niedziela, 23 grudnia 2012

Klątwa Biseksa


- Och nie, nie... Jestem biseksualna.
- Ale na pewno?
- Tak.
- Jesteś pewna?
- Tak.
- Ale jak to, Frank? Skąd możesz wiedzieć...

I zawsze, za każdym pieprzonym razem, obserwujesz jak wyraz twarzy współrozmówcy zmienia się.
Powiedzieć, że jest się biseksualną to tak jak by powiedzieć:
Jestem
niezdecydowana, niewierna, narcystyczna, niedojrzała, przemocowa, wykorzystująca, podejrzana, nimfomańska, nieprawdziwa, kłamliwa, promiskuitywna, puszczalska, niestała, nieuczuciowa, nieemocjonalna, zafiksowana na punkcie penisów, zboczona na punkcie cipek, w trakcie przemiany, w fazie, zawsze W jakiejś fazie

Być homo / hetero to być jakąś.
Być bi to nie być wcale.

Klątwa Biseksa to klątwa, która polega na tym, że biseksy nie istnieją. Istnieją tylko heteryczki / lesbijki w trakcie. „I tak pewnie jesteś hetero/homo, tylko jeszcze o tym nie wiesz. To tylko taka faza”. A jednak, biseksy istnieją. To pewne. Mimo wykluczenia z dyskursu kulturowego i publicznego, jesteśmy. I tak naprawdę to biseksualiści są tą mniejszością, która jest najczęściej wykluczana, nawet z kręgu LGbT. Zepchnięci w nieistnienie, może nas nie być na kilka mitologicznych sposobów.

1. Mit o rozmytej tożsamości seksualnej oparty na brakach semantycznych
Najczęściej spotykana opinia o nieistniejących biseksach, to że biseksy nie istnieją bo nie wiedzą czego tak naprawdę chcą. Rubbish. Bardzo dobrze wiemy czego chcemy. Problem polega na tym, że możemy chcieć na wiele różnych sposobów, a słówko „biseksualizm” jest zbyt mało pojemne by objąć wszystkie półtony, półgłosy i odcienie. Pisałam już raz o tym, w tekście niehetero:

Znane nam słowa przestały opisywać rzeczywistość, a skwalifikowane jako homoseksualne działania nie znaczą już nic. Można bywać promiskuitywnym, tak jak można bywać monogamicznym. Biseksualizm jako wielki wór na wszystko na co nie znamy określenia już nie wystarcza.

Znam biseksy, do gruntu monogamiczne, które mają jedną, wieloletnią partnerkę / partnera. Ich monogamiczna natura nie pozwala im na eksperymenty poza związkiem, ale spełniają się w układzie mono i przy w zachowaniu pełnej wierności, wciąż identyfikują się jako biseksualne.
Znam biseksy z natury poligamiczne, które czują pełnię gdy są w dwóch, równoległych, równoważnych układach z dwoma płciami.
Znam biseksy z natury poligamiczne, które czują pełnię gdy są w stałym związku z jedną płcią i mają drugi związek, o niższym statusie, z płcią drugą.
Znam biseksy, które są w stanie pożądać tylko jednej płci na raz. Gdy są w relacji erotycznej ekskluzywnie pożądają tylko jednej płci. Gdy związek się kończy, możliwe, że zaczną ekskluzywnie pożądać innej płci niż dotychczas, ale są w stanie odczuwać pożądanie jednokierunkowo.
Znam biseksy, które są w stanie stworzyć związek oparty na podstawach emocjonalnych tylko z jedną z płci. Druga budzi w nich tylko pragnienia natury erotycznej.
Znam biseksy, które pragną bardziej jedną z płci. Ale drugą też pragną, tylko mniej.
Znam biseksy, które nie wiedzą kogo pragną bardziej i koło dupy im to lata.
Znam biseksy, które pragną wszystkich.
Znam biseksy, które nie pragną nikogo.
Znam biseksy poliamoryczne, w mocnych związkach wieloosobowych.
Znam biseksy promiskuitywne, które nigdy nie były w żadnym związku.
Znam biseksy, które są w związku z jedną płcią, a fantazjują o drugiej. I chociaż na fantazjach się kończy, identyfikują się jak biseksualne.
I pewnie są jakieś biseksy, których nie znam.

I ci wszyscy ludzie, ludzie o tak różnym stopniu pragnienia, różnym stopniu zaangażowania emocjonalnego, o tak różnych sposobach realizacji swojej seksualności, nazywają się biseksami. Wszyscy. Co dziwne, ta różnorodność nie wytwarza potrzeby do zmian semantycznych, do naginania języka do naszych potrzeb, do tworzenia nowych pojęć. Łatwiej jest kogoś skazać na nieistnienie lub funkcjonowanie w zakresie małego, ciasnego pojęcia, niż spróbować zrozumieć i otworzyć się. Będąc hetero czy homo pragniesz na jeden sposób... no, może na dwa, bo jest jeszcze rozdział mono/poli. Będąc biseksem możesz pragnąć na tysiąc sposobów. Trójkąt można obracać na różne strony. Linią prostą można sobie wymachiwać, ale konfiguracja wierzchołków jest tylko jedna.

2. Mit o braku samowiedzy
Co więcej, legendarny zarzut „nie wiesz czego chcesz”, ten wstęp do nieistnienia biseksa, to niestrawny suchar, relikt, myślowa skamielina. To nie samoświadomość, samowiedza konstytuuje naszą tożsamość. Nawet jeśli wiem, że nie wiem, to i tak wiem. Wiem, że jestem. Nasilenie wątpliwości jest wprost proporcjonalne do intensywności istnienia. Brak wiedzy, płynność granic, elastyczność, zmienność, to wszystko kwantyfikaty bytu poliamorficznego, przekształcającego się i to właśnie zmienność, płynność konstytuuje ten byt. Zresztą „wiem, że nie wiem” to jeden z najbardziej ekstremalnych przykładów na realizację biseksualizmu i zdaje się, najrzadszy. Zdecydowana większość z nas, biseksów, wie kogo pragnie. Czasem trudniej się do tego przyznać, czasem lubimy się pokrygować, czasem cierpimy gdy nasze pragnienie nie przystaje do społecznych realiów, ale zazwyczaj wiemy. Gdy powodowany pragnieniem, spytasz biseksa „kogo pragniesz?”, biseks najpewniej odpowie „Ciebie”.

3. Mit o pociągu osobniczym
Biseksualizm realizuje najpiękniejszy mit seksualności emocjonalnej. Biseks z założenia, swoje pożądanie motywuje pociągiem osobniczym. Nie ma żadnych ograniczeń ze względu na płeć. Jest modelowym przykładem na czyste poczucie miłości z dala od kwestii genitaliów. Złota strzała amora omija genitalia biseksa i trafia prosto w serce. Więc skąd ta niechęć? Z tego względu, że dla biseksa liczba potencjalnych partnerów jest podwójna. Lezba zakochana w biseksie, nie tylko musi za pomocą kija odganiać tygrysice i kociaki, musi również walczyć z lwami i krokodylami. Heteryk zakochany w biseksie podejrzliwie łypie nie tylko na kolegów, ale i na koleżanki (że o nagłym obrzydzeniu do hardkorowego porno nie wspomnę, nagle te dwie panienki drapiące się po kroczach gigantycznymi tipsami, to nie jest takie fajne...). A powszechnie wiadomo, że o własną paranoję nigdy nie obwiniamy nas samych. Zawsze winny jest obiekt naszej obsesji.

