czwartek, 20 grudnia 2012

LIPSHIT OGLĄDA: Alpy


Podczas seansu jako pierwsze padły pytania o perwersję. Językową oczywiście. Moje uszy, nie przyzwyczajone do greckiego (choć, na boga, w zamierzchłych czasach studiowałam filologię klasyczną) kuliły się i strzygły, podczas gdy oczy trochę nie dowierzały angielskim napisom. Podejrzewam, że film został źle przetłumaczony, ale przyznaję szczerze, ja zawsze uważam, że coś jest źle przetłumaczone, ZAWSZE.
Nawet jeśli dla komfortu moich towarzyszy oglądam coś angielskiego na angielskich napisach (zazwyczaj jest to coś brytyjskiego, zazwyczaj bbc, zazwyczaj Sherlock), to i tak wymachuję rękami, rzucam się, podskakuję i krzyczę „przecież on nie to powiedział, on powiedział coś zupełnie innego! Na pewno NIE TO!!! On nie mógł tego powiedzieć!”. Gdy ktoś grzecznie spyta; „to w takim razie co on powiedział?” , odpowiadam; „nie wiem, ale to musiało zostać źle przetłumaczone”. Tak wygląda zboczenie lingwistyczne filologa.... Wracając do „Alps”, wciąż miałam wrażenie, że ktoś leci z nami w kulki. Ludzie na ekranie zdawali się mówić coś zupełnie innego niż sugerowały napisy. Całkowity dysonans poznawczy. Absolutnie nie mogłam się zgodzić z tym, że postacie w tym filmie mówiły to co mówią, mimo, że prawdopodobnie (he,he) mówiły dokładnie to. Zupełnie jakby ktoś próbował nabić Katarzynę Frank w butelkę (i tysiące innych widzów, ale kto by tam dbał o nich). I tak rozpoczęły się dywagacje o ostatecznej perwersji translatora lingwisty i do tego filozofa. Jedynym wyjściem jest zrobić ten film w wersji angielskiej dubbingowanej i wyświetlać go na greckich napisach. Nadążacie? Nie? To świetnie. Znaczy, że nie jesteście zboczeni. 

Dlaczego więc piszę o „Alpach”? Na pewno nie po to by pochwalić się swoją językową paranoją. Sama estetyka filmu to zupełnie nie moja bajka, do tego stopnia, że wiłam się w kinowym fotelu i obawiałam się czy wytrwam. Nie lubię tego co nazywam „ultra realistycznym minimalizmem”. Oglądając „Alpy”, każdą scenę z tym ohydnym światłem, brzydkimi wnętrzami i kostiumami, z tą kamerą z ręki, już projektowałam jak to przeFrankować, jak zkampować, jak bym to nakręciła, podkręciła i pogłębiła jeszcze bardziej, zachowując przy tym styl wizualny gładki i słodki jak wiśniowa landrynka (z migdałowym nadzieniem). Dlatego o formie już ani słowa więcej. Możecie lubić, możecie nie lubić. Ja gardzę, jawnie i na głos. Ale ja mogę. Ja jestem pretensjonalna. I nie mam żadnych złudzeń, że w tym kierunku będziemy wszyscy zmierzali. W kierunku minimalne. Moją rolą jest teraz wykombinować, jak mój kamp z ultrarealnym pożenić, co by postkamp z tego się narodził i nas wszystkich przed realnym uratował...

Idea. „Alpy” to film o ludziach, którzy za pieniądze podszywają się pod zmarłych. Ci, którzy zmarłych chcą wskrzesić podają szczegółowe instrukcje, wydają polecenia, aranżują sceny. Brzmi znajomo? Ależ tak! Ideą tego filmu jest pogłębiona analiza fetyszyzmu i submisywności. Jakoś często się zdarza, że te dwa tematy idą sobie w parze, za rączkę. By to łatwo wyjaśnić wystarczy rzucić ulubionym cytacikiem z Zizka. Cytacikiem, który na lipshit blogu pojawiał się, wprost lub nie wprost, już dwa miliony razy. Tak, chodzi o ten cytacik o uśmiercającym działaniu fetyszysty i ukrytej pozycji dominującej submisywnego podmiotu, który kreuje sytuację fetyszystyczną z ukrycia. Cytaciku jednak nie będzie, bo przecież nie chodzi o to, żeby było łatwo. Łatwo jest nudne!

