sobota, 19 stycznia 2013

LIPSHIT OGLĄDA: Wszystko tylko nie Hobbit


 What's your bag, Klute? What do you like?
Are you a talker? A button freak?
Maybe you like to get your chest walked around with high heeled shoes.
 Or make 'em watch you tinkle.
Or maybe you get off wearing women's clothes.
(Klute)

Mam teraz dużo czasu i odpowiednie warunki by eksplorować swój celuloidowy fetysz. Więc jeśli kogoś interesuje, jakie filmy widziała ostatnio Katarzyna Franciszek, proszę. Oglądajcie razem ze mną, by dać mi intelektualnego prztyczka w nos, w stylu "gówno się znasz, Frank". 

LAST DAYS
Mimo, że nie jestem fanką Nirvany, w szkole ominął mnie szał na Kurta, film podobał mi się niezmiernie. Minimalistyczny, bez niepotrzebnego efekciarstwa i głupawych klisz. Depresja, zaniedbanie, osiąganie stanu zen. Michael Pitt, fantastyczny aktor, który rezygnuje z popisów na rzecz portretowania, przez cały film mamrocze zasłaniając się włosami, ma może trzy zbliżenia. Niezmiernie campowy jest fetyszyzm ubrań jakie wkłada na siebie Blake. Przebiera się z pięć razy, w repliki najbardziej rozpoznawalnych strojów Kurta. To niemal fabularyzowany dokument. Łatwo się nabrać, że ten smutny, pozbawiony sił witalnych chłopak, to naprawdę Kurt.
Pozostałe postacie to jedynie element wystroju wnętrz. Wszyscy zawracają Blake'owi dupę, w myśl zasady, że jeśli ktoś się do ciebie nie odzywa, to pewnie cię słucha. Blake nie odpowiada, nie ma w nim żadnej agresji czy arogancji, niepotrzebne monologi wypalają się naturalnie. Fantastyczny jest monolog chłopaczka, który pierdoli jakieś bzdury o seksie z laską z telewizji i skarży się, że ma problemy z refrenem na swojej demówce, że nie wie jak wyrazić to co w nim siedzi. Blake uprzejmie dziękuje za demówkę, chłopaczek wychodzi, po czym Blake zaczyna grać. Z trudem, jak zacinająca się płyta, ale robi to. Robi to bo potrafi. Robi to bo to oznacza żyć i być tym kim się jest. Gdy robisz to żyjesz. Gdy przestajesz, musisz umrzeć.
Blake w pokoju swojej córki. Najpierw widzisz stado kociąt, dopiero potem scenografia pokazuje ci, że to pokój małej dziewczynki. Blake z piszczącym kociakiem na rękach. Kociak wyrywa się, Blake przeprasza. Krótkie podsumowanie ojcostwa, z którym nie umie sobie poradzić.
Jest dużo czułości dla Blake w tym filmie. Czułości dla umierającego, dla kogoś kto znajduje się w wąskim przejściu między być a nie być. Wszyscy niby wiedzą jak to się skończy, a jednak histerycznie podtrzymuje się życie. Niepotrzebnie. Jak ktoś zadecyduje żeby odejść to i tak odejdzie.
Poruszający film. Polecam do oglądania w kinie. Ze względu na kontemplacyjną narrację trudno jest na nim skupić się w warunkach domowych.

PERKS OF BEING WALLFLOWER
Ezra Miller, such a beauty. Chcę go w dragu, campowym dragu, takim jak Panna Kicia Braden. Chcę go w blondzie i w sukienkach. Jest tak cudowanie queerowy. Tylko dzięki niemu zniosłam jakoś neurozę Watson, której panicznie nie znoszę. Nie znoszę neurotycznych, nerwowych kobiet. Nie znoszę drżących, dziewczęcych głosików.
Niestety, treściowo słabe. Na niekorzyść działa fakt, że autor książki jest autorem scenariusza. Takie mówienie o tabu, ale nie mówienie, takie chcę powiedzieć, ale nie powiem, takie przełamywanie, ale tylko troszkę, takie niedopowiedzenia, nielinearne sugerowanie... takie kino to sobie można w dupę wsadzić. Albo się opowiada albo nie. Nie można przełamywać tabu bezboleśnie i elegancko, nie można robić tego tylko trochę. Skoro nie umiesz mówić/pokazać drastycznego tematu, to opowiadaj/kręć filmy o czymś innym.
No i trzeba naprawdę żyć na drzewie, żeby na troje nastolatków, w tym jednego queer, żadne nie rozpoznało Bowiego. Dopiero Kasia z akademika musiała im pomóc...