4. Mit promiskuitywny
Biseksualizm nie równa się promiskuityzm. Kulturowo wyrządzono biseksom wielką krzywdę, prezentując biseksualizm jako wypadkową libertynizmu, nieumiarkowania i hedonizmu. Biseksualizm najczęściej jest przedstawiany jako niepohamowany apetyt na miłość, nienasycony głód erotycznych wrażeń. Bo skoro mogę wszystko, to chcę wszystkiego. Tymczasem biseks nie tylko jest zdolny do miłości stricte osobniczej, co więcej, potrafi odeprzeć dwa razy więcej pokus. Trudno w to uwierzyć? Ty byś tak nie potrafił, przy pociągu dwukrotnie mocniejszym, przy snach erotycznych krążących między dwoma biegunami, oprzeć się i wytrwać w świętej, monogamicznej czystości? Jasne. A jak w coś się nie wierzy, to najłatwiej to zdegradować, albo unicestwić. O wiele łatwiej jest powiedzieć „to niemożliwe” , gdy słyszy się „przy tobie nie ma dla mnie ani innych kobiet, ani innych mężczyzn. Liczysz się tylko Ty”. Odbieranie prawa biseksom do miłości nie będącej teatralną wypadkową hedonizmu i donżuanerii, to tak naprawdę emanacja powszechnego kompleksu na punkcie omnipotencji. Bo skoro ktoś może być omnipotenty, skoro ma dwa razy szersze spektrum seksualnych możliwości, to jak może z nich nie korzystać? Może. Z miłości właśnie. Z miłości. A przecież mit seksualności emocjonalnej to wciąż jedna z ulubionych bajek homo/hetero. Biseksów zresztą też.

5. Mit który biseksy tworzą o sobie same
Oczywiście, istnieją również promiskuitywne, poliamoryczne, wiecznie napalone, niegrzeczne do granic niegrzeczności, niestałe, podejrzane, rozerotyzowane diabły, jak na przykład sama Katarzyna Franciszek. Sama jestem przykładem na promiskuitywną rozwiązłość, na nieskrępowane puszczalstwo. Sama wypróbowuje na sobie wszystkie mity, jakimi karmi się na co dzień biseksa. Czy Katarzyno masz większe potrzeby niż inni czy po prostu masz problem z wiernością? Czy pociąg do cipek to tłumiony kompleks kastracyjny? A czy gdy uprawiasz seks oralny z jakimś miłym chłopcem, to czy wtedy przypadkiem nie cierpisz na okresowe wytłumienie tożsamości lesbijskiej? Czy na pewno wiesz, że nie wiesz, czy może wiesz, ale nie chcesz się przyznać? Czy jesteś w stanie zakosztować miłości osobniczej, czy sama podkochujesz się w niektórych chłopcach bo są wysocy, silni i owłosieni? Czy jesteś w stanie odczuwać pożądanie bez względu na płeć, czy może czasem masz nastrój tylko na gładkie nogi, na zrywane zębami koronkowej bielizny, na rozmazywanie czerwonej szminki na jej różowych sutkach? Problem nie tylko polega na tym, że biseks nie istnieje w oczach hetero/homo. Czasami sami się zastanawiamy, czy oby istniejemy naprawdę.

Wszystkie te mity razem składają się właśnie na Klątwę Biseksa. Biseks manifestujący swoją tożsamość równolegle kwestionuje ją. Zdaje się, że częścią składowej tej tożsamości jest właśnie kwestionowanie. W kwestii wyemancypowania biseksy są lata świetlne za hetero/homo, gdzieś na etapie rzymskich orgietek. Bo tak właśnie konotuje się nam biseksualizm, z orgietką. Wino, taniec i podszczypywanie bez zobowiązań. W oczach ogółu biseksualizm to nieustająca zabawa, skakanie z kwiatka na kwiatek, czy raczej z bieguna na biegun. Biseks nie ma swojego złotego środka, nie znajduje się na pozycji pomiędzy hetero i homo. On się nieustannie przesuwa, orbituje, w nieskończonym ruchu, w ciągłym poszukiwaniu swojego miejsca, optymalnej pozycji. Co więcej, biseks nie uwspólnotawia się na podobieństwo innym orientacjom. Ciągle kwestionowany, nie może przecież trochę przynależeć do hetero, a trochę do homo, być jedną nogą w jednym obozie, a drugą w drugim (a głową czy dupą już zupełnie gdzie indziej). Pozbawiony swojej tożsamości, co więcej w obrębie innych tożsamości prezentowany jako wróg, legendarne zagrożenie, czarownica na miotle (panie bi nie pisać), pozbawiony jest mechanizmów obronnych wynikających z poczucia przynależności. To główny powód dla którego większość z nas kwestionuje swoją orientację. To był mój główny powód. Bałam się ostracyzmu, odrzucenia, nie chciałam być tą promiskutywną szmatą, którą straszą się nawzajem porządne dziewczęta. Tak bardzo chciałam przynależeć, że kwestionowałam to kim jestem. Co więcej, środowisko dobrze znające właśnie ostracyzm społeczny i samotność poza wspólnotą, często okazuje się najostrzejsze i najbardziej kategoryczne w ocenie. Tylko ten kto musi żyć w ciągłym tańcu, w ciągłej wędrówce, komu odmawia się prawa do własnego domu, czasem nawet do istnienia w ogóle, tylko ten wie jakie to może być cholernie męczące, jakie okrutne. I jak dużej odwagi wymaga powiedzieć „Jestem bi”. Bo mówiąc bi, mówisz równocześnie „Żyję po swojemu. I prawdopodobnie moje życie w niczym nie przypomina Twojego, ani innych Tobie podobnych. Ja nie mam sobie podobnych. Nie ma dwóch takich samych biseksów, tak samo jak nie ma dwóch takich samych homo/hetero. Ale jestem. Jestem sobą.”

Tego wam życzę na Święta. Nauki. Rozwoju. Prawa do istnienia. I bycia sobą.
Wspaniałym, niepowtarzalnym, seksownym SOBĄ.

I przyznaję się, że cholera jasna, nie ma nic bardziej zajebistego niż biseksualizm. Nic bardziej wyzwalającego, niż co bardziej determinuje do poszukiwań i nabywania empirycznej wiedzy o sobie samym. Nic bardziej płynnego, bardziej intensywnego, nic co jednej strony rozgrzesza cię z apetytu na życie pełne przygód, a z drugiej strony pozwala śnić o prawdziwej miłości, o przygodzie ostatecznej, o prawdziwym romansie. Nic co równie dobrze sprawdza się w układach 2+. Po tylu latach zmagań mogę wreszcie powiedzieć. Jestem bi. I nie zamieniłabym tego ani na mocne poczucie więzi i uwspólnotowienie u lesbijek, ani na łatwość i akceptowalność heteryczek. Chociaż i tak w dalszym ciągu, wolę na siebie mówić niehetero. W końcu przez kawał mojego życia nie byłam biseksem, a byłam lezbą...  

15 komentarzy:

kasia pisze...

Tak. Tak i jeszcze raz tak.
Te wszystkie "boisz się mężczyzn i wymyśliłaś sobie coś" lub z drugiej strony - "naprawdę jesteś les, tylko boisz się do tego przyznać" i oczywiście "panią bi dziekuje".

Strasznie lubię czytać teksty, w których w idealny sposób ubierasz w słowa rzeczy, o których myślałam w mglisty sposób lub wcale.

respect.

lipshit pisze...

Respect all the way back. Za czytanie, za myślenie oraz poświęcony czas.

inesligatur pisze...

zawsze uważałam że wiele lesb jest bardziej konserwatywnych od zatwardziałych katolików. czy oni nie mogą się ubrać jak ludzie na te parady? żeby taki nasz obraz był ładny, przystępny. po czym - o! byliście na paradzie? - tak! i wiesz co, ależ fantastycznie, wpuścili nas na platformę z drag queen! gdzie można je zobaczyć? wielu heteryków już dawno pojęło absurd stania w kolejce w piórach żeby złożyć przysięgę wiecznej ekskluzywności partnerowi, przed urzędnikiem państwowym. powiedzieć, że walka o małżeństwa to absurd równa się co najmniej ostracyzmowi. dodanie za to, że płeć partnera, lub, o zgrozo! partnerów seksualnych nie ma znaczenia, to niemalże samobójstwo. w jednym świecie poluźniamy kołnierzyki, żeby dać się uwięzić w drugim.

lipshit pisze...

Proces emancypacji nigdy nie ma końca. Teraz przyszedł czas na biseksy. Na początek, przestańmy przepraszać za cudze kompleksy, które jak w lustrze, odbijają się w naszej orientacji. Mam dziwne wrażenie, że biseks, który nie przeprasza za to kim jest, działa jak płachta na byka i wyzwala wypływ zgrozy, spiny i jadu.
Ale jak to, Frank? Bycie biseksem jest fajne? No pewnie! Fajoskie

inesligatur pisze...

och nie dam rady muszę napisać jeszcze dwa zdania. po pierwsze opowiadania erotyczne. każdy widział i pamięta komentarze, co do niektórych, że obleśne, brutalne i na pewno nie wymyślone przez dziewcze tylko jakiegoś starego zboczeńca grubego z reklamy. no i jeszcze kwestia golden lesbian. heteryczka, która nigdy nie próbowała seksu z dziewczyną mówi jeszcze i obiecuje poprawę, no bo jak to tak w świecie nieograniczonych możliwości nie spróbować. Lesbijka, która nigdy nie spała z chłopcem jest czysta jak dziewica orleańska i jeszcze złota. pomnik na piedestale.

Anonimowy pisze...

Wszystko pięknie i zgrabnie napisane jak zawsze, a ja mam jednak jakieś takie poczucie, że się nie zgadzam z czymś (z brakiem przecinków przed dopełnieniowymi zdaniami na przykład się nie zgadzam, takie moje porno, że lubię, jak przecinki są wszędzie, gdzie powinny; z wyrażeniem "Ale drugą też pragną, tylko mniej." też się nie zgadzam, bo pragnąć (kogo? czego?) drugiej, nie drugą).
Nie wiem, może to dlatego, że głównie w życiu mam postawę "mnie nie obchodzi" i w związku z tym kwestie orientacji czy tożsamości wszelakich też pod to podpadają (co nie znaczy, że nie wkurza mnie, kiedy ktoś perswaduje mi nieistnienie biseksa, mitycznej kreatury). Bo ostatecznie jaką różnicę mi to robi w przypadku innych ludzi (homo, hetero, bi czy inne istoty, wszystko sprowadza się do egoistycznego "a ja?" - lub się nie sprowadza, bo nie ma potrzeby)? Znaczy, że dla siebie, no, tak, akceptacje i tożsamości. To chyba dużo trudniejsze, określić się dla samego siebie, a najtrudniej przychodzi "wiem, że nie wiem", tak myślę (bo jakby nie było, nie lubimy przyznawać się do niewiedzy). A ja wiem, że brakuje mi w tym wszystkim postawy "w zasadzie to wszystko mi jedno, póki jest fajnie".
Ale - narzekam, taki czas, a notka przecież zacna jak zawsze. Podobają mi się twoje obserwacje i to, że wszystko masz jak zawsze przemyślane.

Altair Black vel a-be

PS. Kompletnie nie w temacie, bo notka tylko linkowana - masz w "niehetero" interesującą anegdotę o dylemacie z fiutkami i cipkami w ostatnim zdaniu. Nie daje mi spokoju, dlaczego nie napisałaś tego ostatniego zdania bez odkrywania płci? Konieczne było użycie któregoś z tych dwóch słów? Srsly?

lipshit pisze...

Ludzie,
Zluzujcie poślad. To tylko lipshit blog, nie artykuł w "British Journal of Social and Clinical Psychology". Przecinki mogą być powstawiane SPONTANICZNIE, tak samo jak pojęcia, etykietki. Tutaj jest Frank way or no way. Jako polonista oraz tłumacz z wykształcenia, z platynową odznaką "grammar police" z dwóch krajów, zdania dopełnieniowe oraz przecinki mam gdzieś. Mogę. Wiem gdzie powinny być. Pierdolcie poważnie, pierdolcie realne. Grupowo. I zacznijcie się wreszcie bawić tożsamościami i tym wpisem na blogu. Dyskusje tożsamościowe to przednia zabawa.

Naprawdę trzeba się natrudzić, żeby nie doczytać w tym poście "wszystko mi jedno, póki jest fajnie".

Kwestia niehetero > przeczytaj "red, red lipstick", potem zadaj pytanie jeszcze raz. Najlepiej sobie. Jak wyobrażasz sobie ostatnie zdanie bez odkrywania płci? "Masz całe genitalia w szmince" ? Oh come on.... THINK!

I na koniec dodam, że komentowanie na lipshit wiąże się zawsze z pewnym ryzykiem. Ja naprawdę mam zatrważającą większość ludzi za kretynów, którzy nie posiedli umiejętności czytania ze zrozumieniem, więc proszę nie brać niczego do siebie. Tak zazwyczaj kończy się próba porozumienia z kimś kto żyje trochę inaczej, trochę gdzie indziej i ma inaczej zbudowany socjopatyczny mózg. Czasem naprawdę trudno mi ukryć, jak mało mnie interesuje cudze zdanie.

Anonimowy pisze...

Mogę się luzem aż dzielić, bo widzę, że nie mnie w tej chwili potrzebny.
Alternatywną interpunkcję porzucę, ale co do ostatniego zdania - c'mon, normalnie? Koniecznie musisz nazywać to konkretne miejsce? Nie może być "Wysmarowałam cię (ci wszystko, cię na dole, cię tu etc.) szminką"? Nie widzę problemu, no ale nie czytałam "red, red lipstick".

Myślę, że jakoś zniosę to ryzyko.

a-be

lipshit pisze...

Moja droga, zbywam milczeniem kwestię, że wypowiadasz się na temat tekstu, którego nie czytałaś. Pozwól tylko, że wyjaśnię Ci na czym polega erotyka/pornografia. Na nazywaniu konkretnych rzeczy po imieniu. Nie uznaję żadnych substytutów w stylu "tam na dole".

Anonimowy pisze...

Nie, wypowiadam się tylko na temat tej części, o której przeczytałam.
Jestem przekonana, że można iść na pewne ustępstwo i, cóż, faktycznie nie pisać "tam na dole", ale wymyślić coś, bo nie jest to takie znowu niemożliwe. Gdyby to było takie istotne. Myślę, że ta jedna niedosłowność - dla podtrzymania reszty niedosłowności - jakoś by przeszła. Ale co ja tam wiem, nie mój tekst.

a-be

lipshit pisze...

A czy przeczytałaś ją ze zrozumieniem? Tam jest dokładnie nakreślony zamysł. Cały tekst jest napisany bez określników determinujących płeć, aż do ostatniego zdania, które pornografizuje i dookreśla podmiot. Niedosłowność zmienia się w dosłowne. To jest przemyślany koncept.
Ustępstwo? W pisaniu? Och, kochana. Takich fuszerek u Katarzyny Frank nie ma. Nie ten adres, nie ten poziom.

Anonimowy pisze...

Odnośnie pisania - nie moja brocha.
Mając na uwagę treść - bardzo smuci mnie fakt, że osobnicy o orientacji bi zawsze, ale to ZAWSZE uważają się za pokrzywdzonych, niezrozumianych itp., jednak po chwili odmawiają innym ich prawa do pełności czy inaczej rozumowanej całości. Jest mi obojętne czy ktoś jest homo/hetero/bi - to część składowa człowieka i tyle.
Nie potrafię tylko zrozumieć czemu zazwyczaj jest tak, że osoby bi przenoszą swoje rozkminy o pożądaniu i swoje własne rozterki oraz zachwiania - z często asekuracyjnym niezdecydowaniem - w związek. Jeżeli coś się mówi na 'dzień dobry' i się to akceptuje - OK. Z tym nie ma problemów. Inaczej jednak jest gdy się zaczyna nazbyt rozciągnięta rozkmina nad własną tożsamością. Podważanie jej i zbieranie informacji o sobie - jest super, nieradzenie sobie z tym - zależy od punktu widzenia.
To by było na tyle.
Jeżeli za uprzejmie, przepraszam [jednak sądzę, że odrobina kultury wszędzie jest wymagana].

Anonimowy pisze...

Wy biseksy jesteście większością, mnóstwo tych co się określają jako hetero jest bi

Anonimowy pisze...

Podobno człowiek jest seksualny, po prostu. Nie bi nie wiedzą że są bi.

lipshit pisze...

Gdyby to było takie proste. Katarzyna Frank jest na przykład bi ale nie jest. I dobrze o tym wie.