Nowoczesne nawiedzenie. Nowoczesna historia o duchach. Nowoczesne podejście do tematu kazirodztwa. Napisałam taką książkę. Nazywa się „Garderoba Profesora Sparka”. Spektrum tego tematu jest niezmierzone. Ilość wariacji niepoliczalna. Perwersja gry pozostawia tak wiele pytań, że staje się samonapędzającym kołem perwersji, tworzącym co raz to nowe fetysze. Kto warunkuje nawiedzenie, ten kto podszywa się pod ducha czy ten kto ducha wywołuje? Czy cechy które projektujemy na duchu są rzeczywiście cechami tego, który odszedł (och, bo przecież nie trzeba umrzeć, by ktoś chciał sobie ciebie zaprojektować od nowa > patrz np.: „Mulholland Drv” vs „Vertigo”) czy tylko projekcją naszych pragnień? Pragnień, marzeń czy może nieświadomych fetyszy? Czy projektując ducha oprzesz się pokusie by duch dla ciebie zrobił to o czym zawsze marzyłeś? Czy oprzesz się pokusie by nie skłonić ducha do tego by zrobił to czego nigdy nie chciał dla ciebie zrobić, ze względu na strach /ból /ograniczenia moralne /korelacje społeczne? Czy zawsze, prędzej czy później, duch zrobi dla Ciebie wszystko to, o co bałeś się poprosić tego, który odszedł, o co bałeś się poprosić kogokolwiek żywego? Czy oprzesz się pokusie by zaprojektować cały system wspólnych relacji od nowa, mimo, że wiesz, że nowe są wierutnym kłamstwem? Jeśli zapłacisz komuś za to, żeby przebierał się w ubrania twojej zmarłej córki/brata/matki/ojca, żeby pił z jej/jego filiżanki, żeby czytał jej/jego książki, mówił jej/jego językiem o jej/jego rytuałach, a potem tą osobę przelecisz, i mimo, że ta osoba odda ci się w najlepszych znanych człowiekowi intencjach (z tzw. Miłości), to czy to będzie kazirodztwo? Ile jest gry w grze? Co jest projektowane, a co naturalne? Gdzie przebiega granica pomiędzy fetyszyzmem a marzeniem? A gdy duch nabiera własnej woli? Gdy robi dokładnie to czego oczekujesz, a nawet gdy przerasta początkowy model, staje się lepiej/bardziej, czy wtedy zachwyt projektanta jest bliski miłości? Kto wyznacza zasady gry, projektant czy fetysz, który sam wyraża chęć by stać się fetyszem? Co powoduje fetyszem? Czy jest wypłukany z własnej osobowości czy może to właśnie fetyszyzm pozwala mu na kreatywne rozwinięcie tego czym jest naprawdę? Może to właśnie fetysz kieruje sytuacją z ukrycia, może to on dominuje, a nie jest dominowany? Kto kontroluje grę? Z czyjej potrzeby rozpoczęła się gra? Czyje potrzeby tak naprawdę realizuje? Czy taką grę można kiedykolwiek przerwać? Czy mamy moralne prawo odrzucić fetysza, którego sami stworzyliśmy? A jeśli to fetysz odrzuci nas, kto wtedy staje się duchem? No i podstawowe pytanie, czy fetysz może przejawiać własną wolę? Czy może wtedy przestaje być fetyszem? Co się dzieje z fetyszem gdy przestaje nim być? Umiera? Czy może gorzej; znika?

Spróbuj odpowiedzieć na te pytania. Jeśli jesteś zwolennikiem nowoczesnego, ultrarealistycznego minimalizmu; obejrzyj „Alpy”. Jeśli wolisz homoerotyczny, manieryczny, przeładowany, groteskowy kamp gdzie każdy uprawia seks z każdym; przeczytaj „Garderobę Profesora Sparka”. Zarówno film, jak i książka są dokładnie o tym samym i stanowią ekscytujące, intelektualne wyzwanie. Ja ze swojej strony obiecuję, że jeszcze wrócę do tematu. Fetyszystyczna submisywność świetnie się sprawdza w konwencji gotyckiej opowieści o duchach.

I właśnie tak, bez wybuchów, bez fajerwerków, lipshit wrócił przed końcem świata. Jeśli dotrwamy do niedzieli, może znów wrócimy do zwyczaju powieści w odcinkach? Co wy na to, drogie dziewczęta?

Ten czas bez lipshita był udręką. Czuję się cudowanie móc powrócić do tego co dla mnie ważne. Do filmów, literatury, podłych, kampowych pornosów i lipshit girls. Pierdolić realne!

4 komentarze:

KaRrla pisze...

nooo proszę, jesteś !

lipshit pisze...

Pojawiam się i znikam.

Renate pisze...

ooo!! poprosiłam o cd i dostałam po łapach - więc byłam grzeczna i nawet nie zaglądałam. tymczasem nie powinnam być grzeczna - przecież tego uczysz, prawda?;) ale dobrze, że jeszcze przed końcem roku, a po końcu świata wróciłam do starych nawyków ;) i dziękuję, że Ty też.

lipshit pisze...

Pamiętaj, że z Katarzyną Frank jest zawsze inaczej niż zakładasz. Pamiętaj, że lipshit girl zawsze robi na przekór niż jej mówią czy sama deklaruje, zawsze na przekór głowie i całemu światu.
Zawsze bądź niegrzeczna. Forever misbehave.
Love <3