wtorek, 6 listopada 2012

Sześć na sześć


Szósty listopada to jeden z tych dni w roku, gdy jestem w stanie dokładnie przewidzieć co będę robiła. Od paru lat wygląda to tak samo. Napiszę lipshit posta, obowiązkowo melancholijnego i ckliwego.
Będę dziękować widmowej, anonimowej widowni za poświęcony czas. Będę słała maile do tych lipshit girls, które towarzyszą blogowi od dawna, a z którymi nie zdążyłam się przespać (bo wtedy zazwyczaj już nie piszę). Będę się odgrażać, że to już ostatni rok istnienia lipshit bloga. Będę puszczała na facebooku znowu te same piosenki. Będę oglądała Velvet Goldmine. Potem pójdę do baru pełnego homolewackich przyjaciół, głównie dziewcząt, do baru, którego już nie ma. Będę piła taniego, ohydnego sparklinga i wiśniówkę. Będę prowadziła rozmowy o Kasi Pepper i Iddie Childishu, przedłużała fantazję o tym, że udało mi się napisać (i wydać) pierwszą w Polsce pornograficzną powieść rozrywkową. Będę przechwalała się, że udało mi się zachować apolityczny i aspołeczny charakter bloga, że wciąż udaje mi się wymykać kategoriom „realnego”. A gdy już pijana wrócę do domu, chwiejąc się na czubkach obcasów, będę sobie wyobrażała, że wracam właśnie z wielkiej imprezy pełnej dziewcząt na rzecz społeczności zgromadzonej wokół aspołecznego lipshita, będę sobie wyobrażała, że słyszę fajerwerki. Potem wyciągnę moją legendarną walizkę i po raz setny ją przepakuję, bo moda w Londynie zmienia się, a właściwie cofa się, z roku na rok. Co 365 dni, bez jakiejkolwiek zmiany, jedynie by sprostać rytuałom, które narosły przez sześć lat, już bez kreatywności. Jak w zegarku.

Zawsze pytam o wasze życzenia, marzenia. Tym razem wypowiem własne. Moje życzenie na przekór tradycji lipshitowego zaprzeczenia. Chciałabym, żeby lipshit przetrwał. Chciałabym, żeby Kasia Pepper wydarzyła się. Chciałabym, że Katarzyna Frank nie odeszła. Jeszcze nigdy tak bardzo się nie bałam, że mi się nie uda, jak dziś. Jeszcze nigdy nie byłam tak bliska, żeby się poddać. A przecież ja się nigdy nie boję, ja nigdy się nie poddaję. Sześć lat to szmat czasu....

Dlatego w tym roku spędzę czas inaczej. Nie z dziewczętami. Z moimi trzema ulubionymi facetami. Jamesonem, Sherlockiem i ArcyDarkiem. Obawiam się, że moje rozczarowanie kobiecością, które sięga aż do submissywnych pożądań, jest największym zagrożeniem dla przyszłości tego bloga. Gdybym miała dalej pisać o tym co naprawdę mnie rusza, co mną wstrząsa i przyprawia o gęsią skórkę, gdybym postępowała zgodnie z imperatywem przyjemności, straciłabym większość lipshit girls, a to przecież dziewczęta stanowią o tym blogu, nie Katarzyna Franciszek. Jestem jedyną lipshit girl, która tak radykalnie odmieniła swoją seksualność, że co raz bardziej oddala się od błyszczącej nitki która przepoławia słowo „niehetero”. Wiem, że przyznanie się do tego to socialmediowy strzał w stopę, ale cóż. Zasługujecie na prawdę, nie tylko ugrzecznione podziękowania i mizdrzenie się.

Zdanie od którego się wszystko zaczęło to „meble pokojowe, meble wojenne”.

Zamiast podziękowań obiecany prezent, ebook „Lipshit, którego nie było”. To zbiór tekstów, które zniknęły z sieci lub nigdy się nie ukazały. Bardziej zbiór szkiców i luźnych notatek obejmujący lata 2008-2012,  więc jakość dość nierówna. Dostępny tylko 6 listopada, tylko przez 24h.

