wtorek, 16 października 2012

Nagroda. Część III.

 czyli naukowe rozważania Fantastycznej Franciszki. Część trzecia. I ostatnia.

Opisać znaczy przeżyć. Przeżyć znaczy opisać.
(K. Frank)

Powtórzmy to raz jeszcze. Zdekonstruujmy moją fantazję pod kątem erotycznej bierności. Utrwalmy przerobiony materiał.
Konstrukcja tej fantazji zakłada MOJĄ (obiektu) bierność. Nie uczestniczę w działaniach erotycznych, nie uwodzę, nie staram się. Mężczyzna (podmiot) pożąda mnie i manifestuje swoje pożądanie tylko dlatego, że istnieję, że jestem (obecna). I nie dlatego, że jestem jakaś, określona, że działaniem czy werbalnie muszę potwierdzać istnienie cech mających wpływ na moją atrakcyjność czy na sytuację erotyczną. Jestem atrakcyjna, jestem pożądana bo JESTEM (sobą).
Co więcej, moja obecność = obecność pożądania, nie wymaga ode mnie podjęcia żadnych działań, by to (w gruncie rzeczy obustronne) pożądanie skonsumować. Muszę tylko robić co podmiot rozkaże. Odwrócić się, wypiąć, poddać (dosłownie = cudzej woli, w podtekście = własnej woli), zwilgotnieć, podniecić się, przyjąć oferowany seks, a na końcu dojść. I nic więcej. Pożądanie podmiotu narasta samo z siebie, pobudzane jedynie moją obecnością. Jest widoczne (wzwód), a co za tym idzie niekwestionowalne. Będzie pęczniało aż do satysfakcjonującej kulminacji, która dokona się dla mojej przyjemności, ale bez mojego udziału. Jedyne co Ja (obiekt) muszę zrobić w erotycznej grze, to być. Być bierną. Być sobą.

Razem z koleżanką oglądamy „Secretary”. Pod koniec pytam;
- No i jak? I jak Ci się podobało?
- No nie wiem. Ona nie musiała zrobić nic by na niego zasłużyć. Tylko podporządkować się. Tylko wytrzymać. Tylko być.
A Franka na to:
- No właśnie!
Perfekcyjna submisywna fantazja. Pożądanie nie jest warunkiem wykonania pracy, posiadanego doświadczenia czy właściwości. Ono JEST. Pojawia się, a raczej nastaje i działa na twoją korzyść. Jest tak jak ty jesteś sobą.
Inna sprawa, że inna koleżanka na temat „Secretary” powiedziała:
- No nie wiem. ON nie musiał zrobić nic by na nią zasłużyć. Tylko wydawał polecenia. Tylko zdominował ją. Manifestował jedynie własne potrzeby. Tylko był. Był sobą.
A Franka na to:
- No właśnie!

Teraz obiecana nagroda. Co by na lipshit blogu nie było tak naukowo i poważnie. Dla tych, którzy wytrwali i przetrwali moje erotyczne wywody. Dla tych, którzy zadali sobie trud rozwikłania erotycznej zagadki i dla tych którzy przeglądają lipshit tylko w poszukiwaniu momentów. Będą momenty. W końcu jestem waszą dziewczyną od przyjemności. Najbardziej lubię sytuacje, w których nie trzeba się domyślać, nie trzeba wiedzieć. Wystarczy widzieć.
Rozłożyłyśmy moją fantazję, to ją złóżmy. Obejrzałyśmy trybiki, śrubki i dobrze nawilżone zębate kółeczka. To teraz popatrzymy sobie jak działa mechanizm. Popatrzmy na fantazję i sprawdźmy czy myśl o seksownej bierności, o wystawieniu się na działanie pożądania silniejszego niż wolna wola, sprawia, że robisz się mokra. I czy to znaczy, że jesteś seksualnie leniwa? Czy tylko może jesteś erotycznym narcyzem?