JAMES DEAN
Po udanym Cobainie, nabrałam ochotę na kolejnego biopica. I chociaż znów mamy do czynienia z fotograficznym podobieństwem oraz fetyszyzmem kostiumu, scenariuszowo i reżyserko poziom produkcji telewizyjnej. I ani grama więcej. A szkoda. Szkoda zmarnowanego Franco, który jest bombowy. Chciałabym sobie trochę więcej i trochę głębiej na jego Deana popatrzeć.

SALO
Dysonans poznawczy. Film całkowicie pozbawiony miłości, wypłukany z czułości. Istnieje tylko w warstwie subtekstualnej. Oni nie robią tego co robią, ani nie mówią tego co mówią. W obliczu wojny i zinstytucjonalizowanej przemocy każda ludzka aktywność jest karykaturalna i wynaturzona. Spanie, sranie i umieranie. Czy można w inny sposób zekranizować de Sade'a?
Dokładnie po drugiej stronie skali znajdowałaby się ekranizacja „Historii Oka”. Niby o tym samym, a jednak z czułością, też sranie i seks analny, a jednak tyle radości.
Trzeba sobie ten film wmusić. Trzeba wyrobić sobie o nim własne zdanie. Moje to „strachy na lachy”.

ED WOOD
Myślę, że to jeden z najważniejszych filmów jakie widziałam w życiu. Subtekstualny. Utożsamiam się z Edem Woodem. Wierzę w campową wizję sztuki i chociaż miałabym być jedyną osobą na świecie, która czyta moje książki, i tak będę dalej je pisać. Grunt to nie poddawać się i być uprzejmym dla innych. Robić swoje. Chociaż mieliby kiedyś nazwać mnie najgorszym pisarzem na świecie. Wolę być najgorszym pisarzem na świecie na swoich warunkach, niż najlepszym nikim na warunkach innych ludzi.
Cross-dressowy wątek jest fajnie poprowadzony. „Chodzę w babskich ciuchach, bo dzięki temu jest mi wygodnie i lepiej komunikuję się z kobietami”. Właśnie. Po prostu. Żadnych jęków czy przepraszania.
No i Martin Landau. Jeden oscar to za mało. Jego Bela Lugosi zasługuje na całą ciężarówkę oscarów. Chociażby za scenę walki z gumową ośmiornicą.
Polecam jako remedium na kryzys twórczy bądź tożsamościowy.

KLUTE
Po raz kolejny. Jane Fonda jest boginią. Kocham się w niej okrutnie. Naprawdę. Myślę, że Bree to jedna z moich ulubionych ról kobiecych w historii kina. Przebija nawet Kaśkę z „Nagiego Instynktu”. Sceny psychoanalizy są improwizowane i wspaniale obnażające.
Pomińmy minimalizm w stylu retro. Wizualna strona tego filmu sprawia, że moje majtki oraz głowa stają w płomieniach. Zadanie dla retro zaawansowanych; odnaleźć Candy Darling, która pojawia się na chwilę.
To co czyni „Klute” wyjątkowym filmem, to warstwa subtekstualna. W warstwie wierzchniej, to film o prostytutce, miejskiej, wyzwolonej dziewczynie, którą nęka prześladowca, jej były klient. Pojawia się policjant, taki prosty chłopaczek ze wsi, który postanawia rozwikłać zagadkę. Zaczyna sypiać z prostytutką. W warstwie sub, pod, to film o przemianie charakterologicznej kobiety z promiskuitywnej, libertyńskiej wolności w społecznie akceptowalną monogamię. Bree do momentu pojawienia się Klute’a, milczącego, patriarchalnego wzorca żyje bez zobowiązań, ograniczeń, bez przyszłości i bez przeszłości. Gdy pojawią się zobowiązania związane z nawiązaniem pogłębionej emocjonalne relacji, Bree zabiera Klute’a w podróż po kolejnych stadiach tego, co matriarchalny hetero matrix nazywa „upadkiem”. Klute przechodzi kolejne próby, jest wystawiany na działanie różnych perwersji, a my razem z Bree zastanawiamy się kiedy zniechęci się, kiedy odejdzie, co zrobić, jaką część swojej paskudnej osobowości pokazać, żeby go odstraszyć i mieć problem „miłości” z głowy. W finalnej scenie psychoanalizy Bree wyznaje, „kocham go, gdybym tylko tak bardzo nie pragnęła go zniszczyć”. Druga strona tego dylematu to „kochać go oznacza zniszczyć siebie”. By móc kochać Klute’a Bree musi unicestwić wszystko czym była do tej pory. Przemawia to do mnie. Dylemat perwersyjnej kobiety, która ma problemy z wejściem w standartową relację. Miłość, która chce Bree „ratować” wcale nie oznacza, że Bree chce zostać uratowana. Ratunek w tym wypadku oznacza śmierć. W pewnym sensie, odnajduję się w tym filmie.   

DJANGO UNCHAINED
Aż się zgrzałam w kinie. Dawno się tak dobrze nie bawiłam. Chcę się opodatkować na rzecz Quentina, żeby tylko do końca mego życia robił takie wspaniałe filmy campowe, żeby się nigdy nie bał i żeby nigdy nie przestał.
Ten rasizm, jak nazim, jak holocaust, bomba. Ciekawe czy Amerykanie wymiotują w kinie, czy na południu grają go tylko w kinach studyjnych. (w u.s. są kina studyjne???)
Leo z brudnymi zębami, który się cały czas przegina, skradł cały szoł. Dziadek L. Jackson też jest przezajebisty, chociaż nikt o tym nie mówi.

YOUNG ADULT
Mocne rozczarowanie. Antykobiecy pastisz, w którym wszystkie cechy kobiety wyemancypowanej zostały przerysowane i wypaczone. Wszystko co kobieta może osiągnąć, każdy wyznacznik statusu, sukcesu, wszystko czym może się cieszyć single white female in the big city, zostało tu wykorzystane przeciwko głównej bohaterce. Okazuje się, że nawet gdy napisałaś książkę, masz mieszkanie, samochód, sex, piękne ciało i twarz Charlize Theron, marzysz tylko o jednym. By się rozmnażać w domku na przedmieściach zapadłej dziury. I oczywiście jesteś alkoholiczką, która jada w kfc. Taka przemocowa Carrie Bradshaw w negatywie. 

8 komentarzy:

Sucharek pisze...

Ezra Miller wspaniały, to fakt. i też chcę go w dragu (ale nie blond). chłopak jest bardzo charakterystyczny - a jednocześnie na każdym zdjęciu wygląda inaczej, na ekranie zmienia się jak kameleon.
btw, wzbudził bidulek kontrowersje - powiedział w wywiadzie, że jest queer, ale ponieważ nie jest gejem, zrobiła się na amerykańskich plotkach afera.

w samym filmie - miłe sceny z Rocky Horror. poza tym EM przerósł scenariusz, to jasne. całość taka se. Watson chyba zużyła limit talentu w pierwszej części Pottera, albo wymieniła go na pierwszy seks - nie daje się oglądać.

lipshit pisze...

Ezra porusza moją wyobraźnię. Pochodzi z wysokiej, artystycznej rodziny, jest stereotypowym, amerykańskim "artiste". A z drugiej strony prócz tego, że jest niesamowicie piękny, jego wypowiedzi o queer nie są wcale takie głupie. Szczególnie lubię tą o sleepovers with happy endings. Fajnie, że jest taki młodziutki, starczy nam go jeszcze na parę dobrych lat. Nie ma co ukrywać, Ezra ratuje PERKS. To jeden z tych co mogą siedzieć na krześle i żuć gumę przez półtorej godziny, a i tak warto popatrzeć.

Sucharek, powodzenia z blogiem. Zapowiada się świetnie.

Jenny Schecter pisze...

Przeraziłam się co nie miara. Przeglądając w pośpiechu nagłówki na bloggerze, mignął mi "Hobbit". Szok i niedowierzanie. Sto teorii w głowie: jak to?, lipshit i fantastyka? Cóż za koszmarne połączenie. Potem doczytałam tytuł. True story.

P.S. Bardzo jestem ciekawa, czy lubisz/znasz filmy Aleksa de la Iglesii.

lipshit pisze...

A tutaj Cię zaskoczę. W latach średnionasto miałam parę sukcesów jako autor fantastyki. Wróżono mi przyszłość w tej działce, ale potem odkryłam seks, drugs & Sylvia Plath i porzuciłam fantastykę na rzecz perwersyjnego ekshibicjonizmu. Z drugiej strony mam do angielskiej literatury życzeniowej/magicznej duży sentyment. Dlatego żałuję, że to nie Anglicy robią Tolkiena.

Z chęcią nadrobię Alexa de la Iglesii. Zapowiada się świetnie, a mam trochę czasu i będziemy mogły skonfrontować nasze zdanie na lipshitcie. Co polecasz? Bestię czy Perditę?

Jenny Schecter pisze...

Szok, no szok. Fantasy jest tak mało seksowne i kampowe (;

"Perdity" jeszcze nie widziałam, ale jest na mojej niekończącej się liście "must-see". Osobiście uwielbiam hiszpańskojęzyczne filmy najbardziej na świecie. Z tego co czytam, Ty jesteś zakochana w klimacie GB. Jednak myślę, że akurat jego filmy powinny przypaść Ci do gustu. Polecam szczególnie "Kamienicę w Madrycie". Carmen Maura jest genialna, ach!

lipshit pisze...

Fantasy mało seksowne i campowe??? Och, moja droga...... Fantasy jest bardzo campowe i może być sexy. Trust me. Nawet na lipshitcie jest jedno opowiadanie w stylu campującego fantasy.

Zajmę się tym. Ostatnio narobiłam sobie zaległości w filmach nie anglo. I to nie tak, że tylko klimat GB. Tylko klimat retro. Interesuje mnie tylko retro 50/60/70 +period dramas. Czyli kostium. Jak nie ma kostiumu, to ja zaczynam ziewać. Jak nie ma campu, to nawet nie zaczynam oglądać.

Anonimowy pisze...

Pomijam, że obejrzę Last Days. Umykało mi to do tej pory, ale Django i ta Twoja analogia do nazizmu. Po prosstu mini orgazm mózgu. Uwielbiam Quentina (piszę z imienia, jakbym z nim wciągał).
Nabrałem ochoty na obejrzenie z Tobą filmu. Drugorzędne ma to znaczenie - jakiego. Ale dobrze, jakby były tam sceny.

lipshit pisze...

Quentin na zawsze. Uwielbiam każdy jego film. Każdy. Miał bardzo mocny impact na moje życie. To jest inna, mainstreamowa twarz campu. Oby nigdy go nie porzucił.

Mimi orgazm mózgu zawdzięczasz nie mi, a Quentinowi. Odniesienia do holocaustu są oczywiste. Gdy w ostatniej scenie Django schodząc ze schodów wylicza liczbę ofiar. Gdy Candy zabawia się z czaszką, podaje antropologiczne argumenty, którymi posługiwali się naziści spekulując o wyższości rasy aryjskiej. A potem gdy zastanawia się dlaczego ofiary są bierne wobec przemocy mimo przewagi liczebnej. Toż to jeden z największym dylematów tożsamości żydowskiej w kontekście masowej zagłady. Quentin w formie pop przemyca ważną treść; zbrodnia wobec ludzkości jest zawsze taka sama, a rasizm ZAWSZE posługuję się tym samym językiem. Zastanawia mnie jak Amerykanie reagują na ten film. Nie krytycy, ale zwykli obywatele. Czy są świadomi, że żyją w kraju splamionym zbrodnią ludobójstwa na wielką skalę?
No i narodowość Shultza, tego który zabija Candy'ego "bo nie może wytrzymać", też nie jest przypadkowa.

Nieczęsto pozwalam komukolwiek oglądać ze mną filmy. Robią to ze mną dwie, może trzy osoby. Jako neurotyk potrzebuję skupienia. A filmy bez momentów rzadko oglądam.