środa, 16 stycznia 2013

Cudzoziemcy [1]

CUDZOZIEMCY [1]

Najbardziej perwersyjne są ciche dziewczęta.

You believe this is a game, and you may be right.
But if you think you can play it better than me,
think again.
(E. Hopkins)
ROZDZIAŁ PIERWSZY
KOTY I WRÓBLE

Trudno było stwierdzić czemu byli do siebie tak podobni. Oboje o ciemnych, błyszczących włosach i dużych, brązowych oczach. To nie zbiór cech fizycznych, ale intuicyjne pojmowanie, coś pozazmysłowego, coś poza prostą logiką oka, sprawiało, że byli niemal jak bliźnięta. Może to ich chłód. Cisza w jakiej wygodnie spoczywali. Oszczędność w słowach, gestach i stroju. Dystyngowane, pogardliwe znudzenie. Byli nieobecni, rozmarzeni, a jednocześnie niepokojąco cieleśni. Wydzielali mocny, przyjemny zapach, trochę zwierzęcy, trochę jak jedzenie. Było w nich coś co sprawiało, że gdziekolwiek by się nie udali, w jakimkolwiek mieście, kraju by nie zamieszkali, zawsze byli postrzegani jako obcy. Każdy natychmiast rozpoznawał w nich rodzeństwo. A zaraz potem cudzoziemców.
Tamtego dnia, gdy wreszcie udało im się zyskać znaczącą przewagę, lato było męczące i niefrasobliwe. Trudno uwierzyć, ale podczas czarnych lat wojny również było lato. Gorące. Pełne lekkich tkanin i gołych kolan. Hubert i Anna nie lubili lata. Siedzieli na wąskim murku okalającym pomnik, rozłożysty, niczym drzewo. Pomnik już za parę lat miał zostać zrównany z ziemią, więc nie warto wspominać jego imienia. Hubert miał na sobie ciemną koszulę i czarną marynarkę przewieszoną niedbale przez ramię. Anna nosiła czarną sukienkę o długich rękawach. Żałoba była bezpieczna, powszechna i powszednia. Jak barwy ochronne, jak mundur czy lekarski fartuch. Gołe stopy Anny podrygiwały w przydeptanych bucikach. Miała nogi pokryte złotym puszkiem, na przekór ciemnobrązowym lokom. Hubert wyciągnął w jej stronę pomiętą paczkę papierosów. Był jednym z tych mężczyzn, którzy zawsze mieli przy sobie papierosy. To skuteczniej podkreślało status niż pozłacane, puste papierośnice najeźdźców, panoszących się w domach odebranych tubylcom. Status wyznaczała umiejętność przetrwania, nie pieniądze odziedziczone po rozstrzelanych rodzicach, przynajmniej nie po tej stronie lustra. Anna chwyciła papierosa w palce o paznokciach pomalowanych na krwistą czerwień. Jej paznokcie spełniały podobną rolę co papierosy. Miała jednak gołe nogi. Nie nosiła cienkich, błyszczących pończoszek, jak te zaradne kobiety, które umiały przetrwać głód i biedę. Hubert podpalił papierosy ukrywając zapałkę w dłoniach. W milczeniu obserwowali wejście do oficerskiej kantyny. Pora obiadowa dobiegała końca, a popołudnie było naprawdę piękne. Gęste i lepkie, niczym pajęcza sieć.
- Pamiętasz jeszcze jak to było kiedyś? Zanim się zaczęło. - Anna spytała zachrypniętym głosem, w którym było słychać tarcie, jak u osób, które nie mówią zbyt dużo.
- Co? Wojna?
- Nie. - Anna pogardliwie wzruszyła ramionami. - Zanim zaczęliśmy z nimi grę. Nie pamiętam już jako to jest być jedną z nich. Nie grać.
Hubert wyskubał palcami z ust drobinki tytoniu i spojrzał na Annę z ukosa. Nie miał zamiaru odpowiadać. Odpowiedź nie miała żadnego znaczenia. A jednak wyszeptał;
- Nie grać to znaczy nie być.
- Nie żyć?
Tym razem on wzruszył pogardliwie ramionami.
Drzwi oficerskiej kantyny otworzyły się z trzaskiem. Hubert i Anna lekko unieśli się, wyprostowali, prężąc pierś. Równocześnie wrzucili niedopałki do pobliskiej studzienki. Zmienił się środek ciężkości ich ciał, kąt pod jakim padało zimne spojrzenie. Nagle czujni, jak koty obserwujące stado wróbli. Wróbli w brunatnych, szarych i czarnych mundurach, z czapkami beztrosko niesionymi w dziobach.
- Wybierz sobie. - Hubert przysunął się do Anny i wymruczał jej do ucha. - Teraz twoja kolej. Ja już wybrałem ci Panią.
Anna uśmiechnęła się krzywo, jak ktoś nienawykły do uśmiechania się.
- Moja Pani jest szalona. - westchnęła, nakrywając swoją dłonią dłoń Huberta, która przesuwała się po jej kolanie.
- Oni teraz wszyscy są szaleni. - znów szepnął i wsunął opuszki palców pod rąbek żałobnej sukienki.
Anna nie spuszczała wzroku ze stada wróbli. Śmiali się, żartowali, podpalali sobie nawzajem papierosy i uderzali się po ramionach wierzchami czapek. Z ułożonymi, falującymi włosami, z białymi zębami i zadbanymi paznokciami. Bardziej przypominali wymuskanych uczniów prywatnej szkoły niż bezlitosnych morderców. W letnim słońcu wszystko wyglądało inaczej. Ale wkrótce nadejdzie zima i szybko będzie zapadał zmrok. Wtedy znów włożą płaszcze, skórzane rękawiczki i będą dokładniej zapinać guziki mundurów. Patrząc na nich, na ich beztroskie przekomarzanie się, na niedbalstwo wymuszone upałem, Anna nie mogła doczekać się siarczystego mrozu, pod którego naporem ich delikatna skóra zaczęłaby pękać. Zamarzyła nagle by dłoń Huberta, głaszcząca powoli wewnętrzną stronę jej uda, nie była tak lepka i gorąca. By była lodowato zimna. Marmurowa. Spojrzenie Anny zatrzymało się na jednym z wróbli. Na najwyższym ze wszystkich, najbardziej wyprostowanym, najbardziej bladym roziskrzoną bladością marmurowego posągu. Na tym, który wyglądał jakby nie był jednym z wróbli. Na tym, który zdawał się być cudzoziemcem. 

Brak komentarzy: