czwartek, 19 września 2013

Na przekór Polskiej Dzikusce

I've dreamt about you nearly every night this week
How many secrets can you keep?
Cause there's this tune I found that makes me think of you somehow
And I play it on repeat
Until I fall asleep
Spilling drinks on my settee
(Arctic Monkeys)


Wciąż pamiętam czasy gdy byłam smutna. Pamiętam jak pisałam do siebie krótkie listy. Pisałam „Nie przejmuj się. To wkrótce minie.” Wysyłałam kartki z kinowego holu, wysłałam chińską papeterię pachnącą niczym wyobrażenie o niebiańskim papierze toaletowym. Pamiętam słowa, których nie umiałam wypowiedzieć, rzeczy, których nie umiałam zrobić. Pamiętam zaklęcia, których nie umiałam zapisać. Pamiętam ku przestrodze. Teraz mogę wszystko, ale to jest inne wszystko. Większość tego co o sobie zakładałam okazało się bzdurą. Mimo całej ogłady i akademickiego zaplecza, mimo postfruedowskiej świadomości procesu, Polska Dzikuska która mieszka gdzieś miedzy moją cipką a głową, okazuje się niezniszczalna. 

Wysiadam z autobusu na wysokości Królewskich Stajni. Zazwyczaj obieram inną trasę, ale tym razem prowadzę ulubiony spacer na wspak. Wciąż odczuwam potrzebę by pobyć sama, od czasu do czasu. Przez parę dni nie odzywać się do nikogo. Mówić tylko z samą sobą. Przebywać jedynie we własnym towarzystwie. Widywać się tylko z Londynem. Żwir chrupie pod moimi trampkami z działu chłopięcego. Mam na sobie pensjonarski, pikowany płaszczyk z podszewką w bardzo rozpoznawalną kratę. Pod spodem koszula zapięta na ostatni guzik i legginsy w kwiatki. Pod spodem spodu bielizna tak cienka, że przy głębszym oddechu materiał napina się i protestuje.  Żadnych majtek. Żadnych skarpetek. Żadnej biżuterii. Żadnej torebki. Kindle i TimeOut pod pachą. Cały majątek upchany po kieszeniach. Trzeba lekko przebiegać przez jezdnię i szybko zbiegać po lewej stronie ruchomych schodów.  Nie ma czasu na zbędny balast. Źródło adrenaliny pobudzane pędem tego miasta może w każdej chwili wyschnąć, a wtedy zmęczenie przygniata nisko do zamiecionego dokładnie chodnika i trudno dowlec się do domu. 

Siadam na ulubionej ławce w St James. Widać fontannę i drzewa i turystów. Każdy może mnie tutaj spotkać. Londyn jest wielki. Jest wielkim tygrysem, mruczącym i gorącym. Groźnym, jeśli nie wiesz jak z nim postępować. Jednym ze sposobów na jego okiełznanie jest trzymanie się utartych ścieżek i dotrzymywanie ulubionych rytuałów. T. zna moje ścieżki. Tak długo chodził za mną krok w krok, aż odnalazł bramę w wysokim murze, wyłom w skale na tyle szeroki by wcisnąć w niego... swój ciekawski nos, który pociera stojąc nade mną. Uśmiecha się do mnie. Ja uśmiecham się do niego. Siada obok. Całuje mnie czubek w głowy i zaczyna skręcać dwa papierosy. Dla siebie zwykły, dla mnie w czarnej, lakrycowej bibułce. Opieram głowę na jego ramieniu i głaszczę go po brzuchu. T. jest silny i rozłożysty. T. jest dużo, dużo młodszy ode mnie. Ma na głowie szopę jasnych włosów, jego zarost pod odpowiednim kątem wydaje się całkiem rudy i zawsze mi powtarza, że całuję się najlepiej w całym Londynie. Nie mówimy nic. Palimy papierosy i liczymy kaczki. W końcu T. wstaje i wyciąga do mnie dłoń mówiąc – Chodź, ugotuję Ci kolację. – co tak naprawdę oznacza – Chodź, idziemy pieprzyć się cały wieczór i całą noc. - Kiwam głową i wsuwam palce w jego szeroką dłoń.  Ma poranione dłonie od ciężkiej fizycznej pracy, ale zadbane, czyste paznokcie. Przypominają mi dłonie mojego Ojca. Wychodzimy z St James trzymając się za ręce, chociaż Polska Dzikuska we mnie krzyczy „ Nie, nie, nie! Za rączkę??? To takie wstrętne! Co ten dzieciak sobie wyobraża?

Gdy jedziemy do jego domu, T. wciąż trzyma rękę, to na moim kolanie, to na moim ramieniu. Pilnuje żebym nie uciekła. Dobrze wie jak postępować z Polską Dzikuską. Umie przytrzymać mnie w odpowiednim momencie, gdy sabotuję własną przyjemność. Łatwiej jest nie dojść i mieć pretensje, niż dojść i odczuwać wdzięczność. Łatwiej jest nie czuć nic, niż czuć zbyt wiele i płakać w poduszkę, na przekór dłoni która przesuwa się od ramienia, przez wgłębienia pleców aż do pośladków, tym uspokajającym gestem, który zbyt dotkliwie przypomina dzieciństwo. Przez cała drogę rozmawiam z Mamą przez telefon. T. nie rozumie ani słowa z tego jak próbuję jej wytłumaczyć dlaczego dziewczęta w Londynie nie noszą majtek. 

Bardzo szybko się robi ciemno. Witam się z jego współlokatorami. Śmieją się i krzyczą „allez, allez!” gdy T. ciągnie mnie po schodach do swojego pokoju. Nerwowo demonstruję, że chciałabym zapalić, że chciałabym siusiu, że chciałabym wszystko tylko nie znaleźć się z nim sam na sam w zamkniętym pomieszczeniu. Duma Polskiej Dzikuski sprawia, że wkurzam się na samą myśl, że jeśli znajdziemy się sami, on zaraz przekona się jak bardzo jestem mokra. Dla niego. Przez niego. Nie chcę by moje sutki twardniały gdy tylko mnie dotknie. Nie chcę uderzenia przyjemności między nogami gdy tylko pocałuje mnie w szyję. Nie chcę poddawać się tak łatwo. Wystarczy tylko żeby potarł językiem o mój język.  

Nie pozwala mi zapalić światła. Przytrzymuje moje ręce w górze i opiera mnie o drzwi. Szybko zdejmuje przez głowę koszulkę. Miałam go wiele razy, ale zawsze widok jego nagiej skóry wprawia mnie w osłupienie. Jego zapach doprowadza mnie do szału. Jest mocno owłosiony, stereotypowo męski. Zbyt męski na kogoś tak młodego.  Kiedyś zarzekałam się, że ktoś  taki nie jest w stanie mnie podniecić. Że na moje podniecenie składa się głownie intelekt, a moją główną strefą erogenną jest mózg. Że w mężczyznach najbardziej podnieca mnie ich kobieca strona. Bzdura. Połączenie męskości i naturalnej czułości rozpala mnie do białości. Tylko to. Nic innego. Nic innego tak intensywnie. Ciężkie palce, ciężkie dłonie, poskręcane włosy, pot i mnóstwo pocałunków.  Pocę się w swoim ubranku dziewczynki z dobrego domu. Czuję jak usta zalewa mi słodka ślina, boję się, że jeśli rozchylę usta, zacznie kapać mi po brodzie. Rozszerzone źrenice, pulsowanie między nogami, podwyższona temperatura. Nie jestem w stanie myśleć ani się poruszyć. On o tym świetnie wie. Szybko rozpina rozporek i pozbywa się dżinsów. Stoi tak nade mną, z jedną ręką opartą tuż nad moim uchem, patrzy mi prosto w oczy, od niechcenia pocierając swojego twardego ptaka. Odrywa rękę i zaczyna bardzo powoli rozpinać najpierw guziki mojego pikowanego płaszcza, potem guziki mojej koszuli. Przez chwilę bawi się ramiączkiem mojego cienkiego stanika, dobrze wie, że wystarczy lekko pociągać, żeby moje piersi stały się całkowicie bezbronne. Są białe, mleczne, o malinowych sutkach. Niegroźne. Nie mam nic, żadnej ostrej krawędzi, żadnej twardniejącej, purpurowej części ciała by się przed nim bronić. Jestem całkowicie ogłupiała, jakbym nigdy jeszcze nie widziała nagiego mężczyzny. Zaczerwieniona, ledwo mogę oddychać. T. wsuwa dłoń pod gumkę moich legginsów. Opieram o niego czoło, jasne włoski łaskoczą mnie w nos. Jego palce rozchylają wargi mojej cipki i odkrywają całą wilgoć, przedzierają się przez nią by odnaleźć łechtaczkę równie stwardniałą co jego kutas. Szepcząc coś po francusku, zaczyna ją delikatnie gładzić, głaskać. Za delikatnie, za czule, z rozmysłem doprowadzając mnie do szału, złośliwie zwijając drugą rękę w pięść, wciąż bezużytecznie opierając ją o drzwi, chociaż mógłby ścisnąć moje pośladki albo złapać mnie za kark albo unieść mnie lekko do góry i pomóc mi objąć go udami w pasie. Będzie się ze mną drażnił dopóki nie stracę kontroli. Dopóki nie zrobię czegoś rozpaczliwego. Podnoszę zalane rumieńcem policzki i patrzę mu w twarz. Dopiero wtedy zauważam jak mocno ma zaciśnięte szczęki, jak wiele kosztuje go ta gra. Przysuwam się blisko jego ust i oblizuję się, tak by mógł poczuć jedynie muśnięcie wilgoci. Jego palce cofają się na chwilę. Dłoń zaciska się na mojej cipce, zbiera ją we wnętrzu jak małe, przestraszone zwierzątko. Polska Dzikuska wciąż musztruje mnie, że nie mogę przegrać tej  gry. Polska Dzikuska jest w stanie wygrać każdy pojedynek, szczególnie z kimś tak młodym, tak owłosionym, szczególnie z Francuzem. Wyciągam dłoń po jego kutasa, który w mgnieniu oka nabiera ciężkości, puchnie. Odciągam skórę na czubku i wnętrzem dłoni zakreślam koła dookoła wilgotnej żołędzi. Zza drzwiami słychać wrzaski jego współlokatorów. Kibicują jakby oglądali mecz. Czy dzisiaj jest jakiś mecz? Rozpraszam się na chwilę i odruchowo natrafiam na jego sutek, który gryzę delikatnie. Nikt nigdy nie smakował aż tak. Pomarańczami i skórą długo wygrzewaną na słońcu.  T. wyjmuje rękę spomiędzy moich nóg i zrywa ze mnie legginsy. Potem zsuwa ze mnie płaszczyk, rozrywa koszulę. Słyszę jak guziki i  haftki stanika podskakują na podłodze. Znowu będę musiała pójść do pracy w jego swetrze, który wisi na mnie niczym za duża sukienka i zsuwa się z ramion. T. w mgnieniu oka przenosi mnie na łóżko, na które opadam plecami. Odruchowo zrzucam na ziemię komiksy, laptopa, puste butelki po pepsi max i opakowania po czipsach. T. zdejmuje mi trampki, rozwiązując sznurówki zębami. Całuje mnie w podeszwy stóp, gryzie lekko, ale na skraju znajduję się dopiero gdy opiera moje stopy o swoje ramiona. Robi to czule i ostrożnie, ostatni gest opieki zanim zacznie mnie naprawdę mocno pieprzyć. Ta pozycja, z wysoko zadartą pupą, w której czuję się tak bardzo otwarta, z całą swoją wilgocią na widoku, sprawia, że wystarczy, że lekko dotknie główką penisa mojego gorącego wejścia, a już zaczynam szczytować. I to szczytować z zaciskaniem zębów i szarpaniem pościeli...    

- Wrócę tutaj po ciebie.
- Za te trzy lata, pod koniec twojej podróży dookoła świata, będziesz jeszcze bardziej za młody dla mnie. Powiedz mi lepiej kto cię tego wszystkiego nauczył? Na pewno nie Mama. I nie mówię o gotowaniu.
T. milknie i zaciąga się papierosem. I chociaż mogę sobie akademicko rozprawiać z moim koleżankami o tym, że jesteśmy pierwszym pokoleniem kobiet, które na wzór mężczyzn, po przekroczeniu magicznej trzydziestki, będzie zainteresowane tylko młodszymi kochankami, że jako pierwsze będziemy miały młodych mężczyzn i bardzo młodych mężów, mogę udowadniać do woli jak jesteśmy już na tyle wyemancypowane by zrównać się w prawach do posiadania młodziutkiego mięsa, to i tak zawsze będę traktowała T. z góry. Nie dlatego że intelektualnie jesteśmy oddaleni od siebie o całe lata świetlne. Nie dlatego, że czyta tylko komiksy, a szczytem jego życiowej ambicji jest przetrwanie całego lineupu na Glasto bez poważniejszej kontuzji. Nie dlatego, że gdy się urodził ja już chodziłam do szkoły. Dlatego, że Polska Dzikuska go nienawidzi. Za to jaką ma nade mną władzę. Węszę za nim nieustannie, nie potrafię się oprzeć i nie mogę w żaden sposób zwalczyć tego intelektualnie. Starałam się trzymać od niego z daleka, starałam się przekonać, że reprezentuje wszystko czym gardzę... wszystko na nic.  Można to nazwać chemią, można powiedzieć, że macica mi się na mózg rzuciła i myślę pochwą, ale prawda jest taka, że niewiele brakuje, bym pognała za nim na ten jego koniec świata. I wiem, że ostatnią resztką rozumu bronię się przed tym pomysłem. I wiem, że niczego bardziej nie pragnę na świecie niż siedzieć sobie z nim, palić papierosy, nie odzywać się, a potem pieprzyć się dopóki starczy sił. Zjeść coś, zapalić i dalej się pieprzyć. 

Przez parę następnych tygodni, już po jego wyjeździe (Polska Dzikuska zakazała mi się pożegnać)  myślę o nim codziennie. Czy tego chcę czy nie. Śpię z termoforem owiniętym w poduszkę. Masturbuję się fantazjując o T. Realnym, pozbawionym perwersji T. O tym jak wylizywał mi cipkę, z czułością i cierpliwością, pilnując moich dłoni i nie pozwalając się przepłoszyć, nie pozwalając mi się poddać. Miły chłopak, który strasznie mlaskał przy jedzeniu, nie przeczytał z życiu ani jednej książki bez obrazków i nie miał żadnych manier. Wszystko poza utartymi schematami myślenia. Wystarczył jeden T. żebym znów odzwyczaiła się sypiać sama. Wystarczył jeden nieostrożny krok, jedna iskra, żebym znów nie chciała tego wszystkiego przechodzić. I żeby nie móc się doczekać by przejść to od nowa. Na przekór Polskiej Dzikusce. 

wtorek, 23 lipca 2013

London in love

Maybe the next one darling. Maybe the next one.

Jest zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Londyn nie jest miękkim erotyzmem. Londyn nie jest soft porn. To nie herbatka, ciasteczka, wysokie obcasy i szeleszczące falbanki halek. To coś o wiele lepszego. To coś bliższego życia, prostego, skromnego i całkowicie wyzwolonego. Coś pozbawionego ostentacji. Coś o co nie musisz się prosić, nie musisz się starać. Coś co przychodzi samo z siebie. To coś dzikiego, nieskrępowanego i nieprzewidywalnego. Coś co wymusza całkowitą akceptację samej siebie, bo nie ma czasu na roztrząsanie, przeżywanie i podejmowanie decyzji z namysłem. Trzeba brać gdy dają.  Żadna oferta nie pada dwukrotnie. Londyn to kolejna emancypacja Katarzyny Franciszek gdy wydawało się, że nie można się już bardziej wyemancypować. To nauka cierpliwości i samodyscypliny. To ponoszenie konsekwencji za wszystko co się robi. To ponoszenie konsekwencji za wszystko czego się nie robi. I nie ma w tym nic dziewczęcego, nic kobiecego. Jestem chłopcem, który urwał się ze smyczy, czujnym, w stanie morderczej gotowości. A jednak, gdy opowiadam o sobie tym co znają dobrze losy Kasi Pepper, mówią
„Napisałaś sobie to życie. Jesteś Kasią Pepper.” 

Jestem tutaj niespełna pół roku. Erotycznych przygód jest więcej niż sześć. Londyn otwiera się przede mną. Jest hojny, promiskuitywny i zaskakująco bezpieczny.
D. ma czekoladową skórę i niebieskie włosy. Wychowała się na dalekich, południowych przedmieściach Londynu. Jest bardzo, bardzo młoda, myślę najmłodsza ze wszystkich moich kochanek. Pokazuje mi swoje wiersze publikowane na tumblrze i zachwyca się moją nową fryzurą zrobioną przez praktykantkę w british vouge. Jej cipka smakuje jak mango lassie.

G. jest Australijczykiem i lubi się ze mnie podśmiewać. Boo hoo, baby is lost. – mówi gdy przyznaję, że nie wiem jak trafić do domu, w którym moglibyśmy pieprzyć się całą noc. Pokonujemy podwójne zasieki ogrodzenia Hyde Parku. Całkiem zadowoleni z siebie maszerujemy przez ogromną pustą, przestrzeń. Come on, I’ll show you my kissing tree. Zgarniają nas gdy zaczyna przed oczami migotać woda The Serpentine i radiowozem grzecznie odwożą pod samą bramę przy Hyde Park Corner. G. bierze mnie pod triumfalnym łukiem Wellington Arch. Przejeżdżające samochody i falujący na żółto brązowo Londyn, świadomość bliskości domu w którym śpi królowa, sprawiają, że szczytuję jak nigdy dotąd. Powtarzamy łóżkowe wygłupy jeszcze dwukrotnie, ale G. nigdy nie będzie w stanie powtórzyć swojego pierwszego występu, więc znika jeszcze szybciej niż się pojawił. 

T. jest młodziutkim, przepięknym francuzem, na którego mam crusha od kiedy tylko poznaliśmy się przez wspólnych znajomych. Jest strasznie dużo chemi, ale zachowuję dystans, w końcu nie pójdę do łóżka z kimś, kto ledwo co może legalnie kupować alkohol. Więc zanim się obejrzę T. jest moim bardzo dobrym kumplem. Zanim się obejrzę wychodzimy co wieczór razem. Zanim się obejrzę zostaję przyciśnięta do ściany i nie mam nic do powiedzenia. Przez cztery godziny całujemy się w miękkiej mżawce, odbijając się od ścian muzeów i kamienic, po tym jak wygonili nas z metra. Od pierwszych sekund wiem, że ta chwila jest wspomnieniem, które zachowam do końca życia. Jakby nikt nigdy nie całował mnie do tej pory, jakby nikt nie potrafił tego zrobić w ten jeden, prawidłowy sposób. Mam znowu czternaście lat i mokre majtki. Wszystko spręża się i wystarczy, że T. muśnie mnie między nogami, a dosłownie eksploduję. Rozpadam się na tysiąc pomarańczowych kropel i jeszcze nigdy tak bardzo, jeszcze nigdy tak szybko. Londyn i bezczelna młodość to najlepsze afrodyzjaki. Mija kilka nieznośnych i neurotycznych dni pełnych intensywnej masturbacji, aż wreszcie lądujemy w moim cichym, białym pokoju. Gdzieś w okolicach mojego czteroosobowego łóżka, wystarczy kilka pocałunków w szyję żebym zaczęła się skręcać w przedorgazmowy supełek. Strasznie dużo chichoczę i śmieję się. Cały czas uśmiecham się. Po orgaźmie za każdym razem wybucham radosnym śmiechem małej dziewczynki. Gdy potem leżymy nadzy na łóżku i palimy jointy, rozmawiając o jakiś głupotach typu festiwale, sushi i wellies with bikinis, przez głowę przechodzi mi klarowna myśl. Może to jest to. TO. To czego potrzebuję. Dużo (bardzo dużo) młodszy, piękny, naturalny feminista (stado starszych sióstr), głupiutkie ciasteczko, które w życiu przeczytało może ze dwie książki, który po nocy będzie dla mnie gotował nosząc tylko fartuszek, godzinami wylizywał mi cipkę i zrobi mi dziecko, gdy wyprowadzimy się do jakiegoś cieplejszego, bardziej przyjaznego kraju. Czy tego naprawdę chcesz Franciszku? Odpowiedź daje mi dużo ulgi. Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie ten. Następnym razem.

P. jest Irlandczykiem, a jego transseksualna żona jest Filipinką. Jak większość ludzi w tym mieście nie mogą się zdecydować czy bardziej chcą mnie wypieprzyć czy może wolą się mną zaoopiekować. Ukradkiem wkładają 20 funtowe banknoty do kieszeni mojej chłopięcej kurtki. Zabierają mnie na wycieczkę do najbardziej znanego trans baru w Londynie. A. jest chłodna i gładka jak powierzchnia szkła. Jest ambiwalentna, dominująca i submisywna jednocześnie. Przyprawia mnie o zawrót głowy bo wszystko co wiem o kobietach i mężczyznach, o dziewczynkach i chłopcach, co wiem o sobie samej, własnie poszło się jebać. A. jest pełna transcendencji i nosi bieliznę utkaną z błyszczących, pajęczych nici. Bardzo podnieca ją gdy pojawiam się na progu jej domu na bosaka, ze stopami mokrymi od english summer rain, w cienkiej, szarej sukience. Pod sukienką nie mam nic. Naprawdę nie mam nic a nic. Żadnego serca. Żadnej myśli. Żadnej Katarzyny Frank. 

S. każe mówić do siebie Master. Zwracam się do niego Sir. Ma szafę wypełnioną skórzanymi gadżetami, w której nie znajduję nic dla siebie. Proszę żeby zabrał mnie do jednego z najstarszych sklepów z akcesoriami do jazdy konnej. Zapach skóry odurza mocniej niż fajkowy tytoń. S. to znudzony city boy, z samochodem o otwieranym dachu, z zawiązującym się piwnym brzuszkiem, z ambicjami sięgającymi sterylnego, do zerzygania mieszczańskiego Richmond. Umie podwinąć rękawy oślepiająco białej koszuli w sposób w jaki lubię. Umie mnie drażnić małym palcem, który ugina się pod ciężarem pretensjonalnego pinky ring. Są parasolki i parasole. Są ciastka nakładane szczypczykami. Są konie, których nie można ujeżdżać na oklep nawet w najgłębszej mgle. Są bbc proms, dr who i derby. Zabiera mnie do miejsc, w których czuję się mała i brudna i nagle zapominam jak się prawidłowo używa posrebrzanego, cienkiego widelca. Pokazuje mi ubrania, których nie chcę nosić. Pokazuje mi widoki, które mam gdzieś. Stara mi się zaimponować światem, który mnie nie interesuje, może dlatego, że ten świat nagle stał się dostępny. Nie mogę uciec od wrażenia, że to nie jestem ja. To jest Kasia Pepper pieprząca Barnabiego Smitha w koktajlowym fraku na zasłanej szkłem podłodze. I jeszcze nigdy tak bardzo nie pragnęłam zabić Kasi Pepper.

I wciąż wracam po zmroku do domu. I wciąż nie mam na nic czasu. I wymiotuję na środku Oxford Circus, podczas gdy dookoła mnie stukają wypolerowane obcasy prawdziwych Angielek. Już w trakcie jednej przygody ekscytuję się następną. Łatwo pogodziłam się z faktem, że nie jestem porządna i już nigdy nie będę. Nigdy nie będę gotowała dla swoich mężczyzn i zawsze będę zapominała o urodzinach swoich kobiet. Jestem promiskuitywną, biseksualną, submisywną szmatą. Czytam za mało książek i oddaję się zbyt łatwo. Ale naprawdę żyję. Żyję, nie projektuję życie. Żyję na tysiąc różnych sposobów zapominając o dekonstrukcji świata subtekstu. Wciąż lubię siadać na schodach Trafalgaru i wspominać początki gdy było zimno, szaro, przytłaczająco i fascynująco aż do granic zdrowego rozsądku. Teraz, gdy nie jest to już tylko kwestia przetrwania, można swobodnie eksplorować i zapadać się co raz głębiej. Teraz, gdy wreszcie jestem tutaj w domu.

Jadę doubledeckerem i słucham Morriseya. It takes guts to be gentle and kind. Przez muzykę przebija się rozmowa dwóch dziewczyn. Są mniej więcej w moim wieku. Mają długie włosy, jedna z nich nosi czarny melonik, druga złotą obrożę. Nie muszę się pochylać, żeby wiedzieć, że mają obcisłe sukienki i buty o grubych obcasach, w których ich cienkie kostki wyglądają jakby zaraz miały się złamać. Piją Jagera z gwinta i jedna z nich mówi; 

You will love her. She is just like us. Like every girl in London. Crazy and lusting for love.

I ta poczochrana dziewczyna w trampkach, która siedzi za nimi, ta w chłopięcej kurtce i kocich okularach przeciwsłonecznych, ten piegowaty aspirujący rudzielec, zaczyna się strasznie śmiać. Rechotać głosem zachrypniętym od dunhills & guinness pintes. Po poszukiwaniach miłości aspirującemu rudzielcowi została tylko czerwona szminka, bez której wciąż nie może się obejść. Katarzyna Franciszek odnalazła swój true romance, swój najprawdziwszy ze wszystkich romansów. Ma na imię Londyn.

I w sumie tak mogłybyśmy zakończyć lipshit bloga, czyż nie?  

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Are you french?


True romance, is what I’m after darling.

Ten post jest dedykowany wszystkim, którzy czekają na długi list, na który nieustannie brakuje mi czasu. W niektóre dni wyparowują ze mnie wszystkie słowa. Z przeprosinami za plik pocztówek z v&a, które nosiłam ponad miesiąc w torebce, zanim wreszcie udało mi się je wysłać.

Niesamowita radość gdy wreszcie zaczynasz się poruszać po ogromnym mieście w sposób intuicyjny. Odruchowo obierasz drogę, automatycznie skręcasz w wąskie gardło korytarza w metrze, zbiegasz po schodach, zjeżdżasz po poręczach, skręcasz w bramy, szukasz kocich ścieżek. Śpiesząc się do pracy, potrącasz ludzi, którzy leniwym kroczkiem zmierzają tam gdzie wszyscy inni i mruczysz pod nosem „bloody tourists”. Przebiegasz przez wąską uliczkę, zapobiegawczo patrząc w asfalt, zamiast na boki, unikając kontaktu wzrokowego z kierowcą czarnej taksówki, pod którą wpadasz. Z uchylonego okienka pada „bloody pedestrians”.

Londyn jest łaskawy. Zazdrosny, zaborczy. Niczym angielski gentleman całkowicie bierze Cię w posiadanie. Mąci w głowie, reorganizuje szafę, zmienia apetyty, wymusza zmianę przyzwyczajeń. To jest doświadczenie niemal miłosne. Każde potknięcie, każdy stracony, nieuważnie dobrany nieprzyjaciel, każdy zagubiony drobiazg, każde nie-przypadkowe spotkanie na które się spóźniam zostaje wynagrodzone po stokroć.  Znajduję skarby, poznaję co raz lepszych ludzi i zawsze trafiam we właściwe miejsce, nigdy nie błądzę. Godziny spacerów w słońcu, dwie godziny spacerów w deszczu, płaskie obuwie,zimne  jedzenie z pudełek na zimnych schodach i ocean herbaty. Oceany herbaty z filiżanek, jeziora earl greya z kubków, dwa tysiące eklerek i cztery tysiące scones. Are you sconed? Po dwumiesięcznej gonitwie wreszcie udało się zatrzymać. Wielki pokój pełen światła i powietrza, w którym jest tylko ogromne łóżko, fotel, miękki, puszysty dywan i moja walizka. Ogród pełen drzew i złoty labrador. Mam mnóstwo ciszy tylko dla siebie. Zaczynam wszystko od minimalistycznego końca, starając się by walizka nie przytyła. Londyn to wieczne wakacje. Najzwyklejsza praca sprawia, że stać cię na wszystko plus kino plus bowie w v&a plus koncert morrisey tribute band plus miles kane live plus ta skórzana kurtka z beyondretro plus ta parka od ted perry. Komfort wycisza. Komfort odstawia alkohol i weekendy wypełnione tequilą. Komfort wygładza nerwowość i wytrąca kompulsywne łakomstwo. Zyskujesz dni wypełnione spacerami, biblioteką i dr pepperem zero. Nie trzeba się nigdzie śpieszyć i o nic martwić. Nie trzeba robić nic istotnego by przeżyć. Niektórzy by odzyskać siebie zaszywają się na wyspach morza śródziemnego lub w shakramie w indiach. Zaszywają się w Bombaju,Istambule, Beskidach, Wenecji, na Islandii, na północy Włoch czy na południu Francji. Zaszywają się w środku dżungli, na czubku lodowej góry lub na dnie morza. Katarzyna Frank zaszyła się w Londynie.

A jednak … a jednak choć można fantazjować, zmieniać, na przekór milczeć.... nie można uniknąć bycia sobą. 

Gdy wysiadam na Embankment w ustach wciąż obracam lakrycowego cukierka. Jest gładki i okrągły, czarny i intensywny. Pewna dziewczyna, która na imię miała tak jak Miłość, przywiozła mi je w prezencie, po tym jak próbowała uciec przede mną na koniec świata. Na opakowaniu mają białego niedźwiadka, choć przekornie nazywają się fox. Od kiedy jestem tutaj zawsze mam w torebce paczkę. Towarzyszą mi nieustannie. Mają smak Londynu. Ostatnio przez chwilę myślałam o tej dziewczynie, gdy kończyłam pić raspberry limeade na schodach trafalgaru, karmiąc gołębie resztkami wegańskiego brownie. Rozgryzłam listek mięty i pośród limonkowej lemoniady, pośród kropelek bryzy od strony lwów i fontann oraz słońca, ten listek przypomniał mi drinki nad morzem i ekscytację mojego jedynego małżeńskiego urlopu. I po raz pierwszy pomyślałam z zadowoleniem, bez żalu czy gniewu, jak dobrze spoczywać w zupełnie innej galaktyce. Pójść dalej, rozwinąć się, zmienić się, jest najdotkliwszą karą. Trzeba było przejść przez wszystko, żeby z wszystkiego zrezygnować na rzecz tego czego naprawdę się chce. Żadnych kompromisów, żadnych wymówek. Jeśli chcesz, naprawdę mocno pragniesz, zrealizujesz chociaż jedno, spektakularne marzenie. I choć nie z pieniędzy za sprzedanego pornosa, może i nie z Kasią Pepper pod ramię, ale przez chwilę poczułam się naprawdę szczęśliwa i wdzięczna, za to wszystko co sprawiło, że odczuwałam tak głęboki, tak dotkliwy głód, że wygnał mnie aż na te schody pod londyńską National Gallery. Poczułam się naprawdę dobrze, że nie przyszło mi łatwo, że musiałam wiele przejść, żeby spełnienie spektakularnego marzenia odbyło się po prostu, niespektakularnie. Londyn nadszedł jako kolejna epoka mojego życia. A wszystko inne zostało gdzieś w odległej galaktyce. 

Tylko tutaj metro ma tak intensywny zapach. Nie potrafię go opisać, choć jest tak gesty, że można by go zamknąć w butelce. I jest w tym zapachu wszystko. Maszyny, iskry, morski ozon, głębokie gardła tuneli, jest grzyb, pleśń, wilgoć, jest krew, łzy, siki i zagubione louboutins, jest pośpiech i cykanie tysiąca uśpionych bomb, jest Królowa i Sherlock. Wynurzam się z tego zapachu i mój krok jest lekki. Wszędzie wbiegam, wskakuję i neurotycznie poprawiam szalik w zwierzęce  plamki. Idę przez most na południowy brzeg, który zawsze mnie przyciąga. Zawsze ciągnie mnie na ten niewłaściwy brzeg rzeki, odruchowo odtwarzam praską konfigurację (jakkolwiek by nie patrzeć, w końcu przybyłam prosto z warszawskiej first zone!). Uśmiecham się do Św Pawła, który pośród zachodzącego słońca wygląda jak niedojrzały księżyc, jak wielka, blado różowa beza. Jest gładki, mlecznie słodki i absolutnie przepiękny. Niczym marmurowy kamień pośród całego badziewia city. Mogę być zmęczona, mogę mieć zły humor i nienawidzić wszelkiego życia w tym przerośniętym, miejskim syfie, ale jeden rzut oka na Św Pawła natychmiast wymywa wszystko. I wiem gdzie jestem, dlaczego tu jestem i po co tu jestem. Niczym błyskawica zbiegam po schodach po lewej stronie (!) i idę w odwrotnym kierunku niż cały dzieciaty tłum. Pod BFI ludzie siedzą na ławkach, leżakach, wszyscy drinkują i wyglądają zamierzenie dziwnie. Trzeba być poczochranym, zarośniętym i monochromatycznym. Płaskie obuwie na mocnej podeszwie, z naturalnej skóry i brak oznaczeń subkulturowych. Skromność i ostentacyjny brak ostentacji. Opieram się o barierkę southbanku, z której mam widok jak ze zdjęcia, które jeszcze do niedawna miałam na tapecie komputera. Tamiza wydziela rybny zapaszek. Wrzucam do niej niedopałek, choć to brzydko. Mocno oświetlone barki przepływają szybko, pozostawiając za sobą łomot tandetnej muzyki. I jeszcze dwa papierosy przed zmrokiem, gdy w kinie za moimi plecami zacznie się Teorema. Czas tutaj mierzę na papierosy, zegarek jest absolutnie zbędny. Poprawiam szpilki wpięte w wysoki retro kok z wkładką i wysuwam pięty z mokasynów, które kosztowały majątek tylko po to by być absolutnie NoLogo. I tuż zza mojego zgiętego ramienia w czarnym sweterku, tuż zza mojej zamyślonej, wiecznie nieobecnej głowy, ktoś wypowiada jakieś francuskie zdanie przyjemnym, gardłowym basem. Odwracam się zaskoczona, choć nie powinnam być wcale zaskoczona. To tylko Londyn postanowił sprezentować mi coś. Na ten wieczór przyszykował absolutnie przepięknego, francuskiego chłopca. Ma miękkie, jasne włosy i niebieskie oczy. Cała reszta jest kuszącą, pachnącą przystępną męskością dwudziestopóźno latka. Mamroczę coś pod nosem i zaczynam się miotać w angielsko niezręcznym stylu, że najmocniej przepraszam, proszę mi tego nie mieć za złe, ale ja absolutnie, choć nie w złej wierze, nie rozumiem ani słowa.
- Ooouuu – i to „oooouuu” jest całkowicie nie do odtworzenia za pomocą pisma, niczym gruchanie gołębia.– Really? I thought you are French. Are you French?        
Nie jestem zdziwiona. Zaskakująco tutaj bardzo często ludzie biorą mnie za Francuzkę. W Polsce brano mnie za Angielkę. W Anglii bierze się mnie za Francuzkę. Zawsze jestem obca. Zawsze nie stąd. Zawsze skądinąd lub znikąd. Zawsze nie wiadomo skąd. Zawsze jestem tylko sobą. 
- I’m Katherine.
- So, Katherineee. – I ta Katarzyna znów nie do oddania za pomocą stukania na klawiaturze. Nie powinno się w ten sposób wymawiać dziewczęcych imion. – I was asking, mademoiselle, do you smoke? 
I wyciąga w moją stronę zmiętą paczkę jakiś dziwnych, francuskich papierosów, których nigdy nie widziałam na oczy. Najpierw cztery razy upewniam się czy na pewno, dziękuję, ale czy naprawdę na pewno i biorę papierosa. Gdy zaciągam się po raz pierwszy, już przymykam jedno oko i rzucam podejrzane spojrzenie spod mocno wytuszowanych rzęs.  Papierosy są wstrętne, jakbym paliła zadrukowaną gazetę. ale uśmiecham się błogo. Bo jak można się nie uśmiechać gdy ktoś prezentuje przed tobą zestaw francuskiego cmokania, wywracania oczami, połamaną, arogancką angielszczyznę, dziwną opowieść o filmach i alkoholu i całą chłopięcość, ubraną w bluzę, obcisłe spodnie, z butami o skórzanych sznurówkach i całym majątkiem mieszczącym się w tylnej kieszeni. Och, i jego zarost pod światło latarni wydaje się całkiem rudy. Do tej pory, drogie lipshit girls, na takich chłopców mogłyśmy sobie popatrzeć jedynie na filmach. Tutaj można ich spotkać na każdym kroku. Wałęsają się bez celu, czytają wymięte książki przysiadając w niewłaściwych miejscach, ocierają się w zatłoczonym metrze, rzucając nieprzystojne spojrzenia i trochę polują. Wystarczy na dobre przegnać polską, czarną chmurę, w którą wszystkie jesteśmy spowite i zacząć odbijać spontaniczne, zachodnioeuropejskie światło. Można bez najmniejszego wysiłku unosić się na powierzchni powierzchownej rozmowy. Gadać o bzdetach, uśmiechać się, stroić głupie miny i nie zastanawiać się dokąd to wszystko zmierza. Bo zawsze zmierza donikąd. 
- So, can I take you for a walk? – pyta, a ja przysięgam na boga, przez chwilę zamiast “walk” słyszę “fuck”.
Kręcę przecząco głową i rzucam niedopałkiem w kierunku kina. Zaraz zaczyna się film. 

Sala kinowa BFI to zmysłowe doświadczenie. Wszystkie wyobrażenia o Sali Kinowej z marzeń realizują się. Zawsze zapiera mi dech. Jest nowocześnie przestronna, ale też pełna mroku, czerwonego pluszu, z czerwoną kotarą przed ekranem, która rozsuwa się z klekotem. Rozsiadam się, rozpakowuję kolejnego czarnego cukierka i staram się całkowicie ignorować fakt, że francuska chłopięcość zajęła miejsce dobrych kilka rzędów dalej za moimi plecami. Kotarka klekocze i zapada mrok, ten jedyny rodzaj mroku bez ciemności, aksamitna, hipnotyczna noc w dziecięcym pokoju. Zapominam o wszystkim, o francuskich papierosach, gołębim gruchaniu, św Pawle i jest tylko Pasolini i I-don’t-give-a-fuck-Terence-Stamp i Silvana Mangano, którą dopiero dojrzałość obdarzyła niezwykłą, kocią twarzą porcelanowej lalki. Nie ma mnie przez chwilę. Do czasu gdy czerwone, pluszowe siedzenie obok ugina się pod ciężarem francuskiej chłopięcości. Moje ciało wybudza się z półsnu i prostuję się, jak króliczek złapany w światłach migoczącego ekranu. Zapomniana krew spływa w dół brzucha i coś tygrysiego budzi się głęboko w środku, zapowiedź pomruków i szarpania jasnej sierści. Biorę naprawdę głęboki oddech i uporczywie wpatruję się w ekran, próbując  przekonać samą siebie, że to ze wszech miar irytujące, bo ja przecież oglądam! Nie wiem skąd biorą się takie odruchy, pewnie gdzieś z samego dna bycia człowiekiem, ale poza moją wolą, powoli rozplątuję nogi, rozchylając uda. Bawię się guzikami ciasno zapiętego kołnierzyka sukienki. Palce lądują na nagiej szyi, pocierając drobne włoski na karku. Z przestrachem obserwuję, jak zaczynam nerwowo trzeć kolanem o kolano, tak mocno, że aż kurczą się i mną moje czarne rajstopki. Na moim kolanie ląduje duża, męską dłoń. Gest jest wkurzająco pewny i czule uspokajający. Dłoń zaczyna sunąć ku gorze, bardzo powoli, sprawia, że włoski jeżą się na ciele. W ciąg kilku sekund zjadam cała czerwoną szminkę, ciągle oblizując i zwilżając usta, przekornie suche, chociaż cała jestem już mokra. Palce wsuwają się pod brzeg spódniczki. Szybko nakrywam dłoń swoją dłonią, jakąś taką małą i bladą, niezdecydowaną, bo tak naprawdę nie wiem co mam robić. Wiem co by zrobiła Katarzyna Frank, ten warszawski, podejrzany, promiskuitywny, rozerotyzowany pornograf, ta, którą byłam do tej pory. Ale przecież już nią jestem. Jestem całkiem nowa. Ostentacja, publiczny ekshibicjonizm i pornografia nie wydają się już tak kuszące. Pozostawiłam za sobą submisywność, przesadę perwersji i pepperowe przygody, które przychodzą zbyt łatwo. Nowa sceneria, w której wydarzają się wciąż te same historie. Jakby nie można było uniknąć bycia Katarzyną Frank, jakby Franciszek Franciszka przyciągali erotyczne kłopoty, nawet na drugim końcu świata w kształcie jaki dobrze znamy. Chociaż... z drugiej strony, to przecież Londyn, miasto w którym wszyscy robią to co w domu, kiedy nikt na nich nie patrzy.  

sobota, 30 marca 2013

Miejskie Ogrody


Przedziwne, ale pierwszej londyńskiej wiosny reszty mojego życia, wiosna zdecydowała się szerokim łukiem ominąć Anglię. Tak jak dziś. Umówiłam się na wielkanocny podwieczorek na trawie w ulubionych Ogrodach Kensington. Założyłam przeciwsłoneczne okulary, wsunęłam dłoń bez rękawiczki pod silne, męskie ramię, gdy na wysokości Albert Memorial zaczął padać śnieg. Niezwłocznie podjęliśmy decyzję o odwrocie. Oczywiście, gdy dotarliśmy do kawiarni z ulubionym kominkiem na Covent Gardens, wyszło spektakularne, gorące, wiosenne słońce. Po wypaleniu dunhilla i wypiciu kawy, po zjedzeniu lakrycowego cukierka z białym niedźwiadkiem i serii narzekań na torbę z primemark z paskiem od gucci ukradzionym pewnej szafiarce, słońce nadal spektakularne, więc kocyk po pachę i biegiem do metra. Gdy wydobyliśmy się spod ziemi, po tym jak wdrapaliśmy pod górkę Exhibition Road, zaczęło z nieba sypać coś co przypominało skrzyżowanie śniegu z gradem oraz deszczem. Więc nie dziwcie się proszę neurotycznym zwyczajom Anglików. Oni paradują po ulicach tak rozgogolaszeni bo na taką pogodę nie sposób się ubrać, a kardynalna zasada tego miasta to „mniej znaczy więcej”.

środa, 27 marca 2013

DESER KASI PEPPER [2]


Kasia Pepper ścisnęła eklerkę między dwoma palcami pozwalając by krem wypłynął na talerzyk. Była całkowicie zaaferowana operowaniem łyżeczką i eleganckim pochłanianiem mieszkanki żółtek, cukru i śmietanki. W myślach wyprawiała z eklerką prawdziwe świństwa. Drążyła ją językiem, wbijała w nią palce, a potem zachłannie oblizywała je aż po nasadę knykci. Wyciskała krem prosto do otwartych ust, a gdy eklerka była już pusta i zmęczona osiadała w dłoni, marzyła o rwaniu miękkiego ciasta zębami. Tymczasem, zmuszona przez okoliczności, Kasia całkowicie skupiała się na dyskretnym oblizywaniu opuszków i wylizywania kremu z okrągłych kształtów srebrnej łyżeczki, tak by nie stukać nią o zęby. Wszystko to pod czujnym okiem Iddiego Childisha, popijającego espresso z maleńkiej filiżanki, która znikała w cieniu jego dużych dłoni. Kasia ze smutkiem stwierdziła, że unicestwiła eklerkę na dobre i z czujnością młodego jastrzębia, zaczęła rozglądać się po stole w poszukiwaniu kolejnej ofiary. Sięgnęła po śmietankowego foundanta, z ostentacyjną rozwagą omijając wszystko co czekoladowe. Walcząc z pokusą by nie zmiażdżyć parującego foundanta otwartą dłonią, poczuć jak pod naporem krem rozpycha zastygłe ścianki, wbiła w niego miniaturowy widelczyk. Obróciła widelczyk parę razy, tak by wykroić małe kółeczko i zajrzała do środka, ze znawstwem lustrując spieniony krem. Trojaczki, chrupiąc domowe ciastka z czekoladowymi wiórkami, przywykłe już do widoku Kasi Pepper celebrującej niemal cieleśnie kolejne etapy deseru, całkowicie ignorowały łakomczucha. Iddie Childish był najwyraźniej zafascynowany przedstawieniem i z uśmieszkiem pełnym niedowierzania śledził każdy ruch pepperowych dłoni, każdy kolejny gram ciastek znikający w uszminkowanych ustach i towarzyszące temu pomrukiwanie, trzepotanie rzęs, podochocone mruczenie i wywracanie oczami. Nie uszło to uwadze Jej Mości, która z politowaniem przenosiła wyblakłe oczy z jednego na drugie. Odchrząknęła, mówiąc;
-          Kasiu Pepper, czy już wiesz czym zajmuje się nasz drogi gość, Pan Iddie Childish? –


piątek, 8 marca 2013

DESER KASI PEPPER

Zazwyczaj pomiędzy trzecim a dziewiątym dniem marca ukazuje się jakaś krótka forma z Kasią Pepper jako główną bohaterką. Tak by uczcić trzy po trzy Franciszkowe święta, które kryją się w tym krótkim przedziale czasu. Na razie planuję dwie części, ale może odgrzebana w przepastnym, zapominanym, pepperowym archiwum miniaturka spuchnie i urośnie... 
więc
so 
did you miss Katie Pepper?


piątek, 22 lutego 2013

CUDZOZIEMCY [3]

CUDZOZIEMCY [3]


Rozdział II
BATLLE DRESS

część druga


Hubert wsadził klucz w drzwi. Za jego plecami Anna niecierpliwie zacierała dłonie. Klucz zachrupał w nienaoliwionym zamku. Hubert z wilczym uśmiechem przepuścił Annę. Rzucił płaszczyk i pakunek na dywan w arabskie wzroki. Zapalił papierosa i obserwował Annę spod zmrużonych powiek.
Potężne łoże za brudnym baldachimem było rozkopane i niechlujne. Unosił się nad nim korzenny, pieprzowy zapaszek. Wszędzie walały się papiery, rulony map, na wpół otwarte książki, pełne zakładek z serwetek i kawałków gazet. Koło miednicy wisiały krzywo przyklejone filmowe postery i zdjęcia roznegliżowanych panienek. Jedynie na toaletce i w szafie panował nienaganny porządek. Na stoliku przy łóżku leżała przepełniona popielniczka, kolorowe komiksy i butelka niedopitej amerykańskiej oranżady. Anna wzięła pękatą butelkę i upiła łyk, przygryzając biało czerwoną słomkę, zostawiając na niej odcisk czerwonej szminki.

środa, 20 lutego 2013

CUDZOZIEMCY [2]

CUDZOZIEMCY [2]

ROZDZIAŁ II
BATTLE DRESS

część pierwsza

- Szybko. Szybciej. Pośpiesz się. - Hubert mamrotał i kiwał dłonią na Annę. Stopą przytrzymywał kuchenne drzwi.
Anna biegła alejką ogrodu na tyłach pokaźnej willi, roztrącając żółte, jesienne liście. Przytrzymywała poły płaszczyka z brązowej wełny, niedbale zarzuconego na ramiona. Lisie, pomarańczowe futerko ocierało się o białą skórę szyi. Na nogach miała mokasyny, które przypominały przydeptane kapcie. Nie ważne jak wyglądały, ważne, że nie wydawały żadnych dźwięków, że w mroku pomagały się stać niewidzialną. Gdy tylko zdyszana dopadła do drzwi, Hubert przycisnął Annę mocno do siebie. Zanurzył w nos w lisim futerku, mocno wciągając jego dziewczyński zapach, mieszaninę dziesiątków rodzajów perfum i panieńskiego brudu. Pocałował ją w czoło, ustami zebrał parę kropel potu, które przypominały kwiatową wodę. Chwycił Annę za szyję. Badał gęstość splotu małych kręgów, naciskał kciukiem mocno na krtań, chciał chrzęstu. Gdy oderwał dłoń na skórze pozostały podbiegłe krwią ślady. Rozpływały się pod naporem rumieńca. Hubert oderwał od drzwi ramię, usunął stopę i popchnął Annę przed sobą. Anna nabrała głęboko powietrza, gdy za otwarciem drzwi uderzył w nią ukrop i hałas. W przeciwieństwie do martwego, cichego ogrodu, kuchnia tętniła życiem. Trzeba było szybko otrząsnąć się z wrażenia, że byli całkiem sami. Od dawna nigdy nie bywali całkiem sami.

