piątek, 21 grudnia 2012

LIPSHIT OGLĄDA: Kieł. Oraz pławi się w celuloidowym fetyszu


Jestem uzależniona. Chodzę do kina co najmniej dwa razy w tygodniu. Potrafię zaliczyć dwa, trzy seanse pod rząd. Gdy nie chodzę, mój kochanek ma wielki projektor, ładną zastawę do drinków z rżniętego szkła i wygodną, skórzaną kanapę. Myślę, że właśnie dlatego udaje mu się wytrwać na straconej pozycji Kochanka Który Wytrwał, głównie ze względu na „sprzęt”, okulary w ebonitowej oprawce i celuloidowy fetysz. Gdy nie zabawiam się wielkim projektorem ArcyDarka, jakoś sobie radzę w warunkach domowych, choć tylko w sytuacjach ekstremalnych, gdy rzuca mną w syndromie odstawienia.
Gaszę światło, nakrywam się kocem, testuję nowe sposoby na podwieszanie monitora i ustawienie głośników, ale.nigdy.nie.jest.dobrze. więc tylko neurotycznie wkurzam się i kompulsywnie poprawiam. Wszystko kręci się wokół życia napompowanego nie krwią, a celuloidem i farbą drukarską. „Czuję się szczęśliwa tylko wtedy gdy śpię lub siedzę w kinie. To dwa stany bliźniacze. Oba są stanem snu.” - ktoś powiedział dwa, trzy tygodnie temu. Nie jestem pewna czy to nie byłam ja... Kino to stan przypominający hipnozę. To kontrolowany sen. Powolne unoszenie się w czarnej, aksamitnej wodzie, tym bardziej fascynujące dla kogoś kto nie umie pływać. Już sam zapach sali kinowej, równie charakterystyczny co zapach londyńskiego czy warszawskiego metra, jest pełen ozonu i ekscytacji jaka towarzyszy zejściu do podziemi, zanurkowaniu w głąb króliczej nory. Gęsia skórka wywoływana przez życie pozorowane, przez przeżywanie emocji, które nigdy nie istniały naprawdę. Podniecenie albo żal, wywoływane przez sekwencję barw rzucaną na ścianę jaskini. Jestem celuloidową fetyszystką. Mam swoje przyzwyczajenia, zwyczaje, nawyki. Mam lekką klaustrofobię, nie lubię gdy otaczają mnie ludzie w ścisku. Od razu zaczynam fantazjować o apokaliptycznym zarywaniu się kinowego zadaszenia w tylu 2012. Dlatego wybieram seanse bardzo późne albo bardzo wczesne, rzadko w weekendy. Nie lubię gdy ktoś obcy siedzi obok, nie lubię gdy ktoś bliski szturcha mnie łokciem albo dotyka kolanem. Obecność bliskich nie determinuje mojego kinowego nawyku, wręcz przeciwnie, czasem wolę sama, lubię sama (alone is what I have). Siadam zawsze w trzecim rzędzie, bo to odpowiednio wysoko by nie zadzierać głowy i odpowiednio nisko by nikt nie siadał ani obok ani przed. Nigdy nie jem. Czasem piję, kawę albo drinka ukrytego w fastfoodowym kubku ze słomką. Rozmawiam z nielicznymi. Z ArcyDarkiem rozmawiam, bo on naprawdę ma coś do powiedzenia albo kontrargumentowania, a nie tylko nie pierdol Frank i kiwanie głową zamiast się przyznać, że się nie nadąża. Nie przeszkadza mi gadanie, dzwonki, chrupanie i siorbanie. To co doprowadza mnie do szału, do rozpraszanie ciemności, na przykład błyskanie ekranikiem telefonu albo otwieranie drzwi do jasnego holu. Marzę by można było znowu palić. Arcy w zastępczej tęsknocie lubi przez cały seans wymachiwać niezapalonym papierosem, gryźć go, ssać i znęcać się nad nim. Lubię lizaki w kinie. Lubię gdy w pobliżu siedzi dziewczyna, która ładnie pachnie. Lubię gdy ludzie śmieją się, klaszczą, krzyczą i rzucają popcornem w badassów na ekranie. Lubię moment wchodzenia do sali, wspinanie się po schodach i wdychanie zapachu. Lubię odwracać się i liczyć ludzi za mną, dziwić się ilu ich jest, jak są różni, liczyć samotne dziewczęta, czasem zawstydzone tym, że są samotne i wyszukiwać współuzależnionych. Lubię gdy gasną światła i lubię się wściekać „to po to odkładam Annę Kareninę? Żeby obejrzeć reklamę „wiejskich ziemniaczków”?” Lubię trailery gównianych, holiłudzkich crap movies, które są głośne, szybkie, nie wiadomo o co w nich chodzi, ale robią efekt „łoooo... nie wiem o czym o tym było, ale idę!”. Nie lubię gdy ludzie w kinie zdejmują buty, całują się, uprawiają seks, w ogóle nie zajmują się tym czym powinni czyli oglądaniem filmu. Zdecydowanie jednak zdejmowanie butów przebija wszystko! Lubię sprawdzać na bilecie czy dziś Zbyszek czy Gerard. Lubię siedzieć w lato pod fontanną i czekać na Ciebie, zawsze w poniedziałek, bo lato bez „Lata z Gutkiem” to nie jest lato. Lubię palić przed i po, dużo palić, z tego względu kino w BN’ie podniecało mnie do granic przyzwoitości, to był splot trzech mocnych fetyszy. Lubię te reklamówki przed filmami Gutka, te gdzie migają nazwy miast i nazwiska reżyserów. Nie znoszę gdy zapalają się światła i tłuszcza, zagłuszając closing credits music, wypuszcza z siebie płaskie komentarze w stylu „och, no...no... naprawdę dobre, piękne i takie smutne”(Wstyd), „przystojny był, słodki i do tego piękna muzyka” (Amadeusz), „wreszcie jakiś porządny Bond” (Skyfall). Skręcam się wtedy, przewracam oczami, chrząkam albo gapię się na delikwenta w stylu Hannibal Lecter dopóki delikwent nie zaczerwieni się gwałtownie, umilknie i ucieknie, unikając groźby zjedzenia. Lubię zbierać bilety. Lubię stalkować dalekich znajomych, z którymi byłam na seansie i wysyłać im spojrzenia w stylu „widziałam jak płaczesz, mięczaku, na Drajvie!”. Ale to co kocham, najbardziej kocham w kinie to znikanie. Mała śmierć, unicestwienie, odpoczynek. Na dwie godziny mogę zniknąć, mogę nie być Katarzyną Franciszek, jestem tylko myślą, intelektem, wiedzą, zimną kalkulacją, ale nie sobą. Z natury jestem neurotyczna, z lekkim adehade. Trudno mi usiedzieć w miejscu, cały czas gdzieś idę, coś robię, mówię o tysiącu rzeczy na raz, piję herbatę, robię kanapki, czytam czasopismo, sprawdzam tmblra, czytam książkę, palę, poprawiam włosy, przebieram się, bawię się z psem, znowu czytam czasopismo.... Kino to jedno z dwóch miejsc w których potrafię się skupić, usiedzieć, skoncentrować. Tylko w kinie umiem przez dłuższy interwał czasu skupić się na jednej tylko czynności, na jednej myśli, gładko prowadzonej na srebrnej nitce. Tylko w kinie jestem sobą i zarazem nie jest. Kino jest ZAWSZE świętem. Łatwo odtwarzalnym rytuałem przenoszenia się w sferę sacrum. Jedynym, którego nie chcę dekonstruować, zmieniać, chcę ten rytuał w nieskończoność powtarzać. Nie ma nic lepszego od kina. Od staromodnego doświadczenia zapadania w bezpieczny sen w miękkich ciemnościach.  

Pierwszy świadomy film w kinie, film, który pamiętam, to „Alice in Wonderland” Disneya. Pamiętam go bardzo dokładnie. Pamiętam, że poszłyśmy z Mamą tylko we dwie, tylko my dwie i nikogo więcej. To była moja nagroda, ekskluzywna wyłączność zdarzała się bardzo rzadko. Pamiętam kolory, które z czarnego tła, z ciemności króliczej nory przez którą wędrowała Alicja, wpływały prosto do mojej głowy, przez uszy, nos i oczy. Pamiętam ostrygi i herbatkę. Pamiętam zapach sali kinowej. Pamiętam jaka moja Mama była dumna, że może ze mną współuczestniczyć, choć byłam maleńka, taki miniFranciszek. Cieszyła się, że nie musi mi tłumaczyć rozrastania, zmian formy, kształtów i zakrzywiania przestrzeni, bo obie rozumiałyśmy doskonale płynność celuloidu, prawdziwszą niż stały rozrost wszechświata. Tego kina już nie ma. A jednak wciąż go szukam.  

Dobra, dobra Frank, miał być „Kieł”. A ty płyniesz ze swoim dwoma ulubionymi tematami, kino i Franciszek... Tak jakoś wyszło.

Kieł” jest lepiej wykonany niż "Alpy" dlatego łatwiejszy do przełknięcia. Aktorstwo mniej drewniane, kadry mniej niechlujne, zdjęcia komponowane staranniej. Pojawia się nawet szczątkowa, zbiorcza wizja estetyczna. Bardzo mocne pod względem idei. Niespójne scenariuszowo.
Znów pomysł zawiera w sobie ocean rozwiązań, skomplikowanych podtekstów i nadtekstów, a my ślizgamy się zaledwie po powierzchni. Tyle niewykorzystanego potencjału. Tyle elementów puzzla walających się po podłodze. Historia w "Dogtooth" to zaledwie przygrywka, można więcej i mocniej. Ileż to spektakularnego śmiecia można było wcisnąć widzowi, mając do dyspozycji taką znaczeniową dowolność? Na ile sposobów można było udowadniać, że kategorie realnego nie znaczą nic? Na ile sposobów można była pokazać, że semantyka i język są umowne? Za słabo zakwestionowano samo wartościowanie bytu, rozcieranie go w socjologiczne ograniczenia. Znów powracamy do pogłębionej analizy submisywności i rozpadu paternalnych, opresywnych wzorców. Ludzi przyrównuje się do psów, najszczęśliwszych gdy gra w karę i nagrodę nie tylko wyznacza ich miejsce, ale zapewnia nieustanny progres, rozwój. Konkurencja nie obejmuje tylko stada, najważniejsze to trwać w stanie konkurencji z samym sobą.

Niedowierzam również prowadzeniu „Kła”. Zbyt jest intuicyjne, swobodne, otwarte. Nie lubię tego stanu gdy nie jestem pewna czy to moja przeintelektualizowana nadinterpretacja, czy widzę co chcę zobaczyć, czy to zabieg celowy. Lubię nie mieć wątpliwości; czy reżyser wie co robi, czy tylko mu się udało, czy przypadkiem wykonał potrójnego flipa, choć przymierzał się zaledwie do fikołka. Lubię wiedzieć, być z rozmysłem i celowo prowadzana za rękę lub chociaż wodzona za nos. Tutaj nie jestem pewna, czy niektóre, nieprzeciętnie dobre sceny nie powstały właśnie przypadkiem (warczenie w progu by odstraszyć krwiożercze koty, podjeżdżanie autem by sięgnąć po zabawkę wyrzuconą poza bramę, symetryczna, zdyscyplinowana kompozycja wizualna ośrodka szkoleniowego dla psów, dobra scena wybijania zęba i następstwa w postaci przekupnego kazirodztwa). Niepewność to ryzyko jakie niesie ze sobą ultrarealna nonszalancja. Paralityczny taniec podczas finałowej kolacji to podstawowe zadanie, jakie umie wykonać każdy aktor po zaliczeniu pierwszego roku szkoły. Nic specjalnego. Na finałową kolację, na finałowe szaleństwo potrzeba czegoś więcej.  Przypomina to niedawno widzianego „The Master” Andersona, gdzie cały film jest oparty na metodologicznych, aktorskich sztuczkach, na technicznych trikach kontrolowanego uwalniania emocji. Można to sfilmować, niewprawny widz może i się nabierze, ale nie ma w tym prawdy. Panicznie nie znoszę naturalistycznego chaosu w filmach, podpierania się socjotechniką. Filmy mają imitować życie, podrabiać je, nie naśladować je. 

Z drugiej strony to dobry film. Skoro na własne życzenie zdecydowałam się kontynuować ćwiczenia z ultrealnego minimalizmu, to coś w Lanthimosie musi być. Jest nowoczesny. Świeży. Pozbawiony sentymentów. Szkoda tylko, że idzie na skróty i jest tak cholernie niechlujny. Mam nadzieję, że Lanthimos dostanie teraz niekryzysowy budżet, że go posmyrają po jajkach w stylu holiłut i trochę się w prostytutę puści. Jak się komercyjnie skurwi, założę się, że będzie mi się wtedy naprawdę bardzo podobało.

Brak komentarzy: