wtorek, 29 stycznia 2013

LIPSHIT OGLĄDA: Anna Karenina w mojej głowie


Marnie Edgar: You don't love me. 
I'm just something you've caught!
You think I'm some sort of animal you've trapped!
Mark Rutland: That's right - you are.
And I've caught something really wild this time, haven't I?
I've tracked you and caught you 
and by God I'm going to keep you. 
(Marnie 1964)

THE DREAMERS
W czasach studiów na wydziale polonistyki miałam przyjaciela. Udawaliśmy przyrodnie rodzeństwo by wyrywać panienki. Przyjaciel się szybko znudził i zmienił wydział mówiąc, że na polonie są same lezby. Spotykaliśmy się z taką dziewczyną, miała na imię tak samo jak ja. Mówiła, że jesteśmy jak rodzeństwo z tego filmu. Z tego względu przez lata nie chciałam „The Dreamers” obejrzeć. I stwierdzam, owszem, byliśmy jak rodzeństwo z tego filmu. Tylko, że to ja byłam agresywnym, wiecznie znudzonym francuzikiem.
Oglądaliśmy z Arcym ten film przez cztery godziny. Byłam nakręcona jak fajerka na sto dwa. Jest naprawdę sexy. Są w nim wszystkie elementy, które mnie podniecają. Poliamoria, kazirodztwo, cielesność w stylu retro czyli naturalne cycki i bujne owłosienie łonowe, jest na wpół wzwiedziony penis z przyklejonym zdjęciem głównej bohaterki, jest zaniedbane, stare mieszkanie, wielka łazienka, papierosy, wspólne kąpiele w wannie, muzyka z lat 60tych, kino, masturbacja, krew, menstruacja, są długie, francuskie pocałunki, jest transgresja rytuału przebicia hymen. I to jest fajne, to jest jak przepis na pornosa marzeń Katarzyny Frank... ale cała reszta... cóż, myślałam, że to film dla dorosłych. A to jest tylko seksowny „out of age drama”.
Wszystko w tym filmie jest tylko trochę. Trójkąt jest tylko trochę. Kazirodztwo jest tylko trochę. Obscena jest tylko trochę. Izolacja od społeczeństwa na rzecz zmysłowości jest tylko trochę (zupełnie zbędne było to polityczne przebudzenie, fuj!). A jak coś się robi, to się powinno to robić do końca. Zabrakło mi w tym filmie homoseksualizmu. Czekałam przebierając śliskimi udami, żeby Francuzik zaliczył Amerykanina. Nie doczekałam się. Jest za to degradowanie kobiecej seksualności emocjonalnej próbą otrucia gazem. Ech, taki cios poniżej pasa, że elementem histerycznym musi być właśnie siostra.
Och, i seksowne jest jeszcze odniesienie do „Last Tango in Paris”. Wyłapałyście?

DARK HORSE
Zaraz po zakończeniu należy udać się na terapię lub łyknąć jakiś proszek. To jest film tak depresyjny, tak obniżający poziom dobrego samopoczucia, ze nie wiem w jakich warunkach życiowych mogłabym zalecić by go obejrzeć. Najwspanialszy jest dywersyjny trailer, który sugeruje, że to jedna z pogłębionych psychologicznie komedii romantycznych o nieudaczniku grubasie, który mieszka z rodzicami. Nic bardziej mylnego. To jeden z tych filmów, który udowadnia, ze z chwilą gdy kończy się nasze dzieciństwo następuje pasmo wielkiej hujni z grzybnią, która kończy się tylko po to by było jeszcze bardziej hujowo. To jest mocny i ciężki film. Nie dajcie się nabrać na miękką otoczkę. Ma trujący środek.
Christopher Walken. Jego wyraz twarzy w scenie gdy syn spóźnia się na spotkanie służbowe, jest aktorstwem ostatecznym. Taką minę ma bóg jak tam z góry na nas patrzy. Taką minę ma Katarzyna Franciszek jak słyszy o związkach partnerskich w Biskupinie.

