracyjnie rozsunął jego poły.
- A co my tu mamy? - gwizdnął, jakby chciał przywołać spojrzenia tych paru osób z kuchennej służby, które jeszcze nie zaczęły się gapić.
Praca kuchni zwolniła odrobinę. Para rozrzedziła się. Noże opadały w siekaninę z co raz mniejszych wysokości. Turbina mieląca mięso wytracała szybkość.
- No, no, skarbeńku. - Pieniążek wskazał na okazałą wypukłość pod żałobną sukienczyną. - Czyżbyśmy mieli jednak trochę racji? Prawie jak śmierć, trochę jak hańba.
Anna i Hubert pozwolili by zawiść, jaka zapadła razem z ciszą w kuchni, zaczęła puchnąć i pęcznieć. By zrobiła się ciężka, by spłynęła z sufitu aż do samej podłogi. Pozwolili sobą gardzić i nienawidzić się. Tego chciał motłoch, tego chciała oficerska służba. Żeby ta wyniosła pinda, ta niedotykalska, ta zarozumiała cipa, wreszcie wpadła w gówno po same uszy. Żeby jej braciszek nie zdołał jej obronić. Żeby choć raz nie zdążył. Żeby ich wreszcie rozdzielono. Żeby oboje się stali dostępni, do co prawda zupełnie innych celów, ale w pełni dostępni dla tłuszczy. Dla zębów, kutasów i niezamężnych córek. A skoro tłuszcza tak bardzo tego pragnęła, czemu by jej na chwilę tego nie dać?
Daj tylko po to, by zaraz odebrać. Jedno z niepodważalnych prawideł gry.
- Panie Pieniążek. - na pięknej twarzy Anny pojawił się krzywy uśmiech, jakby ktoś wyskrobał go paznokciem - Odkrył Pan mój sekret. Zdemaskował mnie Pan. Są tacy, którzy mogli by mnie za to skazać na śmierć. Są tacy, dla których mój uczynek jest wielce hańbiący. 
Hubert znów położył dłonie na ramionach dziewczyny. Zdjął jej płaszczyk i z wprawą lokaja, przewiesił go sobie przez ramię. Niejednoznaczna wypukłość pod sukienką Anny była teraz widoczna jak na dłoni. Anna odwróciła się w stronę pobliskiego stołu, na którym ktoś wcześniej skubał drób. Szybkim ruchem wydobyła coś spod sukienki. Drobiny puchu uniosły się w powietrze, gdy ciężki pakunek uderzył o blat. Anna stała pośród wirujących piórek, znów chuda i płaska. Hubert przymknął powieki gdy podniósł się dźwięk rozczarowania.
Praca w kuchni ruszyła ze zdwojoną mocą. Para zgęstniała. Noże zaczęły opadać z cichą furią. Turbina mielącą mięso wpadała w swój zwyczajowy, nienawistny rytm.
Anna rozluźniła nieco szary sznurek i uchyliła brązowy, pakowy papier. W środku lśnił czarny materiał o splocie tak gęstym, że niemal wydawał się pokryty gęstym futrem.
- To materiał na zimowy płaszcz dla Huberta. Proszę nie pytać co musiałam zrobić by go zdobyć. - Anna wyjaśniła Pieniążkowi, który wciąż z nadzieją pochylał się nad pakunkiem, jakby w każdej chwili mogło stamtąd wyskoczyć niemowlę.  - Przyniosłam go tutaj żeby wziąć miarę i zrobić wykrój.
- Właśnie dziś? - Pieniążek z powątpiewaniem łypnął na nią - W dzień oficerskiego przyjęcia?
- W oficerskim domu codziennie jest jakieś oficerskie przyjęcie. - Hubert przecisnął się przed niego, zawiązał ponownie sznurek i nie bez trudu wsunął ciężki pakunek pod pachę. - Ja ją zaprosiłem. Jeśli w jakikolwiek sposób Anna zagraża cześci i zdrowiu oficerów, wezmę to na siebie.
Pieniążek roześmiał się gromko, odrzucając łysą głowę do tyłu.
- Skarbeńku, niech bóg broni oficerskie stadło przed takim chudzielcem jak ty. - uszczypnął Annę w brzuch jakby jeszcze raz chciał się upewnić, że dziewczyna nie skrywa tam więcej żadnych sekretów. - Wpadnij potem po ciasteczko.
I zanim Anna zdobyła się na jakąkolwiek odpowiedź, Hubert pociągnął ją w kierunku wielkich, wahadłowych drzwi. Anna odruchowo wspięła się na palce i bezszelestnie podążyła za nim.


Korytarz był wytłumiony perskimi dywanami i ciężkimi arrasami. Wszelkie odgłosy zmieniały się w kocie mruczenie, w metodyczne drapanie pazurami. Dębowe drzwi były ciężkie, o pokrytych patyną klamkach. Spod niektórych sączyło się światło.
- Gdzie oni są? - spytała Anna, pozwalając by Hubert ją wyprzedził.
Wskazał w głąb długiego korytarza, który zwężał się, niczym kolejowy tunel. Na samym jego końcu majaczyły drzwi o szklanych szybkach malowanych w irysy i maki. Między kwiatami przesuwały się długie cienie.
- Nie czuję dymu cygar. - Anna pociągnęła nosem - Nie skończyli puddingu.
- Nie. 
Anna zwolniła jeszcze bardziej. Zmieniła krok, z cichego truchtu, na powolny, leniwy. Opadła mocno na pięty. Przeciągnęła się. Całe jej ciało ułożyło się inaczej. Była wyższa, wiotka. W niczym nie przypominała już służącej zgarbionej od ciągłej pracy, dziewczyny, która spędza całe dnie albo na kolanach, albo na palcach. Powiodła piąstką pomiędzy dębem paneli. Kostki stuknęły. Na ten dźwięk Hubert obrócił się przez ramię.
- Czemu nie podajesz do stołu? - spytała, chuchając na knykcie, zaczerwienione jak od ciosu.
- Miejscowi zaczęli się burzyć, więc pozwoliłem jakiemuś młokosowi przejąć posługę. - Hubert troskliwie wygładził płaszczyk przewieszony przez ramię. Zanurzył palce w rudym futerku i drapał je paznokciami. - Przekonają się, że jestem niezastąpiony. A on zatęskni trochę.
- Musimy to ukryć. - Anna wskazała pakunek - Zaprowadź mnie do zbrojowni.
- Gdzie? - Hubert wreszcie przystanął
- Chcę zobaczyć jego sypialnię.
Hubert uśmiechnął się szeroko. Dał Annie znak dwoma palcami by zrównała się z nim, po czym wskazał do góry. Balustrada szerokich schodów, w kościanym kolorze, piętrzyła się na dwie strony, niczym wielorybie zęby. Gięte, secesyjne lampy oświetlały drogę na piętro. Willa, z zewnątrz podniszczona wybuchami, obdrapana pociskami, nie wyglądała na tak obszerną, na zdolną pomieścić tyle pomieszczeń. Oficerska willa miała paszczę pełną białych zębów. Kopuła wieńcząca hol była przeszklona, wypukła niczym wybałuszone oko. Szafirowe szkiełka osadzono w złotych ramkach, na podobieństwo soczewkom w lunetach gwiezdnych obserwatoriów. Anna zadzierała wysoko głowę, uśmiechając się co raz szerzej. Na jej twarzy plamki światła tworzyły konstelacje niebieskich piegów.
- Ścigamy się! - warknęła nagle.
Anna i Hubert puścili się biegiem w górę schodów, potrącając się i chichocząc. Nie hałasowali bardziej niż lokaj i pokojówka, a jednak w niczym nie przypominali oficerskiej służby. 

Brak komentarzy: