piątek, 28 grudnia 2012

LIPSHIT OGLĄDA: Skyfall. Okiem ortodoksa.


Wynosić  ponad wszystko styl,
to lekceważyć treść 
lub wprowadzać postawę
neutralną wobec treści.
(Susan  Sontag "Notatki o kampie")

Jestem nie tylko Bond fetyszystą. Jestem również Bond ortodoksem. Moje notatki o Skyfall powinny nosić tytuł notatki o kampie. Ilość campu w Bondzie jest wprost proporcjonalna do zawartości Bonda w Bondzie. Z tego względu, domyślacie się z pewnością, że Skyfall było dla mnie dość traumatycznym doświadczeniem, drogą przez mękę, torturą.
Ten wpis dedykuję wszystkim moim (tutaj słowo wykreślone przez Polonistkę) znajomym, którzy mówili, cytuję;
To jest naprawdę dobry film. Zaskakujący. Świetnie napisany.
To jest naprawdę porządny Bond. Wreszcie.
Zobaczysz będzie Ci się podobało. Nie ważne, że on tam robi wiesz co... z piwem.
I zapytuję, jak wyście oglądali ten film??? Z zamkniętymi oczami? Drzemaliście w kinie? Skyfall to kolejny dowód na to jak bardzo Katarzyna Franciszek różni się od reszty świata. Ten film dzięki zawartości subtekstu mógłby mi się podobać. Pod jednym warunkiem. Gdyby NIE był to Bond. Jako film o Bondzie, Skyfall ssie do granic przyzwoitości. Mówiłam, że nie będzie mi się podobało, to wszyscy byli mądrzejsi. Ale w sumie czego spodziewać się po ludziach, którzy nie mają problemu z tym, że Bond pije sobie piwko. Kontekst nie jest istotny. Jedyny kontekst w jakim Bondowi wolno wziąć do ust piwo, to gdy pływa w nim antidotum na truciznę, której nażarła się Królowa, a jako że Królowa jest nieprzytomna, jedyna metoda podania antidotum to usta-usta. A i tak Bondowi tego piwa nie wolno połknąć.

Na początek, trochę historii, czyli dlaczego Katarzyna Franciszek kocha filmy o Bondzie?
Miłość do Bonda wyniosłam z domu. We Frankowej rodzinie wszyscy mężczyźni oglądają Bonda. Co prawda w dość specyficzny sposób. Oglądają go jednym okiem, ciągle negując celowość tego co robią. Ciągle komentują „no patrz, patrz, co ten idiota robi, jeezus, jakie to głupie” , „this is bloody ridiculous, nonsense, pure nonsense” , „boże, jakie bzdury, chryste, przypomnijcie mi, po co ja to oglądam?”, ale oglądają twardo. Do końca. Za każdym razem. Dziadek z Ojcem rechoczą jak dwie stare wiedźmy, zaśmiewają się trzymając za brzuchy, dostają czkawki i skurczu szyi od kręcenia głową, ale trwają. From Russia With Love po raz srylionowy i zawsze te same komentarze, o jedzeniu ryby nożem i sadomasochistycznych konotacjach faszystowskiego lesbianizmu. Wieczne dysputy nad wyższością Connery’ego (większość) nad Moorem (mniejszość) i Lazenbym (samotny Franciszek). Grupowe powtarzanie wszystkich drętwych, suchych żarcików, licząc punkty i robiąc sobie straszną wiochę (no, mister Bond, I expect you to die! Sto punktów!). Nie potrafimy przełączyć. Nigdy. To jest poza naszą kontrolą. Pamiętam ten moment, gdy oglądałam jednego z moich ulubionych Bondów Thunderball. Jest tam sekwencja wydarzeń, która stanowi największe spiętrzenie campowego nonsensu w historii wszechświata. Bond najpierw walczy z eskadrą płetwonurków na dnie oceanu, oczywiście w samych slipach i z aparacikiem tlenowym wielkości długopisu, który wkłada sobie do ust. Po pokonaniu stu dwudziestu napastników, Bond wynurza się by wdrapać się na pędzący miliony mil na godzinę yacht Disco Volante, wdrapuje się po rufie na dziób, po czym łapie za ster, pod pachą trzyma odratowaną Bond Girl, a wolną ręką walczy z jakimiś oprychami. Tak. To zostało sfilmowane. Gdy zdałam sobie sprawę z mechanizmu jaki stoi za logiką tej sceny, mój umysł zalała fala jasności i zrozumiałam, że kocham Bonda. Kocham te filmy. Właśnie za campowe nagromadzenie bzdur. Za brak logiki w logiczności niemożliwego. Za luksus połączony z obrażającą inteligencję rozrywką. Za chłopięcy entuzjazm do nierealistycznych przygód połączonych z naiwnymi snami o omnipotencji. Wszystko co ludzkie jest Bondowi obce.... Dlatego zrozumcie, jak bolesne jest oglądanie Skyfall pozbawionego bzdur, typu wysysanie jadu ze stopy, czy seks pod wodą, czy laser przy kroczu Bonda, czy olbrzym z metalową, sztuczną szczęką, czy mordercza maszyna do rozciągania mięśni, czy biurko z rentgenem do prześwietlenia Bonda, czy jezioro, które nie jest jeziorem, tylko wyrzutnią rakiet, czy Moneypenny podsłuchująca przez radio, czy lesbijka która ma całą eskadrę lesbijek pilotek, które zajmują się lataniem figurowym, czy seks na wielkim pontonie ratunkowym, od którego Bond odcina spadochron żeby za szybko go nie odnaleźli, gdzie baseny wypełnione krokodylami, gdzie oprych o dwóch sutkach, gdzie dziewczęta, które umierają, jeśli dokładnie wysmarować je złotem.... gdzie Bond?  

Wracając do Skyfall.
Co mi się podobało. Będzie krótko;
Craig. Bo mi się podobają tacy faceci. Tacy trochę jakby ich od pługa oderwać. Albo od zestawu narzędzi hydraulicznych. Albo od rozbabranego samochodu. Tacy wysmarowani smarem. Niby Craig jest skupiony, ale to nie świadczy o przebiegu procesu myślowego. Ma po prostu taki wyraz twarzy.
Craig ubrany jak szofer. W scenach w Szanghaju, tych z windą i na tle neonów, podczas zabójstwa snajpera, wygląda naprawdę dobrze. A kiedy mówię naprawdę dobrze, to jest duży komplement.
Całkiem niezłe zdjęcia. Ale teraz wszystkie filmy mają niezłe zdjęcia. Nawet pieprzony Star Trek.
Warany z komodo. Oraz Bond pod lodem. Oraz gdy Bonda o mało nie przejechało metro, które wypadło z dziury w ścianie, po tym jak Silva nacisnął czerwony guziczek. To było dobre. To było camp. To było Bond. Ale to za mało na pieprzone dwie godziny męczarni.
Londyn. Za mało jest Londynu w Bondach. Tutaj było go w sam raz. Czyli dużo.
Dowcipy o tłoku w metrze. Soooo english.
And what do you see?” , „Bloody big ship”.  Cause, I do, I do bloody ship them! Q&Bond, my new otp.
Aston Martin na blachach z Goldfingera, mojego ulubionego filmu o Bondzie. O boże, o mały włos nie poryczałam się gdy zobaczyłam replikę. Jak powrót do dzieciństwa. I chociaż to za mało na 50th anniversary, to jednak coś. Ile ja bym dała, żeby się z takiego katapultować...
Sugerowanie biseksualizmu Bonda. Od czasu do czasu zdarza się, że w obliczu ostatecznego zagrożenia, główny bandzior przysunie się do Bonda trochę za blisko, trochę za głęboko spojrzy mu w oczy. Ale to! To sugerujące pytanie i sugerująca odpowiedź. Dla tego jednego momentu warto było się zmęczyć.
Barden. I to jak wyjmuje sobie z buzi aparaturę by pokazać ten krzywy uśmiech, rozpaczliwy, żałosny uśmiech, który jest odbiciem naszych czasów. Zachwycona tą wspaniała, subtekstualną metaforą, nagle przypomniałam sobie, że przecież ta metafora uwięziona jest w szklanej klatce, jak setki złych złoczyńców w historii kina, że uwieziona jest w kliszy, w sztampie, z której pewnie zaraz wydostanie się za pomocą komputera, że wolałabym Silvę jak białego tygrysa za klasycznymi kratami, które musiałby rozgryźć tą swoją paskudną sztuczną szczęką....  i nagle wszystko mi opadło.
„Oh go on. Inject me. See if I care.” ! Sto dwadzieścia punktów za ten cytat do kolekcji suchych żarcików.

Co mi się nie podobało. Może zróbcie sobie herbatkę. To potrwa;
Brak przygód. To są filmy o przygodach tajnego agenta MI6, Jamesa Bonda. Przygody mają być nadrzędne wobec gadania, kompleksów, egzystencjalizmu, nowo falowych zapędów, ambicji. Nierealistyczna i głupawa przygoda jest najważniejsza. Taki powinien być Bond. Głupawy i nierealistyczny. Podczas gdy w manierze ultrealnego minimalizmu odzieramy wszystko z fantazyjnych mechanizmów rozrywki (patrz Batman, Superman, Spiderman), zapominamy, że Bond jest gatunkiem osobnym, campowym, którego cała zabawa polega na odtwarzaniu tych samych rytuałów w ciasnej konwencji mocno osadzonej w europejskiej tradycji i retro przeszłości niehistorycznej. To było movie about Bond, not the Bond Movie. W tym Bondzie było idiotycznych, campowych pomysłów co kot napłakał. Zagrożenie było podrzędne wobec dylematów, którymi rozdzierana była skomplikowana psychika bohaterów. Zagrożenie było realne, sposoby jego zwalczania realistyczne. No może z wyjątkiem zwisania z drążka windy...
Każdy Bond ma swój motyw przewodni. Złoto, Japonia, śnieg, pociąg, kosmos, tropiki, woda, pustynia. Jaki motyw przewodni ma Skyfall? Mummy issues?
Product placement. Nachalny, obrzydliwy product placement. To nawet nie są gadżety zaprojektowane specjalnie na potrzeby merchandisingu Bondowskiego. To zwykły crap jaki każdy śmiertelnik może kupić sobie w kerfurze. Ten Bond nie dość, że nie ma gadżetów (tych sci-fi, campowych, głupawych zabawek, ludzie pragną wybuchających długopisów, odrzutowych plecaczków i meloników tnących metal!!!), to Bond używa telefonów/laptopów dostępnych dla śmiertelników. Pfffff. Temat drinków, temat braku bollingera, temat piwa, nawet nie zaczynam....  W następnym Bondzie będzie cola.
Antyfeminizm. Ostry antyfeminizm. Nie taki campowy, jak bzykanie lasek, roznoszenie chorób wenerycznych i bicie Azjatek piąchą. Nie przerysowany machoizm, który eskaluje się wprost proporcjonalnie do ilości włosów na Bondowej klacie. Coś gorszego. Coś pod. Obrzydliwa jest cała instytucja Moneypenny, czarnoskórej (!) dziewuszki, która pieprzy sprawę, zabija Bonda i żeby się ukarać ląduje za biurkiem, skąd już do końca świata będzie wzdychać i fantazjować o tym Mężczyźnie, który wciąż na polu walki, bawi się na sto dwa. Bo tylko Mężczyźni dają radę. Jakie to antykobiece, jakie wstrętne. Jak bardzo odziera ze staromodnego romantyzmu lekko fajtłapowatą Moneypenny, moją ulubienicę. Jak bardzo krzywdzi ją, przedstawiając jako jedyną Bond Girl, która Zawiodła, która zrezygnowała, która wyzbyła się pasji i apetytu na życie, przyjmując pozycję podległą. Jak można było tak zniszczyć Miss Moneypenny? Moneypenny obdarzona innym imieniem niż Miss? Błagam. No, ale czego spodziewać się po facecie, który napisał Gladiatora? A druga Bond Girl, ofiara sex traffickingu, przerażona kobieta, która ginie bo doprowadziła do źródła przemocy, której śmierć z ręki terrorysty, Bond kwituje „szkoda takiej dobrej whisky”. Like what? Bond nie mógł tak powiedzieć. Bond zawsze współczuł ślicznotkom, które padały dla niego jak kawki. Zawsze! I na koniec, cały o’edypialny kompleks zbudowany na maternalnym wzorcu. To jęczenie, kochaliśmy Cię, a ty nas opuściłaś, zawiodłaś w obowiązkach matki. Zróbcie szybki gender swap, zróbcie z M. literkę F. Czy scenariuszowo broniliby się szpiedzy przywieszeni do ojcowskich spodni, jęczący, że Tatuś ich opuścił, że nie bronił, że zdradził? Czy tylko kobiecej postaci wolno sugerować że nie poświęciła życia, zdrowia, pozycji władzy dla dobra swoich dzieci? M., odarta z insygniów władzy i przemieniona w jedną z Bond Girls, dziewczynę, która Bond musi uratować, ginie bo zawiodła jako matka. Zostaje zastąpiona mężczyzną, który zresztą oberwał kulkę chroniąc ją własnym ciałem. I znowu, tylko Mężczyzna daje radę. To najbardziej antykobiecy ze wszystkich Bondów. Właśnie dlatego, że antyfeminizm jest bardzo głęboko wrośnięty w strukturę scenariusza i wykazuje kulturową nienawiść w stosunku do kobiet. Jeśli nawet, kiedykolwiek M. była emanacją feministycznych przemian, jeśli nawet Bond zrobił postępy w opłakiwaniu swoich kobiet, jeśli nawet Moneypenny miała szansę na emancypację, ten Bond całą feministyczną robotę zeruje. Zaczynamy od początku, miłe panie.
Garderoba. Bond przez cała końcową sekwencję lata w KURTCE! Jego garnitury, jak i pozostałe kostiumy, są mało efektowne, wyprane z epokowego znaczenia, nie osadzone. Wszyscy paradują w uniformach, tak bardzo poza konwencją jest ten Bond. Dobrym przykładem na to jest Q. Q jest ubrany jak stary dziadek, co całkowicie marnuje koncepcję Q jako modern nerda. Powinien chodzić w Fred Perry i Burberry. Powinien być w piżamce. Chociaż raz. Mogli zrobić z niego pieprzonego hipstera, mogli ubrać go jak ubrany jest Doctor, ale zrobić z niego dziadka? Podobnie z BondGirl, z M. i Moneypenny. Nie pamiętam co miały na sobie. Kostiumy są tak nieadekwatne, że wyparowują z głowy natychmiast gdy znikają z ekranu. No, może wyjątkiem jest koszula Silvy ze sceny w którym robi swój first appearance. Tak brzydkiej koszuli dawno nie widziałam.
Muzyka. Oddajcie mi Davida Arnolda! TERAZ! A nie jakiś Batmano-podobny-hałas. I te uderzenia klasycznego motywu, za każdym razem gdy pojawia się coś „Bond”. Jakby puszczali do nas oczko; „aaaaa, widzicie, to nadal jest Bond, choć pewnie na chwilę zapomnieliście co oglądacie!”.
Czołówka. Gdzie glamour? Gdzie gołe laski? I ta Adele, która śpiewa jakby chciała, ale nie mogła.
Z jakiej paki nagle okazuje się, że Bond jest Szkotem? Ten Bond? Bez śladu szkockiego akcentu? I ma do tego matkę Francuzkę? Dlaczego? Albo gorzej ... po co? Bond jako dziedzic? Jako posiadacz ziemski? Z własnym gajowym, jak krzyżówka Pottera z Brucem Waynem? Zastrzelcie mnie z dwururki na miejscu! Bond nie jest osadzony w strukturze rodzinnej. Bond nie ma kompleksów z dzieciństwa. Na boga, Bond nie został Bondem z powodu daddy issues, to byłoby za proste! Zrobienie z niego sieroty, która obserwuje śmierć rodziców i chowa się w wyniku traumy w komórce pod schodami (!!! Potter), ile razy to już było? Jak bardzo zjechana i zmęczona jest ta pop klisza. Ja się pytam, czy Królowa o tym wie? Czy rząd brytyjski szykuje już pozew? To całkowicie dekonstruje moją fantazję o robotniczym pochodzeniu Bonda. Marzyłam o tym, aby to nie był kolejny bogaty chłopaczek, potomek dzielnego, martwego tatusia z myśliwską strzelbą. Chciałam żeby Bond został szpiegiem żeby wybić się z nędzy, żeby awansować w wojsku, żeby zdobyć światową ogładę. Był dla mnie zawsze idealnym połączeniem dobrego wychowania wpojonego praktyką z mocną piąchą dzikusa. Bond bywał gentlemanem, nie dlatego, że wyniósł to z domu, ale dlatego, że się tego nauczył, dlatego że na tym polegała jego praca. Wszystko co sprawiało, że Bond był nowoczesny i atrakcyjny, było nabyte, przysposobione lub zastąpione gadżetem. A tak naprawdę, pod smokingiem i tuż przy brzegu martini glass, Bond jest nieokrzesanym prolem, synem rybaka, prostakiem, który lubi alkohol, panienki, szybkie samochody i przemoc. I nie ma w tym żadnej filozofii, jest tylko rozrywka... choć twórcy Skyfall twierdzą pewnie inaczej. Odmawiam przyswojenia genezy wysokiego pochodzenia Bonda. Jeśli Fleming tego nie napisał, to tego nie ma w moim światopoglądzie. A Fleming tego nie napisał, bo dla niego  najważniejsze było, by co siedem stron pojawiał się inny drink, a nie jakieś rodzinne pierdy.

Więc wieczorem, na kanapie, a potem w łóżku, gdy oglądaliśmy Goldfinger na odtrutkę, żeby sobie przypomnieć co to jest Bond, rozpoczęła się niekończąca dyskusja. O tym co byśmy zrobili gdybyśmy mogli, jakbyśmy przerwali impas ultrealnego, by nadać znów Bondowi campową moc. I skończyło się na biseksualnych bliźniętach w stylu dominatrix, na genderowych przebierankach, na Clivie Owenie, Alanie Rickmanie i Hellen Mirren, którzy docinają sobie w kasynie w podziemiach Watykanu, na seksie, na mnóstwie fajnego seksu z pięknymi dziewczętami i chłopcami, na wyrzutni rakiet pod kopułą św Pawła, pocisku ukrytego w strzale Antyerosa na Picadilly, wirującym, hipnotyzującym London Eye, które toczy się wzdłuż Tamizy i neonazistach pragnących nie tyle zniszczenia, co powrotu do klasycznej przemocy za pomocą wunderwaffe. Czyli skończyło się jak zawsze. Nasz retro Bond będzie niepoważny. Serio, serio, serio. Do ostatniej kropli krwi mej malinowej, do ostatniego uderzenia robaczywego serca, będę bronić tego bastionu campowości.

8 komentarzy:

KaRrla pisze...

a Ty znowu wymyślasz...
Chociaż co do gadżetów masz rację, mnie też brakowało jakiś super samochodów i ogólnej elektroniki, szkoda , że Bond ścigał sie na zwykłym starym skuterze, jakoś tak nie pasowało to do jego kunsztu. Ale intro było całkiem oryginalne, fajnie wykorzystano możliwości graficzne, piosenka mi się podoba, full HD i bla bla.. wszystko to robi na prawdę fajną scenerie tym bardziej, że wybrali sobie całkiem imponujące miasta i jak Bond jedzie samochodem to pokazane są niezłe widoki i panorama.Moment tej akcji w wieżowcu o którym też pisałaś jest super, te światła i efekty jak na moje dały radę.No co kto lubi jak widać

lipshit pisze...

Tak jak napisałam w poście, to jest niezły film, ale bardzo kiepski Bond. Zgadzam się, że wizualnie jest bardzo dobry, ale w końcu mamy XXI wiek. Ze względu na postęp technologiczny, wszystkie wysokobudżetowe filmy są świetne technicznie, ale kiepskie treściowo.

najkia pisze...

Jezu, Lipshit, napisałaś to genialnie, zgadzam się z Tobą co do joty. Mój Bond, ten Bond, którego oglądałam co piątek w piżamce siedząc pod stołem w wieku lat od 8 wzwyż nagle okazuje się jakimś kiepskim jego tworem. To jest zdecydowanie najgorszy Bond w historii. Gdzie te kobiety, samochody, przygody, gadżety, garnitury... mam niesmak do dziś po tym filmie...

lipshit pisze...

Właśnie. Za mało Bonda w Bondzie. Taki wypłukany z Bondowości ten Bond.

Najkia, zamiast high five przybijam z Tobą stuk stuk! ulubionym, wieśniackim koktajlem. Ja mam black cherry negroni!

Jenny Schecter pisze...

Cudo. Ze wszystkim mogę podpisać się obiema rękami. Co zrobili z moim kampowym Bondem? Długo się broniłam przed Bondami z DC. W rezultacie obejrzałam tylko "Casino Royale"(ach, Eva Green!). Film sam w sobie naprawdę niezły (jak na rozrywkowe kino oczywiście). Jednak jako Bond to nieporozumienie, a co dopiero powiedzieć o Bondach, które są "filmowo" słabsze? To pewnie jakaś katastrofa i gwałt na moim wyobrażeniu tej serii. Nawet nie chcę tego tykać, fu!

Niestety Bond z filmu szpiegowskiego stał się zamerykanizowanym produkcyjniakiem ,niewiele różniącym się od np. Bournea. Wykastrowany ze wszystkich cech, które sprawiały, ze Bond jest Bondem. No i najgorsze Bond "na serio". I ten paskudny Daniel, który swoją twarzą mógłby orać pole buraków na Ukrainie. Nie, nie i jeszcze raz nie.

P.S. Skyfall być może kiedyś obejrzę. Javier kusi mnie niesamowicie.

lipshit pisze...

Fantastycznie. Bardzo cieszą mnie głosy poparcia dla analizy zawartości Bonda w Bondzie. Moja teoria o odcampowaniu Bonda jako działaniu symbolizującym przemiany kulturowe, wygładzenie, zmiękczenie i zinfantylizowanie popkultury często spotyka się z reakcją "nie pierdol Frank" lub "przesadzasz. To tylko Bond". Otóż nie, to nie jest TYLKO Bond. Gdyby Bond w formule obowiązującej od Casino Royale rozpoczynał serię nigdy nie zyskałby statusu kultowego. Ot kolejny film sensacyjny w stylu kina z Van Dammem (te filmy w latach osiemdziesiątych były bardzo nowoczesne, silne od strony technicznej, gówniane scenariuszowo), który nie ma nic wspólnego z przesadzoną, wystylizowaną do przesady i całkowicie niepoważną literaturą Iana Fleminga.

No i kolejny trop, który podpowiadasz, Jenny. Bond nie jest już szpiegiem, to nie są filmy szpiegowskie. Sfuturyzowane MI6 nie przypomina już instytucji państwowej. To filmy o superbohaterze. Szczególnie teraz, gdy Bonda wyposażono w majątek ziemski i gajowego, czyli atrybuty Wayne/Potter.

Mimo to, polecam, obejrzyj. Najpierw przypomnij sobie jakąś erupcję Bondowego campu (Goldfinger albo najbardziej głupawy ze wszystkich Thunderball lub Moonraker), a potem popraw Skyfall. Jestem niezmiernie ciekawa Twojego zdania na temat antykobiecości tego scenariusza. No i Javier. Javier, który campuje jak może, ale niestety, jest uwięziony w przezroczystej klatce klisz.

Ze mną nie należy zaczynać tematu Bonda. Kiedyś napiszę o tym książkę i będę się z tego doktoryzować.

Jenny Schecter pisze...

"Przesadzasz. To tylko Bond". - och, ileż to razy słyszałam ten tekst. Co oni wszyscy wiedzą!

Zrobię dokładnie jak mi poradziłaś- najpierw solidna porcja kampu, a potem nagle ten produkt bondopodobny, hollywoodzkie ścierwo, które będzie dla mnie niczym kąpiel w przeręblu.

Kocham filmy o superbohaterach, uwielbiam DC czy nawet niektóre komiksy Marvela, ale wkurwia mnie za przeproszeniem, że ta cholerna popkultura nie szanuje swoich świętości. Po kiego ch. mi Bond superhero. Och, ale obejrzę.

lipshit pisze...

To tak jakby powiedzieć "Przesadzasz. To tylko camp." Well...
Napisałam ostatnio krótki artykuł o różnicach pomiędzy superbohaterami a Bondem. Najtrafniejsze wydaje się porównanie Bond/Wayne, szczególnie gdy skonfrontować Skyfall z trylogią Nolana (Mendes pozazdrościł Nolanowi i chciał go przebić prezentując postacie kobiece, którymi sprzedał sobie samobója). Różnica jest taka, że o ile Wayne nie posiadając rysu campowego porusza się w sztucznej strukturze nieistniejącego miasta-państwa (Gotham), o tyle Bond nie posiadając ani super mocy ani nie obracając się w sztucznym uniwersum, musi campować rzeczywistość, musi ją rozsadzać za pomocą campowych elementów. Bez campowości idea Bonda rozmywa się i traci sens. Reszta artykułu jest o teorii jakoby Bond był Timelordem, a Aston Martin to jego Tardis...
Ale to tylko tak.... Ja mam naprawdę małego pierdolca na tym punkcie.

I taka ciekawostka, Bond to wciąż produkt brytyjski, nie pochodzi z Hollywood. Tak, to jest angielski film!!!