wtorek, 29 stycznia 2013

LIPSHIT OGLĄDA: Anna Karenina w mojej głowie


Marnie Edgar: You don't love me. 
I'm just something you've caught!
You think I'm some sort of animal you've trapped!
Mark Rutland: That's right - you are.
And I've caught something really wild this time, haven't I?
I've tracked you and caught you 
and by God I'm going to keep you. 
(Marnie 1964)

THE DREAMERS
W czasach studiów na wydziale polonistyki miałam przyjaciela. Udawaliśmy przyrodnie rodzeństwo by wyrywać panienki. Przyjaciel się szybko znudził i zmienił wydział mówiąc, że na polonie są same lezby. Spotykaliśmy się z taką dziewczyną, miała na imię tak samo jak ja. Mówiła, że jesteśmy jak rodzeństwo z tego filmu. Z tego względu przez lata nie chciałam „The Dreamers” obejrzeć. I stwierdzam, owszem, byliśmy jak rodzeństwo z tego filmu. Tylko, że to ja byłam agresywnym, wiecznie znudzonym francuzikiem.

sobota, 26 stycznia 2013

Etykieta Jednorazowego Użytku [2]


Etykieta Jednorazowego Użytku
Czyli ŻADNEGO ŚNIADANIA NIE BĘDZIE
część druga


KRÓTKI PRZEWODNIK PO SPOSOBACH NA EWAKUACJĘ
Czyli jak z klasą zakończyć przygodę która prawdopodobnie zaczęła się bez jakiejkolwiek klasy.

Poczekaj aż Bzykanko zaśnie, ubierz się po cichu i o ile to możliwe, pryśnij. Jeśli pryśnięcie jest niemożliwe z przyczyn technicznych, obudź Bzykniętego będąc już w pełnym rynsztunku czyli spodnie, kozaki, czapka, ciemne okulary oraz kaptur. Najlepiej mówiąc „wypuść mnie szybko, bo zaraz się zgrzeję i przeziębię” albo przy sprzyjających warunkach atmosferycznych „taksówka na mnie czeka”.... Dobra, a tak na poważnie. Ubierz się, umyj ząbki, pocałuj Przygodę z języczkiem i wyjdź. W tym nie ma nic skomplikowanego.

środa, 23 stycznia 2013

Etykieta Jednorazowego Użytku [1]



Etykieta Jednorazowego Użytku
Czyli ŻADNEGO ŚNIADANIA NIE BĘDZIE
część pierwsza

And there was still pleasure in it. 
A man who knew he could fuck. 
Getting dressed. The woman watching from bed. 
Leaving before morning. 
(In The Cut)

Jak wyglądają dobre maniery w przypadku numerku na jedną noc czyli one-night-standu? Okazuje się, że nie dla wszystkich jest to oczywiste. Im jestem starsza, tym większą ilość jednorazowych przygód mam za sobą, logiczne. Od 2009 roku z założenia nie wikłam się w długoterminowe relacje. Czasem zdarza mi się mieć kochankę (kochanka, jednego), ale są to relacje oparte głównie na seksie, całkowicie nie ekskluzywne. Od całej reszty, od bliskości i porozumienia dusz, mam wspaniałych przyjaciół. I siebie.

sobota, 19 stycznia 2013

LIPSHIT OGLĄDA: Wszystko tylko nie Hobbit


 What's your bag, Klute? What do you like?
Are you a talker? A button freak?
Maybe you like to get your chest walked around with high heeled shoes.
 Or make 'em watch you tinkle.
Or maybe you get off wearing women's clothes.
(Klute)

Mam teraz dużo czasu i odpowiednie warunki by eksplorować swój celuloidowy fetysz. Więc jeśli kogoś interesuje, jakie filmy widziała ostatnio Katarzyna Franciszek, proszę. Oglądajcie razem ze mną, by dać mi intelektualnego prztyczka w nos, w stylu "gówno się znasz, Frank". 

środa, 16 stycznia 2013

Cudzoziemcy [1]

CUDZOZIEMCY [1]

Najbardziej perwersyjne są ciche dziewczęta.

You believe this is a game, and you may be right.
But if you think you can play it better than me,
think again.
(E. Hopkins)
ROZDZIAŁ PIERWSZY
KOTY I WRÓBLE

Trudno było stwierdzić czemu byli do siebie tak podobni. Oboje o ciemnych, błyszczących włosach i dużych, brązowych oczach. To nie zbiór cech fizycznych, ale intuicyjne pojmowanie, coś pozazmysłowego, coś poza prostą logiką oka, sprawiało, że byli niemal jak bliźnięta. Może to ich chłód. Cisza w jakiej wygodnie spoczywali. Oszczędność w słowach, gestach i stroju. Dystyngowane, pogardliwe znudzenie. Byli nieobecni, rozmarzeni, a jednocześnie niepokojąco cieleśni. Wydzielali mocny, przyjemny zapach, trochę zwierzęcy, trochę jak jedzenie. Było w nich coś co sprawiało, że gdziekolwiek by się nie udali, w jakimkolwiek mieście, kraju by nie zamieszkali, zawsze byli postrzegani jako obcy. Każdy natychmiast rozpoznawał w nich rodzeństwo. A zaraz potem cudzoziemców.

wtorek, 8 stycznia 2013

Fantastyczny seks, który zawdzięczam dziewczętom

- Czasem gdy kocham się z Tobą, mam wrażenie, że uprawiasz ze mną seks jakbym był dziewczyną.
- To źle?
- Nie, wręcz przeciwnie. Tylko nikt nigdy się ze mną tak nie kochał. I ja już zawsze chcę...

sobota, 5 stycznia 2013

Lista książek zjedzonych 2012 [2]

Z tego względu co by lipshit post nie rozrósł się do mamucich rozmiarów, lista w tym roku ma dwie części. Oto część druga wraz z zapierającym dech w piersiach finałem. Uprzedzam, że jest pełno spoilerów, bardziej pełno niż zwykle. Oto pozycje od numeru pierwszego do piętnastego, w kolejności chronologicznej.  

wtorek, 1 stycznia 2013

Lista książek zjedzonych 2012 [1]


Lipshitowy klasyk. Z niezmierną przyjemnością lista to powstawała i teraz z niezwykłą przyjemnością mogę ją wam zaprezentować, drogie dziewczęta. 52challenge nie udało mi się zrealizować, zakończyło się na jednakże niemniej imponującej liczbie trzydziestu dwóch książek, które pożarłam w roku 2012. Gdyby doliczyć te, które warlają się wokół mojego łóżka rozpoczęte, acz nie dokończone, podejrzewam, że przekroczyłabym magiczną 52. Cóż, pewnych książek nie udaje mi się skończyć ze względu na ich miernotę, innych po prostu skończyć nie chcę. Nigdy. Są takie książki, które chcę czytać do końca życia... Wydedukujcie sobie jakie...