środa, 19 września 2012

Out of the sex box

Dzisiaj Ciocia Kasia opowie o strachu przed seksem. Opowie o wibratorach.

Dwie singielki, Katarzyna Franciszka oraz Agnes, siedzą w jasnej, wygodnej kuchni. Są takie mieszkania i kuchnie pełne gładkich powierzchni, wygodnych sprzętów i mocnego światła rozpraszającego ewentualne wątpliwości. Mieszczańska wygoda i poczucie bezpieczeństwa. Pełna lodówka i zaburzenia odżywiania. Sączymy wino, jemy eklerki, palimy papierosy siedząc na szerokim parapecie i majtając w powietrzu stopami w rajstopkach. Aż w końcu musi nadejść ten moment, w którym Franciszka zacznie się czymś niezdrowo ekscytować. Zawsze nadchodzi taki moment. Niezdrowa ekscytacja jest równie nieodłączna co moja postępująca neuroza.


- Pokazuj go. Muszę go zobaczyć. - Franciszka otwiera szeroko oczy i wachluje rzęsami posklejanymi tanią maskarą.
- Jesteś pewna...
- No jasne. Wyciągaj go natychmiast. Pokaż mi go.
Agnes biegnie do salonu (nie do sypialni, podkreślam, ale do salonu) i z miną dziewczynki, która przyniosła swoja najlepszą Barbie, kładzie przed Franciszką niewielkie, białe pudełko. Katarzyna pochyla się nad nim i podnosi wieczko, za którym skrywa się śliczna, kolorowa zabawka. Maleńki wibrator, nie większy niż trzy złączone razem palce. Różowo biały, obły, z wygodnymi, silikonowymi guziczkami. Zupełnie nie przypominający ani członka, ani wibratora. Franciszka marszczy piegowaty nos i zaciąga się papierosem. Nie chce urazić Agnes, nie chce podkopywać jej i tak wątłej, seksualnej pewności siebie. Nie krytykuje, nie wymądrza się, nie wysnuwa teorii, według której brak fallicznych kształtów w falliczno zastępczej zabawce świadczy o strachu właśnie przed fallusem. Wszystko dla ludzi, również strach przed seksem. Jednak przed zadaniem jednego pytania Franciszka nie umie się powstrzymać.
- Trzymasz go w pudełku? - pyta
- Tak. Tak ładnie w nim wygląda.
- Czy wyjęłaś go kiedykolwiek z tego pudełka?
- Jak to?
- Czy ty go w ogóle używasz?
- No wiesz, w tym pudełku wygląda tak... -
Agnes wierci się i kręci złotowłosą głową ze smutną minką. Kłamie. Ja wiem, że ona kłamie. Jedno spojrzenie spod uniesionej brwi i Agnes przyznaje w mękach, niemal z płaczem;
- Nie mogę się przemóc. Jest taki śliczny. Za śliczny.

Zanim przejdziemy do meritum, uraczę was jeszcze dwoma historyjkami z wibratorem w roli głównej. Kiedyś spotykałam się ze starszą ode mnie kobietą. To była nasza pierwsza, wspólna noc, a jak wiadomo te pierwsze noce, pierwsze kontakty są zazwyczaj naznaczone pewną dozą niecierpliwości. Ja szczytowałam dwa razy, ale niestety, nie potrafiłam/nie zależało mi/byłam zbyt zajęta sobą, by doprowadzić G. do orgazmu. Gdy zaspokojona zapadałam w samczą drzemkę, G. powiedziała, że ona też chce dojść, więc wyciąga sprzęt. Skoczyła szybko do szafy, wróciła do łóżka i nakryła się kołdrą po same uszy. Sen natychmiast mnie opuścił ustępując ciekawości, tudzież frankowej niezdrowej ekscytacji. Z szeroko otwartymi oczami, gapiąc się w przestrzeń, nasłuchiwałam bzyczenia, chrobotania i mruczenia elektrycznego silniczka. Obudziła się we mnie iście freudowska zazdrość o penisa. Zalała mnie fala kastracyjnej frustracji. Oczami wyobraźni widziałam G. z wielkim, wspaniałym, czarnym (!) kutasem, którym dogadza sobie z werwą na wszystkie możliwe sposoby. Gigantyczny penis zaspokajał ją z uprzejmym uśmiechem okrągłej żołędzi, gruby, ciepły, elastyczny, gwarantujący pełne wypełnienie przy akompaniamencie wibrujących dreszczy. A ja, niczym głupia cipka, która nie zdała egzaminu, zostałam bezczelnie porzucona gdzieś na powierzchni kołdry. Wyobraźnia galopowała, torturując mnie scenami pojedynków. Franciszka kontra wielki, elektryczny kutas z turbodoładowaniem. Frodo kontra Goliat. Zdecydowana odważnie zmierzyć się z wielką maszynerią, która hałasowała co raz głośniej, (lub chociaż popatrzeć) zerwałam kołdrę teatralnym ruchem.
- To?! - wrzasnęłam - To??? To ma być lepsze ode mnie?
G. trzymała maleńki, złoty przedmiot wielkości szminki. Hałasu robił tyle co czołogtraktor, ale ledwo co podskakiwał w jej palcach. Równie dobrze mogłaby się pieścić elektryczną szczoteczką do zębów. Oceniłam konkurenta, nie wiedząc czy śmiać się czy płakać. I zabrałam się do roboty.

A nasz pierwszy, zakupiony z byłą żoną sprzęt? Moje wrzaski w stylu Nic na baterie! Nic elektrycznego! Nie wsadzę sobie nic co wytwarza prąd elektryczny i wydaje z siebie dentystyczne dźwięki! Zapomnij! Po co ci wibrator skoro masz mnie? Jesteś zboczona! Zapomnij! To były te czasy szczęśliwego pożycia małżeńskiego, gdy byłam zazdrosna nawet o kawałek plastiku i wypierałam potrzebę eksperymentowania. Bojąc się, że nie podołam, do ostatniej krwi broniłam bastionu małżeńskiego seksualnego lenistwa. Więc kupiłyśmy double headed dildo (czyli sztucznego penisa z dwoma główkami, do wspólnego użytku), różowe i wspaniale wyrzeźbione, które, jak się okazało, nie tylko było za krótkie i za mało elastyczne, ale śmierdziało gumą. Dętkową gumą. Gumą z jakiej robi się rękawiczki do mycia naczyń. Leżało sobie spokojnie na jednej z poduszek, gdy po kilku akrobatycznych próbach zdecydowałyśmy się na klasyczny seks oralny, a potem wybryki od tyłu. Jedyny pożytek z tego neonowego dildo był taki, że było niezatapialne. Mogłam siedzieć godzinami w wannie pełnej piany i próbować je zatopić, mimo że śmierdziało gumą nawet pod wodą. Uwielbiałam gdy różowy wąż o dwóch głowach z pluskiem wyskakiwał spod piany i wzbijał się w powietrze. Uwielbiałam nim straszyć naszego kota, który z kolei uwielbiał przesiadywać ze mną w łazience. To była moja nowa, ulubiona zabawka kąpielowa. Nie erotyczna. Kąpielowa.

Nie zrozumcie mnie źle, wcale nie uważam, że wibrator jest bezużyteczny. Teraz, po paru tłustych seksualnie latach, nauczyłam się go używać. Nauczyłam się na sobie i na przedstawicielkach oraz przedstawicielach płci wszelakiej. Metodą prób i błędów. I przyznaję, z seksualnych wspomagaczy i udogodnień wolę perwersję. Wolę fantazję, świństwa, gry, ustawianie pozycji władzy i przedmioty, które dobrze leżą w dłoni, wydając ciężkie plaśnięcia gdy nimi uderzasz. Uważam, że odpowiednio zaaranżowana seksualna sceneria potrafi wystrzelić na orbitę skuteczniej niż nawet najbardziej zaawansowane high tech japan but pulg this in me equipment. To co mnie podnieca najmocniej, to nie perspektywa orgazmu, penetracji, oralnych / analnych rozkoszy, ale sam akt. Od momentu podjęcia decyzji, poprzez przedstawienie seksualnej oferty, kończąc na trzaśnięciu drzwiami i planowaniu następnej przygody. Kręci mnie wysiłek jaki wkładam we własną satysfakcję seksualną, jej projektowanie, jej odświętność, w przemianę czynności fizjologicznych w przygodę. Owszem, mogą tej przygodzie towarzyszyć sprzęty, różne i wszelakie, spektrum akcesoriów jest nieograniczone, ale nie muszą. Nie są niezbędne. I nie mówię tutaj tylko o sytuacji gdy ktoś (ktosia/ktosie) towarzyszą mi w łóżku. Mówię również o podstawowym akcie seksualnym jakim jest samozaspokojenie. W sytuację erotyczną z samą sobą należy włożyć tyle samo, a nawet i więcej wysiłku, starań i czułości, niż gdy obecny jest ktoś kto może ci pomóc. Bez odpowiedniego podejścia do własnego ciała, do własnej łechtaczki (i tego co do niej przyrośnięte dookoła... tak, wiem, jestem łechtaczkocentryczna), bez apetytu na dobrą zabawę również z samą sobą, i turbo booster do niczego się nie przyda. Masturbacja nie jest przykrym obowiązkiem, nie jest treningiem, który każda z nas, a już szczególnie singielka, musi uprawiać regularnie, żeby jej nie pozarastało. Twoja prawa i lewa dłoń oraz głowa nabita ekscentrycznymi pomysłami na wyuzdany seks, wystarczą by przeżyć wartościową, bezpieczną, erotyczna przygodę. Seks z samą sobą jest zdrowy, satysfakcjonujący i nie potrzebuje usprawiedliwień w postaci „no przecież po coś kupiłam ten drogi sprzęt”. To trochę tak jak z butami do biegania albo karnetem na siłkę; jak nie lubisz się pocić czy nie odnalazłaś swojego ulubionego sposobu na spalanie tłuszczu, to ani air maxy ani sala gimnastyczna w Hiltonie nie pomogą...  

Jesteście warte by w seks z wami wkładać seksualny wysiłek. Co więcej, zasługujecie również na to, by wkładać ten wysiłek w igraszki z samą sobą, by projektować sytuację erotyczną dla samej siebie. Każdy seks może być fajny. Nawet ten samodzielny i samowystarczalny. Tylko to wymaga by trochę ruszyć głową, a nie tylko nakryć się kołdrą i odpalić wibrującą maszynerię, która przecież jest zaprojektowana po to by nam pomóc, ulepszyć, urozmaicić, nie robić cokolwiek za nas. Kupujemy więcej gadżetów, jak kupuje się seksualny statut. Wibrator stał się wyznacznikiem statusu zarówno materialnego jak i pozycji na drabinie seksualnego wtajemniczenia (która, powtarzam, NIE ISTNIEJE). Możesz kupić sobie najwspanialszy sprzęt, możesz razem z dziewczyną zainwestować w najpiękniejszy strap on znany ludzkości, możesz obstawić się zabawkami, których przeznaczenia oprócz ciebie (i paru innych perwer) nikt nie będzie znał. Ale jeśli nie ustanowisz swojej JAseksualności, nie wypracujesz własnej ścieżki seksualnego bytowania, postępowanie według kanonu współczesnego sexfeminizmu „wibrator w każdej szufladzie” nic nie da. Wibratory w szufladach znajomych mi dziewcząt porastają kurzem. I nie dlatego, że ktoś z krwi i ciała wypełnia owe dziewczęta oraz ich czas tak skutecznie, ze nie starcza ani czasu ani miejsca na nic innego. Wibratory kurzą się bo nie chcemy, nie mamy ochoty, nie wiemy jak ich używać. Bo nie inwestujemy w przyjemność własną i imperatyw przyjemności. Wibrator jest tylko punkcikiem na liście zakupów wyzwolonych. Ta samo jak seks z koleżanką biseksem (ale o tym innym razem). Tak samo jak pewna porno książka, którą wszyscy kupują, którą niby wszyscy znają i na temat której każdy ma swoje zdanie, ale której nikt nie przeczytał. Bardzo łatwo sobie coś kupić. Trudniej zacząć to używać. A przed seksualnym lenistwem nie ma żadnego usprawiedliwienia.

W seksie zawsze będzie krył się strach. W takiej czy innej formie będziemy się go bały. Będziemy się bały czułości, zaangażowania, utraty racjonalnej kontroli. Będziemy się bały upokorzenia, krzywdy, ośmieszenia. Będziemy się bały przekraczania granic, manifestowania swoich pragnień, transcendencji. Będziemy się bały odbytu, moczu i krwi miesięcznej. Będziemy się bały, że od masturbacji zaczniemy ślepnąć. Będziemy się bały, że jeśli wypróbujemy wszystko, to albo nam nic już nie zostanie, albo nigdy nie będziemy umiały wrócić do niewinności najprostszych rozkoszy. I nie możemy kupić lekarstwa na ten strach. Lekarstwem na ten strach jest jedynie ciężka praca. Nad JAseksualnością. Więc zacznij. Wreszcie wyciągnij wibrator z pudełka, zrób sobie kolację, a potem zaciągnij się do łóżka. Wreszcie pokaż kochance jak używasz swojego ulubionego wibratora, jak sama potrafisz i jak lubisz zapewnić sobie orgazm, nie każ jej się domyślać. Wreszcie posłuchaj swojej dziewczyny i spróbuj tego śmiesznego urządzonka, które bzyczy jak dentystyczne dłuto, spróbuj z nią czegoś nowego, zrealizuj jakąś jej fantazję. Wreszcie przestań się bać i bądź zawsze sobą. Bądź JAseksualna.  

2 komentarze:

inesligatur pisze...

podpisuje się rękami nogami, odbijam pieczęć w wosku. ciastka i herbata dla wszystkich.

lipshit pisze...

I po naparstku dla każdego.

Dzięki. Potrzeba mi lipshitowego wsparcia, upewnienia, że Ciocia Kasia nie plecie od rzeczy. Jesteś nieoceniona.