- Wydaje mi się, że nie traktuje Pani tej sytuacji poważnie, Panno Frank. 
Profesor jest wyraźnie podenerwowany. Stoi na środku pokoju, w tym swoim śmiesznym, wielkim płaszczu. Spływa z niego deszczowa woda. Strząsa z siebie wilgoć, otrząsając się jak psiak. Krople wyłuskują się z jego miękkich włosów. Nie spuszcza ze mnie czujnych, jasnych oczu. Wydyma usta, jakby w ich wnętrzu puchły słowa. Uderza rączką parasola w otwartą dłoń. Słyszę miękki, przyjemny dźwięk.
- Myli się Pan. - patrzę prosto na niego.
Staram się nad sobą zapanować. Jako tako mi się udaje, spiąć ciało i uczynić je posłusznym, w niektórych fragmentach, tych wyćwiczonych w dyscyplinie. Ale nie umiem panować nad spojrzeniem. Jest rozbawione. To te iskierki skrzące się w kącikach jego oczu, w kącikach ust wygiętych w zblazowaną podkówkę. To te iskierki tak bardzo mnie bawią.
- Byłam na Pana wszystkich wykładach. Zapoznałam się z niezbędną bibliografią. Przygotowałam się. Zrobiłam wszystko co profesor kazał, co polecił mojej uwadze. Możemy rozpisać badanie, zrobić razem eksperyment. Proszę tylko zdjąć ten mokry płaszcz.
Mogłabym przysiąc, że zastrzygł uszami. Czy moje słowa zabrzmiały dwuznacznie? Nagle uderza mnie cała dwuznaczność mojego położenia. Nie byłam dotychczas tego świadoma. Studentka w profesorskiej pracowni, w zakurzonej kanciapie, w kawalerskim mieszkaniu. Wpuszczona przez gosposię, czeka na niego, wiercąc się pośród jego rzeczy, pośród jego książek, pośród jego kości i czaszek, pośród przykurzonych plemiennych totemów i grotów strzał, pośród ciężkich foteli i brudnych dywanów, przy wielkim biurku zasłanym papierami, mapami i wykresami, pośród antropologicznej walki pomiędzy sacrum a profanum. Studentka czeka na profesora w swojej ulubionej, wdowiej sukience, w czarnych, wełnianych pończochach, ze zdenerwowania obgryzając zielone kamyki spinek przy mankietach. Myśl o moim położeniu jest tak silna, że muszę się cofnąć o dwa kroki, jak pod wpływem ciosu.
Profesor zdejmuje z rozmysłem płaszcz. Wciąż patrzy na mnie i odpina pasek trencza, luzuje paski rękawów i rzuca przemoczony doszczętnie materiał na skórzaną kanapę. Znowu jestem zaskoczona, że z dala od wzniesienia katedry i przestrzeni wykładowej auli, wciąż wydaje się nade mną górować. Patrzy na mnie gdzieś z innej wysokości, a przecież nie jest wysoki, nie jest okazały. Jest mojego wzrostu, według męskich standardów jest kurduplem. Nerwowym, autorytarnym, wiecznie rozbawionym i trochę zblazowanym kurduplem. Zapach jego wody kolońskiej jest cedrowy i świeży, nieprzyzwoicie, chłopięco świeży, z nutką atramentu, która przypomina zapach lekarstw i apteki. Profesor lubi pisać piórem. Jego długie palce są zawsze poplamione atramentem. Długie, smukłe, białe palce. Palce pianisty, o grubych knykciach i okrągłych opuszkach. Dłonie ginekologa. Nagle czuję je w ustach, w cipce, pomiędzy skrzydełkami łechtaczki, wszędzie gdzie miękko i wilgotno i ciemno. Gdzie nikt nie widzi, gdzie nikt nie dowie się o widomej obecności profesorskich palców. Absurdalnie zaczynam szacować swoje siły w ewentualnym starciu. Jest go więcej. Mogę zakładać co raz wyższe obcasy, co raz cieńsze szpilki, a i tak będzie mi zagrażał. Będzie go wciąż więcej i co raz więcej. Profesor sprawiał, że myślałam „nie ma ucieczki”. I teraz znów się to działo. Wypełnia pokój, wypełnia przestrzeń, zabiera powietrze by zepchnąć mnie w stronę zasłanego papierami biurka.
Profesor wygładza klapy marynarki z brązowej wełny, poprawia krawat i znów sięga po parasol. Przygląda się mu. Warzy go w dłoni, jak by się nad czymś zastanawiał.
- Nie jest Pani przygotowana do pracy naukowej, Panno Frank. 
Znów uderza bambusową rączką o wnętrze dłoni. Dźwięk nie wydaje się już tak miły i miękki. Przyprawia o bolesną palpitację. Jest groźbą. Groźną obietnicą.
- Mogę tego łatwo dowieść.
Profesor rusza o jeden krok w moją stronę. Podłoga skrzypi pod jego ciężarem. Bambusowa rączka uderza o wnętrze dłoni.
- Mogę udowodnić, że pani puls, że pani myśli, że pani... - ma zachrypnięty głos i oczy wciąż wlepione w rączkę parasola - ... że nie praca naukowa, nie mój eksperyment, nie po to tutaj Pani przyszła.
Jego dziwny, cudzoziemski akcent daje się wyczuć tylko przy trudniejszych słowach. Mówi „ekspeeerymnt”. Chcę prychnąć, oburzyć się, zaczepić się o ten „ekspeeerymnt”. Chcę wykpić tego śmiesznego, zarozumiałego człowieczka. Nie mogę. Mogę tylko cofnąć się znowu, o jeden krok.
Podnosi na mnie wzrok. Czuję jak brzeg spódniczki zaczepia o papiery walające się po biurku. Zaciskam dłonie na dębowych krawędziach.
- Proszę się odwrócić, Panno Frank.
Gdy opiera parasol o pobliski fotel, czuję się dotkliwie rozczarowana.
- Proszę się odwrócić i położyć łokcie na biurku.
Chcę ... wrzasnąć, podejść do niego i wymierzyć mu policzek? Och, nie. Chcę natychmiast zrobić co mi kazał. Przez zapach jego kolońskiej, apteki i atramentu, czuję bardziej, niż widzę, że z jego ciałem dzieje się to samo co z moim. Kontrola jest pozorna. Przyśpieszony oddech, puls który odbija się w uszach niczym czkawka, cała wilgoć, całe czucie spływa między nogi. Dobrze, że kazał oprzeć łokcie, dzięki temu zmniejszało się drżenie dłoni, które lada chwila mogły zrobić coś nieprzyzwoitego. Pupa natychmiast podchodzi wyżej, w miarę jak głowa opada niżej. Pomiędzy papierami na biurku leży karmelizowane jabłko. Zimne światło odbija się w słodkiej skorupce, gładkiej, lepkiej, wprost do polizania. Krwisto czerwonej, barwionej jakąś nienaturalną sztuczką. Obok wieczne pióro, na nim odciski palców Profesora. Na stalówce, na samym jej czubeczku, czerni się i puchnie kropla atramentu. Podłoga skrzypi znowu. Kątem oka widzę czubki jego zamszowych półbutów, pod dwóch stronach moich wysokich pantofelków, których okrągłe noski były złączone ciasno. Profesor dotyka mojego uda. Czubki palców, nie tak gładkie jak mogło się wydawać, zaczepiają o pończochę. Czuję ich chłód przez cienką wełnę. Przesuwa dłonią, przesuwa się w dół. Schyla się i ujmuje w dłoń mój lewy bucik na wysokim obcasie.
- Primo, to nie jest obuwie jakie zakłada się z myślą o prowadzeniu badań naukowych.
Prowadzi dłoń aż do kostki, po łydce, w górę, by pokazać mi, że mam zgiąć kolano i oprzeć je na krawędzi biurka. W ten sposób ułatwiam dostęp. Jakbym już sekretnie nie była otwarta i dostępna. Spódniczka wędruje do góry, zaczepiając o ząbki klamerki przytrzymującej pończochę. Syczę, trochę ze złości, bo wiem co zaraz powie. Trochę z rozczarowania, że nie zdjął mojego buta. Pragnę poczuć jego ciepły oddech na wrażliwej podeszwie stopy. Pragnę być przygryziona w mały palec. Odwracam głowę i czerwienię się. Moje policzki nabierają koloru karmelizowanego jabłka. Patrzę jak Profesor zanurza w ustach swoje palce pałacowego kaligrafa. Najpierw wskazujący, potem środkowy. Znów odwracam głowę by wlepić wzrok w stalówkę wiecznego pióra. Kropla atramentu na czubku wciąż rośnie i pęcznieje, odbijając moje wrzące podniecenie w czarnym oku.
- Secundo, Panno Frank, to nie jest bielizna jaką zakłada się z myślą o pracy akademickiej, nieprawdaż?
Gwałtownym ruchem zrywa moje majtki i troskliwie chowa je w wewnętrznej kieszeni brązowej marynarki. Zerwać je, przychodzi mu łatwo, to są majtki cieńsze niż pajęczyna, delikatne i całkowicie zbędne. A mimo to, wyobrażam sobie, że podnosi gwałtownym ruchem łokieć do góry, w zapowiedzi tego co zaraz się stanie. Gdy pada klaps, gdy rozlega się dźwięk zderzenia męskiej, mocnej dłoni z moją biała skórą, jestem tak zaskoczona, że wydobywa się ze mnie jęk, który bardziej przypomina triumfalny okrzyk. Klaps pada tylko raz. Jak zapowiedź popisowego numeru. Jak groźna obietnica. Profesor opada na kolana. Ja i podłoga jęczymy pod domniemanym ciężarem. Czuję jego oddech na cipce, czuję czubek jego zadartego, piegowatego nosa na moich wargach sromowych. Czuję palce wślizgujące się do gorącego wnętrza, które wydaje się być zaciśnięte, skurczone w oczekiwaniu. W rzeczywistości jestem śliska, rozluźniona, rozstępująca się pod naciskiem wilgotnych palców, wskazującego i środkowego. Zastanawiam się czy gorąca wilgoć mojej pochwy jest w stanie rozpuścić atramentowe plamy na jego smukłych palcach, czy granatowe krople spłyną po owłosionych nadgarstkach i poplamią mankiety profesorskiej koszuli już na zawsze...
- Tertio, Panno Frank, coś mi się zdaje, że nie każda studentka reaguje w tak bardzo entuzjastyczny sposób na eksperyment z zakresu antropologii. Proszę mi wierzyć, nie każda studentka jest gotowa, tak bardzo gotowa jak Pani, żeby...
Jego głos łamie się i pod koniec wiem, że on sam już nie wie co mówi, jest tak samo bezbronny jak ja. Profesor traci głowę. Na klęczkach, z głową między moimi nogami, z językiem powoli zanurzającym się pomiędzy moimi wargami sromowymi. Spuchnięta łechtaczka tańczy na czubku jego języka.
Wspinam się wyżej, napinam się na brzegu biurka, tak że niemal zwisam z jego krawędzi, tak jak kołyszę się na krawędzi orgazmu. Głowa ląduje na jakiś papierach, opieram czoło z westchnieniem. Karmelizowane jabłko znajduje się w zasięgu moich dłoni, więc zaciskam na jego krągłości palce, nie mając odwagi by sięgnąć do własnych piersi. Słodka, krwisto czerwona skorupka pęka z trzaskiem pod moją dłonią. To chrupnięcie zwiastuje zmianę w przewodzeniu impulsów elektrycznych. Wchodzę w ten ostatni skurcz, to słodkie napięcie. Jeszcze tylko profesorska dłoń poruszy się parę razy, jeszcze tylko parę pociągnięć miękkim językiem i ...
Nagle profesor wstaje. Zaczynam drżeć, jakby wrzucono mnie do zimnej wody. Moja pochwa wciąż spazmatycznie zaciska się na palcach, których już we mnie nie ma. Nagle nachodzi mnie straszna myśl, że może on jest okrutnym okrutnikiem, najgorszym ze wszystkich okrutników i zostawi mnie tak. Rozpaloną, wypiętą, obnażoną, ściskającą w dłoni karmelizowane, nienaturalnie czerwone jabłko. Westchnie, roześmieje się i powie, że miał rację. Ekspeeerymnt Panno Frank, właśnie dobiegł końca.
Ale nie. Na szczęście nie. Jego dłoń ląduje na moim karku. Czuję zapach własnej cipki. Palce zaciskające się na szyi, są wilgotne i śliskie. Może zostawiają na białej skórze, między kosmykami włosów, granatowe, atramentowe ślady, na pamiątkę. Profesor unieruchamia mnie, nie za pomocą siły, nie za pomocą fizycznej przemocy, tylko wyłącznie za sprawą jego stanowczości i mojej woli. To gest przyjacielski i pomocny. Gdy słyszę szczęk klamry paska, zatykam dłonią usta by nie roześmiać się w głos, nie rozchichotać na całego.
- A po czwarte, Panno Frank, proszę się chwycić biurka. Radziłbym trzymać się naprawdę mocno.
Za pierwszym pchnięciem, czarna kropla atramentu spada ze stalówki i rozbija się o blat biurka. Z wilgotnym, tłustym, słodkim dźwiękiem. 

2 komentarze:

P. pisze...

hot, miss Frank!

And here we have the essence: "Profesor unieruchamia mnie, nie za pomocą siły, nie za pomocą fizycznej przemocy, tylko wyłącznie za sprawą jego stanowczości i mojej woli."

W pas.

lipshit pisze...

Dear P,

hot to było pisać instrukcję, hot było przeżyć to. Patrzeć i zastanawiać się "zrobi to... nie.. a jednak, jednak to robi!". Gorąco mi się robi na samo wspomnienie tego "ekspeeerymnt" ...

" Potem podnosi się i kładzie dłoń na moich plecach/karku, konstytuując moją pozycję podległą. Ten gest przypomina o zasadach gry, jest zaprojektowany starannie i właśnie o projektowaniu ma przypominać, jako że jest całkowicie zbyteczny dla dalszego obrotu fantazji. Jest jak wiadomość wysłana do samej siebie, na wypadek gdybym zapomniała się pośród przyjemności seksu oralnego."
Ten fragment jest sprytniejszy niż myślisz....