I już tylko raz w roku słucham Placebo. Za dwadzieścia lat będzie już naprawdę za późno.


20 komentarzy:

Renate pisze...

nie całkiem widmowo chociaż prawie anonimowo dziękuję - i za sześć lat, dla mnie w ciągu dwóch, i za linka - i proszę: trwaj Kasiu Katarzyno :)

lipshit pisze...

Dziękuję, dziękuję. Wiesz, ja jestem jak Macavity, kot z wierszyka > pojawiam się i znikam.

You may seek him in the basement, you may look up in the air--
But I tell you once and once again, Macavity's not there!

inesligatur pisze...

śniło mi się dzisiaj, że spacerowałam z Królową Elżbietą II,królową Wielkiej Brytanii po warszawskich łazienkach. cieszyłam się że kupiłam wcześniej odpowiedni kapelusz, mimo że nie znałam jeszcze okazji. po spacerze zabrałam ją do kina na film o niej. wpatrywałam się w nią, próbując odgadnąć o czym myśli oglądając swój portret po drugiej stronie. chciałam się dowiedzieć jakie są jej wrażenia i czy historia wymyślona przez kogoś innego ma coś wspólnego z realnym światem. ale królowa założyła maskę nieprzeniknionego uśmiechu i jako że był już odpowiedni czas zażądała przerwę na herbatę i ciastka.
dziękuję że lipshit broni się przed realnym i pozostaje zawsze w świecie fantazji. chciałabym żeby podążał za imperatywem przyjemności bez względu na konsekwencje. i żeby przetrwał, ale nie przytłoczony swoją własną historią, a piszący swoja historię na nowo. dziękuję za urodzinowy prezent.

Anonimowy pisze...

No i zjadło mi komentarz :(
Dziękuję za Kasię i Katarzynę, za powietrze aż drążące od nieheteronormatywnego pożądania, za zabawę różnymi rodzajami lesbijskiej rozkoszy, za mistrzowską władzę nad słowem.

Ach 6 lat! Za późno Cię odkryłam Droga Panno LipShit... Za to zauroczona jestem blogiem nie odmiennie i z niecierpliwością wypatruję nowych notek. W tak dzień pozwalam sobie wyjść z cienia aby życzć Pulbikacji, blichtru i sławy, w dowolnej kolejności ;)


K.

lipshit pisze...

@Ines,

wiesz, że to nie był sen. To była prawda. Projekcja przyszłości.

Dziękuję za bycie "the best flatmate evahrrrr".

lipshit pisze...

@K.

Lipshit blog nie rzuca cienia, jak Piotruś Pan, któremu cień się zagubił.

Dziękuję z całego serca za życzenia. Czytaj lipshita na zdrowie i pamiętaj, że najlepiej, najprzewrotniej smakuje z herbatką. Two sugars and milk. Lots.

KaRrla pisze...

Błagam wrzuć jeszcze raz Kachę Pepper na 'wydaje', za ile chcesz.. tylko wrzuć. Będę żebrać.

lipshit pisze...

Kacha Pepper... aż zgrzytnęłam zębami.
Wyślij do mnie żebrzącego maila, ponegocjujemy.

KaRrla pisze...

tak zrobiłam.

KaRrla pisze...

PS. przepraszam za tą Kachę, ale tak na Ciebie mówię zawsze jak opowiadam komuś o nowym poście bo wtedy wszyscy wiedzą o kogo chodzi i to z przyzwyczajenia

lipshit pisze...

Popłakałam się i odpowiedziałam. I zadedykowałam Ci piosenkę.

Anonimowy pisze...

Czytanie Cię jest fascynujące, bo i sam lipshit jest imo silny taką specyficznością, równocześnie intymnością i czymś, co trudno mi nazwać, ale co sprawia, że czyta się porywająco - określenie "tego czegoś" zajmuje mnie za każdym razem, kiedy Cię czytam, i do tej pory nie umiem tego nazwać; do głowy przychodzi mi mnóstwo określeń, które chyba są zbyt wypoetyzowane, by dzielić się nimi z ludzkością, zwłaszcza, że zawsze czuję się trochę niepewnie, komentując Cię - jako że nigdy nie wiem, kiedy przestać gadać i kiedy zaczynam gadać dziwnie.
Lipshit jest imo inteligentny i bardzo trafny. A jednocześnie czasem mnie przygnębiasz tym rodzajem przygnębienia, który niezdrowo kojarzy mi się ze sztuką, bo dla mnie bardzo smutną rzeczą jest pisanie niewydanych książek - i mówię zupełnie serio - tym bardziej kiedy spojrzy się na to, co obecnie JEST wydawane; a każdy raz, kiedy piszesz tak przygnębiająco - a przecież przy tym wciąż lipshitowo i wciągająco, bo lipshit jest jedną z najbardziej fascynujących rzeczy w internetach, jaką czytuję - no więc ten każdy raz sprawia, że jesteś jeszcze bardziej intrygująca i że lipshit wydaje mi się coraz bardziej nie-realny i przy tym w bardzo interesujący sposób nieszczęśliwy. Przy czym równocześnie udaje ci się pozostać w tej nie-realności (celowo pisanej z myślnikiem) bardzo realną, wiarygodną i - niepokojącą, bo jakimś cudem mówisz często rzeczy, o których myślę albo o których NIE myślę i za każdym razem robisz to tak bardzo trafnie. Podsumowując: lipshit jest ładny, a Ty, którą można poznać z notek, coraz bardziej stajesz się postacią z jakiejś opowieści, wydajesz się w naprawdę ładny (z punku widzenia opowieści i jako takiej pisaniny, literackości mejbi, bo inne punkty widzenia są mi obce, no offence) i pociągający sposób nieszczęśliwa, tak niekoniecznie przeciętnie, bo w rozpływających się (pionowo, by dokładniej ująć to wrażenie) ostrych barwach.

a-be vel Altair Black

Postscriptum. Nie uciekłam od jakiegoś tam natchnionego gadania. No cóż, taki już mój los komcionauty, co za dużo mówi.

lipshit pisze...

Ja lubię dużo i natchnione, chociaż ostatnio jedyne co mi podchodzi to naukowy bełkot lacanistów. Dużo prawdy w Twoich słowach. Jestem smutna i rozczarowana.

Anonimowy pisze...

To widać. Ja bym to przelała w teksty, bo szkoda nie wykorzystywać takiej mocy. Ale to ja, co ja będę innym mówić. Generalnie chciałam tylko powiedzieć, że byłoby jakoś tak mniej ciekawie bez lipshita, więc mam nadzieję, że przetrwa, o.

a-be

lipshit pisze...

Ja również mam taką nadzieję. Muszę zmierzyć się z realnym by odzyskać wiarę, siły, by lipshit wciąż realizował imperatyw przyjemności. Muszę zwalczyć "bored!".

A tymczasem będę jak...

Macavity, Macavity, there's no one like Macavity,
He's broken every human law, he breaks the law of gravity.
You may seek him in the basement, you may look up in the air--
But I tell you once and once again, Macavity's not there!

lipshit pisze...

W sumie to moje pożegnanie z lipshitem to odpowiednik dramatu Sherlocka ze spadaniem z dachu. I tak wszyscy wiedzą, że wrócę, tylko nikt nie wie jak i kiedy...

Anonimowy pisze...

Co było bez wątpienia jedną z najlepszych i najbardziej kunsztownych scen w Sherlocku BBC, jak cały odcinek w zasadzie. A ile jest o tym teorii! Co do kiedy mam tylko nadzieję, że to nie będzie czas liczony w latach - w obu przypadkach.

a-be

lipshit pisze...

A widzisz, ja nie przepadam za RFl. Może dlatego, że widok Sherlocka roztrzaskanego o bruk jest tak mocny, że aż odczuwam realne, fizyczne mdłości. Mój faworyt to ASCIB. Mogę oglądać go w zwolnionym tempie i od tyłu. To poziom konstrukcji do którego dążę.

Renate pisze...

nie będzie żadnego prezentu na święta?:(

lipshit pisze...

Był porządny prezent na urodziny i pożegnanie bloga. Mało???