FACTORY GIRL
Osobę odpowiedzialną za casting do tego filmu powinno się rozstrzelać. Razem z autorem scenariusza. Jeszcze nigdy Andy Worhol nie był tak ckliwy. Jeszcze nigdy ścieżka dźwiękowa do filmu o latach 60tych nie była tak nudna. Jeszcze nigdy Bob Dylan nie był tak przystojny. Jeszcze nigdy tak bardzo mi NIE było żal głównej bohaterki. Tylko kostium w pytkę.

HITCHCOCK
O tym, że Alfred Hitchcock był postfreudystą, fetyszystą i socjopatą, a także geniuszem subtekstu i treści subwersywnej, wie każdy. Jak łatwo się domyśleć, autorka tego bloga, od czasu gdy świadomie obejrzała „Vertigo” i poczuła jak w jej głowie przeskakuje jakaś klapka, czuje więź pokrewną z wyżej wymienionym. Dlatego też, przyznaję, krew wrząca i śmierdząca mnie zalała gdy okazało się, że film o Hitchcocku jest... sentymentalną komedią romantyczną, a Alfred to pocieszny grubasek, dziwak i alkoholik, aczkolwiek nieszkodliwy.
Jeśli chodzi pojedynek gatunków, w reżyserskim biopicu jest 1:0 dla Ed Wooda. Chociaż ten jeden raz Edzio jest w czymś lepszy.
I nie rozumiem logiki charakteryzacji Hopkinsa. Skoro jego podobieństwo jest i tak umowne, głównie oparte na aktorstwie (gest, głos), to po co było go tak obklejać tą gumą? Nie wystarczyło żeby trochę przytył?

ANNA KARENINA
Jeszcze przed kinem wybuchła awantura. Arcy ciągnął mnie w stronę parkingu, ja ciągnęłam go w stronę kinowej kasy.
- Zdenerwujesz się tylko. - Arcy syczał przez zęby - Będziesz się wściekać, krytykować, fuczeć, wywracać oczami i wzdychać. Spocisz się, a potem pochorujesz. Po co sobie to robisz? Po co robisz to mi?
- Ale.ja.muszę. - prychałam jak kotka - Moja wiara w kino jest niezachwiana. A co jeśli to jest dobry film? A co jeśli tylko zakładam, że jest zły?
- „Anna Karenina” z twojej głowy nie istnieje, Franciszku. Żadna „Anna Karenina” nie zaspokoi twoich...
- Muszę zobaczyć sianokosy... zrozum... Lewin! Pamiętasz co się ze mną wtedy działo...
- Dobrze. - Arcy skapitulował i wreszcie puścił futrzany kołnierz mojego retro kożuszka. - Ale ja najpierw muszę pójść do monopolowego.
Cóż....
To jest zły film. Zmanierowany, pretensjonalny, chwilami niezamierzenie śmieszny. Na siłę udziwniony. Przeintelektualizowany, przegadany. Pozbawiony poczucia humoru. Fatalnie obsadzony. Nielogiczny i nieczytelny. Pełen poprzekręcanych rosyjskich nazwisk. Stereotypowy wizualnie. Niespójny (imiona nie są przełożone na angielski, ale gdy Anna czyta książkę, rosyjskie słowa nie są zapisane bukwami). Beznadziejnie zagrany (z jednym wyjątkiem). Słaby scenariuszowo, napisany po publiczkę, spłycony do granic możliwości.
Szkopuł polega na tym, że „Anna Karenina” jest książką tak wspaniałą, tak epicką, oferującą tak bogaty materiał, że nawet zła „Karenina” będzie w stanie się obronić. Będzie dobra. Nawet ja byłabym w stanie nakręcić dobrą „Kareninę”. Nawet partacz w stylu Petera Jacksona czy Andrzeja Wajdy.
Powstrzymuję się przed napisaniem wielkiego bluzgu, o tym jak ta produkcja nie spełnia moich oczekiwań. „Anna Karenina” w mojej głowie to erupcja zmysłowości, wielogodzinna epopeja o życiu zgodnym z imperatywem przyjemności, pełna naturalnych plenerów i wysokiego cukiernictwa. Powstrzymuję się by nie popłynąć i nie zapłakać nad Lewinem, z którego zrobiono tutaj przestraszone huherko. A przecież wizja Lewina, tego niedźwiedzia o umyśle filozofa, tego olbrzyma, który dźwigając ogromną baranicę, zwinnie porusza się na łyżwach, Lewina, który miota się wciąż rozsadzany ultramęską, fizyczną siłą, wciąż gdzieś biega, chodzi, krąży bezsennie wokół domu ukochanej, wizja Lewina, który wspomina erotyczną przeszłość jako skazę, którą zbruka przyszłą żonę, wizja Lewina który rzucając gęsty cień, kosi siano, a potem odpoczywa w cieniu drzewa fantazjując o Kitty, ta wizja kiedyś trapiła moją spontaniczną masturbację. Mogłabym napisać erotyczną fantazję, wyreżyserować świetnego pornosa o tytule „Lewin”.
Więc napiszę tylko co mi się podobało.
Świetny jest Karenin. Jude Law naprawdę dźwiga tą postać. Jest dokładnie taki jaki powinien być. Smutny, obrzydliwie bierny i bezradny. Budzący zniechęcenie flegmatyk i tchórz. Mocniej spalany przez namiętność niż histeryczna Anna. I fajny jest Wroński. Dobrze wygląda nago, a to jest jego jedyne zadanie. Zmysłowy, piękny i nie jest skażony nawet najmniejszym przejawem aktywności umysłowej. Mężczyzna lalka, chłopiec zabawka. Zupełnie tak jak wymyślił to Tołstoj. Szkoda tylko, że mało widoczna jest różnica wieku między nim a Anną. Świetnie wyglądałby przy bujnej, mocnej trzydziestce, przy kobiecie, nie przy dziewczynce. I to wszystko. Niczego więcej nie pochwalę. Poskarżę się nawet, że wciąż mi się wydawało, że oglądam jakiś gówniany musical typu „Nędznicy”, że zaraz wszyscy zaczną śpiewać.
Brytyjczycy nie potrafią ekranizować rosyjskiej literatury. Jako przykład podaję polowanie na bekasy, na kartach książki pełne zmysłowej radości, adrenaliny chlupoczącej w samcach goniących się po gęstym borze, tutaj zostało zamienione w scenę, gdzie dwóch anglików siedzi sobie wygodnie na krzesełkach i strzela do kaczek. Pasja, która targa bohaterami jest przycięta do potoku słów, którymi postacie obsypują się nawzajem. Tołstoj zmienia kolory i nastroje w przeciągu akapitu, książka aż wibruje od zmienności i neurotycznych wybuchów. Tutaj tego nie ma. Tutaj jest tylko rozrywanie kopert i rzucanie odzieżą wierzchnią. Tutaj jest klasowość na poziomie języka (chłopi Lewina mają północny akcent! Ha!). Tutaj jest drganie krtani i łamanie wachlarza. A to nie tak. Tym się nie zastąpi wrzenia krwi. Stąd podejrzewam konwencjonalna sztuczność. Stąd deski teatru, martwota żywych obrazów i sztuczne plenery. Stąd wypłukanie z realnego. Inaczej Rosjan zimitować nie można. Albo prawdziwa Rosja albo sztuczność konwencji teatru.
Co przedziwne, Rosjanie świetnie robią angielskich klasyków. Widziałyście kiedyś rosyjskiego Sherlocka?

MARNIE
Moją skalę niestandardowych zachowań seksualnych można wyznaczyć poprzez filmy Hitchcocka. Ulubionym jest „Vertigo”, a zaraz potem „Marnie”. Fetyszystka zawsze wygrywa z submisywną, oziębłą suką, która potrzebuje silnej ręki.
Submisywny klasyk. Postfreudowskie, psychoanalizujące studium pogłębionej tresury (chociaż wolę by w słowniku dominacyjnym zastępować termin „tresura” angielskim „taming” czyli oswajanie, poskramianie). Dywagacje nad ukrytym lesbianizmem manifestującym się w odeypialnej oziębłości. Historia o tym jak Sean Connery oswaja pewną lamparcicę, która uwielbia jazdę konną. Czy można sobie wyobrazić lepszego doma niż Sean Connery? Cały arsenał moich ulubionych erotycznych sztuczek. Przykład filmu, który składa się jedynie z subtekstu. Oni nigdy nie mówią o tym o czym mówią, ani nie robią tego co robią. Hitchocock kręciłby wspaniałe, artystyczne softpornosy. Niestety, urodził się w czasach gdy szczytem anarchizującej awangardy było zakłucie marynarza przez małą dziewczynkę, przy użyciu pogrzebacza. 

3 komentarze:

Jenny Schecter pisze...

Do obejrzenia Anny skutecznie zniechęciły mnie dwa nazwiska: Joe Wright i Keira Knightley. Miałam nieprzyjemność oglądać "Dumę i uprzedzenie" w wykonaniu tego pożalsięboże duetu. Zakładam, że Anna jest dla Ciebie tym czym Duma dla mnie. Pamiętam tę koszmarną, skomercjalizowaną ekranizację. Rzygałam i płakałam na zmianę. Zbanalizowany główny wątek, spłycony do poziomu gównianego romansu (kom-rom z Kate Hudson mają więcej głębi, co ja mówię - wątek Brook - Ridge z "Mody na sukces" jest mniej banalny). Tragiczna Keira (jedna mina-niedomknięta usta) sprowadzająca główną postać do głupiej idiotki chichrającej się na widok faceta (słabo mi).

Joe Wright, który jest przecież Anglikiem, nie poradził sobie z oddaniem ducha XVIII Anglii, więc nawet nie marzę o Rosji. Antytalent i nieuk. Zresztą chyba żaden anglosaski twórca jeszcze nie poradził sobie z tym tematem. Tj. słowiańska czy rosyjska dusz, na ekranie.

Swoją drogą, AK nie ma szczęścia do X muzy. Jestem strasznie ciekawa Twojej opinii o poprzednich ekranizacjach. Osobiście lubię tę przedwojenną. Ale to dlatego, ze kocham Gretę miłością ślepą i namiętną.

lipshit pisze...

Naprawdę? Ale Jenny, naprawdę? Naprawdę, naprawdę?
Przecież Wright jest bardzo, bardzo campowy. Nie należy do moich ulubieńców, nie wpisuje się w żaden top, ale lubię jego filmy. "Atonement" nie dorównuje książce, ale jest przyzwoity (i świetnie obsadzony, like Paul Marshal, oh dear god, pants on fire). Tak samo "P&P", który jest przyzwoity i po świetnym castingu. Cudowny Pan Darcy, dokładnie taki jaki powinien być> nie odzywa się zbyt dużo, cierpi schowany gdzieś w kącie, jest wysoki i duży i świetnie wygląda w rozchełstanej koszuli. Do tego Blethyn, Sutherland i Keira... Tak, Keira. Moim skromnym zdaniem, najlepsza Benneth ever. Ja ją lubię, naprawdę. Mam słabość do tego chudzielca z trzecim migdałem. Poza tym Wright, prócz tego że on wspaniale sobie radzi ze scenami grupowymi, jest mocny wizualnie. Wniósł do P&P malarskość, kontemplacyjność i pochwałę wiejskiego życia. Wyczuwałam klimat, to gęste, zamglone, wilgotne lato pełne zapachów w powietrzu, z Elizabeth, która uwięziona pośród tego wszystkiego, tak bardzo nie chce dorosnąć. Dlatego zaskoczyło mnie, że jego AK pozbawiono zmysłowości na rzecz konwencji. Naprawdę podejrzewałam, że Wright jest odpowiednią osobą do tego filmu.

Innej AK nie widziałam, z tego względu, że jeśli najpierw nie przeczytam, to staram się nie oglądać ekranizacji klasyków. Zastanawiam się czy powinnam zgłębiać temat. Chyba zostanę przy Kareninie w mojej głowie i erotycznym spin offie pt. "Lewin".

Jenny Schecter pisze...

Naprawdę! Naprawdę! Nie znośny to dla mnie duet: Wright @ Keira.
Jane Austen uwielbiam i akurat kamp mi tutaj nie pasuje. Chyba jestem cholernie staromodna. Albo ortodoksyjna. Lub po prostu, horyzonty mojej wyobraźni są zbyt wąskie. Trochę wstyd.