piątek, 2 listopada 2012

LIPSHIT OGLĄDA: The Moth Diaries cz. I

My mother, she killed me,
My father, he ate me,
My sister Marlene,
Gathered all my bones,
Tied them in a silken scarf,
Laid them beneath the juniper tree,
Tweet, tweet, what a beautiful bird am I.”
(Jacob Grimm "The  Juniper Tree")

erwsza
Zdarza się co raz rzadziej by film nakręcony po 2000 roku sprawił mi intelektualną i estetyczną rozkosz. Tym bardziej film o wampiryzujących nastoletnich lesbijkach, które walczą z rozbudzającą się seksualnością w pensjonacie dla dorastających panienek.
Tak! Zapomnijmy o polskim tytule („Internat”. ArcyDarek krzywi się nad plakatem „hell what? Internet???”, Franciszka wydaje z siebie basowy rechot). THE MOTH DARIES to film z gatunku tak powszechnie lubianego przez lipshit girls czyli teenage ero sajko fantasy lesbian drama. Nie dziwie się, że ten film pojawił się w dystrybucji w okolicy halloween, razem z nieszczęsnym „Paranormal Activity”. Zresztą na hasło PA zakrada mi się wredna myśl o nimfomaniackim superpornosie podkręconym viagrą, coś w stylu „Wracaj kochanie do domu, już ja ci urządzę Paranormal Activity” („ Nie. Dziękuję. Scandal in Belgravia poproszę.”). Żal mi nieszczęśników, którzy zapłacili za bilet na The Moth Diaries spodziewając się lesbijskich wampirek ssących krew z nastoletnich sutków (wiecie, za odpowiednią opłatą ja wam to mogę zawsze napisać. I’m a consulting pornographer. Only one in the world.) lub chociaż zimnych dreszczy jakie wywołują długie sceny, w których półnagie dziewczęta uciekają ciemnymi, waginalnymi korytarzami przed śmiercionośnym zagrożeniem, czyli w tym wypadku innymi półnagimi dziewczętami. MD to nie jest horror, ba! To nawet nie jest film mainstreamowy. To jest film kontemplacyjny. Film studyjny. Film w duchu lat 60 i 70, czyli film, w którym nic się nie dzieje na powierzchni, bowiem tajemne życie filmowe kryje się pod spodem. To film, który powstał w oparciu o najlepszą postfreudian, postlacanish tradycję, tradycję budowania fantazmatów i lustrzanych odbić pożądań. To jest film, który istnieje tylko w subtekście. Jednym słowem, jest wspaniały. Z ArcyDarkiem wciąż dogorywaliśmy po „Lawless” i w multipleksowym fotelu, jeszcze przed rozpoczęciem seansu, rzucaliśmy w siebie zielonymi chrupkami wasabi i przeżywaliśmy Tomaszka Hardy'ego, Guy’a Pearce'a bez brwi i superfcknbadass Oldmana, który jak zwykle skopał wszystkie tyłki, chociaż ma 15 min screening time’u in total, a jednak gdy zaczął się The Moth Diaries wciągnęło nas bez reszty. Co oczywiście nie znaczy, że przestaliśmy gadać. O nie... To był seans z polacanowskim, poqueerowym komentarzem odautorskim. Tak, przyznaję, to byliśmy my. Ta dziwna para w trzecim rzędzie, w którym nikt nigdy nie siada, bo trzeba zadzierać głowę. Ta dziewczyna z dramatycznym kokiem, w bolerku w pepitkę i z czerwoną szminką i ten chłopak w grubych okularach, cienkim krawacie, który wygląda trochę jak młody Michael Kane (sir Michael Caine, ArcyDarek poprawia, stukocząc po klawiaturze i szczypiąc mnie w udo). To byliśmy właśnie my, wymachujący rękami, dyskutujący w głos i palcami wytykający fantazmaty oraz fetysze. To byliśmy my, dziewczyna w czarnej sukience i chłopak w trenczu. To byliśmy my, potrząsający niezapalonymi papierosami. To byliśmy my, na Requiem Mozarta w św. Krzyżu w dniu śmierci Chopina, zalewający się łzami i pociągający nosem, tłumaczący jakiemuś Japończykowi, że Requiem jest jak pizza albo sex i że nie, nie może nam robić zdjęć...  ale to już inna historia.

MD (The Moth Diaries) powstało na podstawie książki napisanej przez Rachel Klein, bynajmniej NIE romansidła dla nastolatek czy Zmierzchowego fanfica. Prostota historii, opartej na klasycznych motywach, pozwala zmienić ją w canvas of projection. Fabuła, uproszczona, wręcz minimalistyczna, to płótno, na którym wyświetlane są projekcje głównej bohaterki, dzięki którym możemy poznać mechanizmy, w które uwikłane jest rozbudzane, dziewczęce / kobiece pożądanie. To nie jest opowieść o dziewczynce, która odkrywa, że jej najlepsza przyjaciółka została uwiedziona i zabita przez stuletnią wampirkę. To jest opowieść o nastolatce, która odkrywa moc pożądania i przeciwstawia się mu z całych sił, obserwując jak jej rówieśniczki są przez pożądanie unicestwiane, jedna po drugiej. W MD kluczowe jest rozbudzające się erotyczne pragnienie i walka z nim. Wygrać z brudnym, nieczystym pragnieniem, które niszczy dziewczyński, delikatny, bezpieczny świat, to przetrwać. Nie pożądać znaczy przeżyć. W duchu najlepszych, wiktoriańskich powieści, MD podpiera się Carmillą, Draculą Stokera, braciami Grimm i siostrami Bronte. Stłumione pożądanie za pośrednictwem motywu krwi (często dosłownie menstruacyjnej) łamie i rozrywa strukturę pięknych zdjęć, utrzymanych w zimnej, miękkiej stylistyce dziewiczej sypialni. Kolory obowiązujące to błękit, morela i pudrowy róż. Ekran wciąż spowija delikatna, czuła mgła jak brzoskwiniowa, cukrowa wata. Oczywiście, możemy przyczepić się do kulturowych wykluczeń. W MD nie pojawia się ani jedna ciemnoskóra osoba. Jest jedna Azjatka, jest prawdopodobnie jedna Hinduska, ale cała resztka to anglosaski standart o mlecznej skórze, gęstych włosach i prostych zębach. Osób, które nie realizują zachodniego kanonu atrakcyjności jest raptem dwie i obie są postaciami negatywnymi, obie są postaciami po trzydziestce (tak, dorosnąć znaczy zbrzydnąć, ale o tym później) z czego jedna, oczywiście ta otyła, zostaje za swoją nieatrakcyjność ukarana śmiercią. Możemy wykluczeniowy charakter MD ostatecznie wytłumaczyć wiktoriańską koncepcją opowieści o wampirach. W tym przypadku mogę wymienić sprawiedliwość społeczną na nastolatki, które mają naprawdę okres, plamią pościel i swoja białe koszulki nocne czerwoną krwią menstruacyjną (mało mamy okresu w kinie, od czasu walki na tampony w „Carrie”). Obraz reżyseruje kanadyjka Marry Harron (American Psycho które u Harron nabiera znamion feminizmu, I shot Andy Worhol z cudownym Dorffem jako Candy Darling, świetna produkcja o Bettie Page dla HBO) i jak to bywa w jej pracach, film jest spójny wizualnie, konceptualny. To próba sportretowania świata widzianego oczami nierozbudzonej seksualnie, histerycznej nastolatki, z całą oziębłą czułością, jaką obdarzają się nawzajem dziewice i menstruacyjną paniką.  Film odwołuje się do najlepszej tradycji lat 70tych, złotych czasów, które nastały po Nowej Fali, gdy horrory w stylu „Egzorcysty”, „Eyes of Laura Mars” , „See no Evil” ,  „Carrie” , „ The Omen” ,  „Invasion of the BodySnachters” , czy „Don’t look now” (and so on, so on...)  pod rozrywkową, pierwszą warstwą ochronną, skrywały metafizykę subtekstu. I tylko przez subtekst należy ten film odczytywać. Tak. Wymieniłam filmy, które są o tym, czego nie widać. Więc jeśli ktoś uważa, ze „Egzorcysta” to film o dziewczynce opętanej przez szatana, a „The Omen” jest o antychryście wcielonym w małego chłopczyka, niech się puknie w głowę i omija MD szerokim łukiem. Cała reszta biegusiem do kina. Natomiast te lipshit dziewczęta zainteresowane głębszymi wynurzeniami Franciszki, które chcą wiedzieć, nie tylko widzieć, zapraszam do zapoznania się z moimi krytycznymi notatkami z The Moth Diaries, które już w drugiej części ,„dla zaawansowanych i lubiących feminizujący patos”.


Brak komentarzy: