poniedziałek, 17 września 2012

Cal Skór (fragmenty)

KASIA PEPPER I CAL SKÓR
fragmenty

- To spotkanie jest równie fascynujące co nieuniknione. - powiedział rudy sfinks i przeciągnął się.
Tomasz podniósł głowę z jego rudej piersi i oparł się na dłoni, by móc na niego patrzeć. Lubił na niego patrzeć. W powietrzu było mnóstwo wilgoci, która skraplała się na nagiej skórze. Hazel westchnęła ciężko i przetoczyła się na plecy.
- To czemu sam tego nie zrobisz? - powiedziała, w zamyśleniu gryząc nasadkę długiego, pawiego piórka. Jej robotniczy akcent przypominał leniwy zaśpiew. Piórko zakołysało się lekko na srebrnej oprawce nasadzonej na skórzany palcat. - Myślę, że się migasz Childish.
- Hazel ma rację. - Tomasz przytaknął. Sięgnął przez Iddiego, próbując odebrać piórko i tarmosząc jej kasztanowe, grube loki. - Unikasz konfrontacji, a z drugiej strony niczego bardziej nie pragniesz niż pojedynku.
- Czemu rozpatrujecie wszystko w kategoriach przemocy? - Iddie dołączył się do prób odebrania Hazel piórka, szczypiąc ją w pośladek i łapiąc za kostki wierzgających nóg - Wciąż wam powtarzam, jedynym imperatywem jest przyjemność. To nie jest walka. To jest gra.
- Każda gra ma swój koniec. To jest przemoc ukryta w każdej grze. - Tomasz chwycił Hazel w talii i przysunął usta do ciężkich sutków jej maleńkich piersi.
- I tego właśnie się boisz, Childish. - Hazel z chichotem uniknęła zarówno zębów Tomasza, jak i rąk Iddiego. - Końca gry. To nie imperatyw przyjemności, a imperatyw przemocy tobą rządzi. W niczym się nie różnisz od nas, śmiertelników.
Jednym ruchem skoczyła z kolan i już górowała nad nimi, wymachując leniwie piórkiem i uderzając nasadką palcata o wnętrze otwartej dłoni. W przeciągu jednego mrugnięcia okiem, z zaspokojonej, zarumienionej dziewczyny zmieniła się w chłopięcą dominę. Hazel The Haze. Fantasy Dominatrix and Ginger Fetish Extravaganza. Iddie przeturlał się w pościeli parę razy, aż wreszcie opadł na brzuch i zawarczał cicho. Tomasz przytulił się do jego pleców i gryząc go w piegowate ramię, też warknął.
- Hush hush puppies. - Hazel The Haze oparła dłonie na wystających kościach bioder. Pośliniła palce i zaczęła zwilżać nimi piórko.  - Wasz czas już dawno się skończył, więc robię to dla przyjemności, nie z obowiązku. Chcę to jeszcze raz sprawdzić. U Słowika nikt mi nie uwierzy, że trafiły mi się dwa chłopaki w stylu monkier jednej nocy, w jednym łóżku, na jeden raz. To który wypina się pierwszy?

[...]

- Znów nadciąga ten moment. - pomyślała Kasia Pepper, zaciskając powieki. - Ta druga strona sobie poradzi, zaskakująco, jest zawsze gotowa i zwycięska. To jest ten moment gdy muszę myśleć tylko o sobie. Nadciąga sztorm i muszę przetrwać tą małą śmierć, by wyjść na spotkanie samej siebie.
I anyżkowy cukierek wypadł ze zdziwionych ust Kasi, niczym słodka, czarna perła, niczym trujący, czarny kamyk wygryziony z pierścionka Lukrecji Borgias. Przez chwilę zawisł na dolnej wardze, spuchniętej od kąsania i gryzienia, by tłustą kroplą potoczyć się w dół, zsunąć pomiędzy kołyszącymi się piersiami. Panna Słoneczko wtargnęła w Kasię swoim członkiem ciut zbyt gwałtownie, zbyt niespodziewanie. Kasia ledwo utrzymała się na klęczkach, przytrzymując się krawędzi łóżka, gdy została nagle popchnięta w przód. Ostatnie resztki pobudliwej chłopięcości, o których Kasia Pepper zapominała na co dzień, wypłynęły na powierzchnię Panny Słoneczko. Kasia nie chciała ich ani liczyć, ani kontrolować. Lubiła się przyglądać kontrastowi pomiędzy tym co wyparte, a tym co mozolnie konstruowane. Nie było większej przyjemności niż móc sprostać odrobinie fallicznej przemocy, pasywnie wystawić się na działanie męskości. I to była właśnie taka chwila, jeden z tych momentów, w których Kasia zaciskała mocno zęby i rozpaczliwie szukała oparcia. Sięgnęła lewą ręką do ściany tuż nad ramą łóżka. Słyszała kolejne plaśnięcia, gdy biodra Panny Słoneczko uderzały o jej pośladki, dźwięki szybkie, i tak samo miękkie, jak i bezlitosne. Prawa dłoń Kasi Pepper szybko powędrowała w kierunku spuchniętej, nabiegłej krwią łechtaczki. Zaczęła nią poruszać, mocnymi ruchami, zginając knykcie palców. Trzeba było się skoordynować, wszystko zespolić w jeden łańcuch tarcia i przeciwtarcia. Odpychanie się od ściany, zapieranie kolanami, przyjmowanie kolejnych uderzeń, łapanie powietrza przez zaporę jęków. Och, przydałyby się jeszcze dwie dodatkowe dłonie, dwie co najmniej. Jedną Kasia położyłaby u wejścia do pochwy, by palcami poczuć jak rozkosznie, jak szybko i bez oporu członek wsuwa i wysuwa się, druga przydałaby się aby wsadzić Pannie Słoneczko palec prosto w tyłek. Jak na zawołanie, jakby prócz wpierania i zapierania, skoordynowały również myśli, Kasia poczuła jak dłoń Słoneczka zsuwa się z jej bioder, ociera pot płynący po puszku kości ogonowej, by potem zanurzyć kciuk w rowku i zacząć pieścić wrażliwą skórę odbytu. I właśnie wtedy, wreszcie wtedy, uczucie wypełnienia zaczęło ustępować pod skurczami przypominającymi parcie na pęcherz. Teraz trzeba było się rozluźnić, pozwolić by ciało automatycznie zaczęło odtwarzać zapamiętany taniec, by nadal otwierało się wytrzymując napór. Ten jeden moment gdy myślisz tylko o sobie, bo musisz przetrwać sztorm. Musisz pozwolić by tarcie i mrowienie, by kutas w cipce i kciuk w tyłku, by Twoja głowa i Twoja łechtaczka zrobiły swoje, by wspólnie zapracowały na krótką podróż w kosmos. Ostatnie co Kasia poczuła przed ostatnią, czerwoną falą zwiastującą orgazm to włosy łonowe Panny Słoneczko łaskoczące ją między pośladkami i swoje palce, niezmordowanie pracujące na skrzydełkach łechtaczki, wciąż pachnące papierosami i anyżkowym cukierkiem. A potem ostatni bodziec i wyruszamy w podróż. Ten ostateczny fetysz jak naciśnięcie różowego guzika z napisem „O” , jak ostatni gwóźdź do maleńkiej trumny zdolnej pomieścić małą śmierć. Ostatnia podnieta przepełniająca czarę pochwy. Wspomnienie rudości i tygrysie, kocie pomruki. I wszystko co Panna Słoneczko i Kasia Pepper mozolnie wznosiły, by na chwilę unieść się ponad powierzchnię cielesnego, wreszcie runęło.

Jedynym miejscem, w którym Kasia Pepper nie lubiła palić było łóżko. Jakiekolwiek, czyjekolwiek łóżko. A przede wszystkim łóżko, które dzieliła na co dzień i na noc z Panną Słoneczko. I chociaż Kasia Pepper nigdy nie podejrzewała, że będzie z kimkolwiek lubiła uprawić seks w łóżku, wzgardy do postkoitalnych papierosów nie umiała się wyzbyć. Leżała z głową opartą o wąziutkie biodra Panny Słoneczko, z czarnymi włosami rozsypanymi między jej nogami. Panna Słoneczko, zarumieniona od wysiłku, w zamyśleniu skubała sztuczną rzęsę, którą wcześniej odkleiła od Kasi ramienia, na którym, tuż po wytrysku, oparła zmęczoną, jasną głowę. Kasia marszcząc piegowaty nos, sięgnęła pod siebie, unosząc w górę pupę, by wydobyć z pościeli czarnego, anyżkowego cukierka. Wydawał się o wiele większy niż w chwili gdy wypuściła go z ust. Kasia Pepper szepnęła cicho, bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego i trochę na wpółświadomie. To była taka na wpółświadoma chwila. Cisza po burzy.
- Cały ten krem. Cały ten dżem. Cały ten sen.
I wrzuciła sobie cukierka do ust. Smakował teraz zupełnie inaczej. Lepiej. Panna Słoneczko spojrzała na nią i uśmiechnęła się krzywo pod nosem. Znowu...
- Czy jedyne o czym jesteś w stanie myśleć to te przeklęte książki? - Panna Słoneczko spytała łagodnie, szczypiąc Kasię Pepper w ucho.
- Ksiązki? Jakie książki, najdroższa? - Kasia wydęła policzki w udawanym zdziwieniu. - Ja nic nie wiem o żadnych książkach.
- Cały ten krem. Cały ten dżem. Cały ten sen. - zanuciła Panna Słoneczko cicho - Tą kołysanką Iddie Childish obłaskawił tygrysy w „Poskromieniu Złośnicy”.
- Katarzyny... - Kasia mruknęła cicho i położyła dłoń na piersi Panny Słoneczko, na jej aksamitnej, całkowicie gładkiej i całkowicie płaskiej piersi. - „Jak Tygrysy poskromiły Katarzynę”, moja śliczna. Nie mów, że i ty też bierzesz udział w czajdliszowej, zbiorowej halucynacji.
- To nie jest halucynacja. Iddie istnieje naprawdę. Przemienia fantazję w realne. Widziałam to nie raz i nie dwa. Cały proces. - Panna Słoneczko wzruszyła ramionami i sięgnęła po dłoń Kasi by krytycznie skontrolować stan poobgryzanego, czerwonego manikiuru - Każda perwera musi przez to przejść. Przez fazę Childisha.
- Och, Słoneczko! - Kasia Pepper przekręciła się na brzuch by popatrzeć w śliczną, anielską buzię swojej dziewczyny. Oskarżycielsko poruszyła palcem posklejane, złote loczki. - Ty też! Ty też przechodziłaś przez fazę Czajdlisza!
- Ja, moja droga Kasiu, wbrew pozorom nie jestem perwersyjna. - Słoneczko wyjaśniła z arystokratyczną godnością. - Ale tak. Zgadza się. Ja też.
Kasia patrzyła na nią chwilę, wydymając usta, na których nie pozostała ani odrobina czerwonej szminki. W końcu pochyliła się i pocałowała ją lekko.
- To prawda. - wyszeptała - Nie jesteś perwersyjna. Wszystko co robisz, robisz z miłości. I za to Cię kocham.
- Jeśli tylko chcesz mogę być perwersyjna. - Panna Słoneczko odważnie uniosła brodę - Nie ma między nami ani granic ani tajemnic, więc może się zadziać wszystko. Musisz tylko wypowiedzieć magiczną formułę.
- Nigdy nie sprawiłoby mi przyjemności działanie wbrew twojej naturze. Jedyne czego chcę, to żebyś była sobą.
Kasia znów ją pocałowała i jak za każdym razem, odkąd tylko Panna Słoneczko pocałowała ją po raz pierwszy, ten pocałunek wprawił ją w bezbrzeżne zdumienie. Jak można mieć wnętrze ust wysypane anielskim cukrem pudrem? Jak ktoś może smakować jak pierwszy cukierek w życiu, jak pianki topione w ognisku na wakacjach, jak różowe niebo nad jeziorem w środku lata? Jak za każdym razem, robiąc to samo, można być pewnym, że tej słodyczy nigdy nie będzie dość, że będzie twardniała i zmieniała swoje tajemne nuty specjalnie dla ciebie, w miarę jak apetyty będą dojrzewać? Jak ktoś tak piękny i na swój matczyny sposób dojrzały i stateczny, może nosić anielskie mleko pod nosem? Jak tej jednej jedynej dziewczynie na świecie udało się przekonać Pepperównę, że zasłużyła by oglądać Kasię z rozpuszczonymi włosami i bez czerwonej szminki?
- Tak czy siak, działaniem wbrew mojej naturze jest doprowadzanie paznokci do takiego stanu. - Panna Słoneczko wypluła anyżkowego cukierka na dłoń Kasi Pepper, którą wciąż mocno trzymała, demonstrując obskubane paznokcie. - Jak ty to robisz? Przechadzasz się po Bond Street na rękach? Przesypujesz między palcami żwirek alejek Regents Park? A może ordynarnie obgryzasz? Ani mani, ani pedi nie boli, dlatego nie rozumiem czemu zawsze muszę cię gonić, jak małego, angielskiego chłopca przed kąpielą. Czy mam zacząć cię wiązać? Obezwładniać? To są dłonie uczennicy publicznej szkoły. Publicznej!
Kasia Pepper westchnęła kapitulując. Przy całej czułości jaką Panna Słoneczko darzyła swojego penisa, którego wcale, ale to wcale nie miała zamiaru się pozbyć, wbrew swojej przeszłości, w której naprawdę była małym, angielskim chłopcem, przy tym podniecającym sekrecie który nosiła pod spódniczkami i bielizną od Agent Provocateur, przy umiłowaniu do wszelkich analnych rozkoszy, dildos, strapons i wiktoriańskich zabawek ze sklepu Lempickiego, Słoneczko nie była ani trochę perwersyjna. Była na wskroś dziewczęca, tkliwa i prostolinijna. Była w stanie związać Kasię Pepper jedwabnymi wstążkami, przywiązać ją do mocnego krzesełka, pozbawić ją pończoch, kto wie, może nawet bielizny, a potem klęknąć przed nią, groźnie potrząsając w powietrzu buteleczką red red horny red by Dior i zacząć malować paznokcie u pepperowych stóp. Przynajmniej tak się Kasi Pepper wydawało. Do czasu. Zapewniam, do czasu. To co dla Kasi było najpilniej strzeżoną tajemnicą, rudym sekretem, ulubionym fetyszem, Pannie Słoneczko już dawno udało się obłaskawić i rozbroić. Rudy Sfinks zawsze znajdując się na wyciągnięcie ręki, przestał być groźny i niebezpieczny. Panna Słoneczko mogła być odpowiedzią na wszystkie zagadki, które mąciły spokój pepperowych myśli, nawilżenie pepperowej cipki i stateczność pepperowego serca. Kasia musiałaby tylko zacząć pytać zamiast słuchać, widzieć zamiast patrzeć i mówić o finalnych fantazjach, o finałowych pomrukach, zamiast samolubnie rozkoszować się nimi jedynie we wnętrzu własnej, płonącej łepetyny. Musiałaby przestać być pompatycznym bufonem, wiecznie zirytowanym nerwusem szukającym sztucznych podniet. Musiałaby przestać być sobą.

- Proszę natychmiast przestać! - Lempicki uderzył pięścią w kontuarek, wbijając okruchy kurzu w powietrze. Tak, tak. Nie odrobiny, nie płatki, nie pyłki. Okruchy. Ciężkie okruchy kurzu, którymi można by nakarmić gołębie. - Cokolwiek Pani tam robi, Mademoiselle Pepper proszę natychmiast przestać.
- Najpierw musiałby mnie Pan zabić. - Kasia Pepper wrzasnęła gdzieś z czeluści zaplecza. 
[...]


ciąg dalszy jest równie fascynujący co nieunikniony 

3 komentarze:

Renate pisze...

już czekam na cd ;) to tutaj, prawda?

lipshit pisze...

Zobaczymy. Jakiś fragmencik lub dwa, może. Ale całość klasycznie w formie ebooka. Kasia Pepper nie rozdaje się za darmo.

Renate pisze...

i słusznie - za dobra jest, żeby rozdawać się za darmo ;)