niedziela, 2 września 2012

Always summer. Always alone.

“If it could only be like this always.
Always summer, always alone, the fruit always ripe...”
― 
Evelyn WaughBrideshead Revisited


" In all the scanty stories she told about them, her parents were as alien to his sympathetic understanding as anything in the novels of Evelyn Waugh. Had people like that ever really existed? "
Richard Yates "Revolutionary Road"

- To był męczący dzień.
- A który nie jest? - trę twarz, wcierając w skórę resztki wyjściowego makijażu. - Nie nadaję się do tego. Do ludzi.
- Przyniosę Ci koc. Będziesz pisała? Robi się ciemno.

Wzruszam ramionami. Będziesz pisała. Pisanie. Znaczenie tego słowa wyczerpuje się. Ze sfery pracy przechodzi w sferę fantazmatu. Wytrwałość w pisaniu jest wytrwałością w nieszczęściu. Piszę tylko wtedy gdy czuję się źle. Nie potrafię przekazywać stanów klarownej, błękitnej szczęśliwości. One się zdarzają, przysięgam. Rzadko, ale się zdarzają. Ty to potrafisz.

Tylko Ty i kino.

Więc nie będę juz mówiła, że nie istnieję naprawdę. To tak jakby Londyn nie istniał naprawdę.
Więc nie powiem już nigdy, że jestem pisarzem. Pisarze nie muszą istnieć naprawdę.

Wieczory robią się co raz zimniejsze, w miarę jak wygasa lato. Mówię, że jeszcze tutaj posiedzę, na dworze, zapalę papierosa czy dwa czy dziesięć, skończę ostatnią butelkę wina czy drugą czy szóstą czy może jeszcze jedną potem. Dostaję w zamian lekkie tap tap w ramię. Oddajesz mnie pod opiekę św Idziemu, patronowi bezpłodnych i chorych psychicznie. Nie będę siedziała za długo, bo co to znaczy za długo. Całe trzydzieści lat za długo.

Pod naszym ulubionym kinem stoi fontanna. Ludzie robią zdjęcia ludziom, którzy robią jej zdjęcia. Jestem zawsze nerwowa. Grzebię w torebce, szukam papierosów, szukam zapalniczki, poprawiam podkolanówki, poprawiam włosy, otrzepuję się z popiołu, sprawdzam czy nie rozmazałam szminki, sprawdzam czy nie mam szminki na zębach, szukam czerwonego grzebienia, znów szukam papierosów. Gdzieś pośród tego znajduję czas na obserwowanie ludzi. Nigdy mi się to nie znudzi. Nie noszę ze sobą książek, nie mam słuchawek w uszach. Zawsze patrzę. Jakby mnie wypuszczono z ciemnego lochu, jakby uratowano mnie z bezludnej wyspy, z dzikiej dziczy. Ludzie, którzy patrzą na ludzi, którzy patrzą na Katarzynę Frank. A potem pojawiasz się ty. Najpierw na próbę, kilka razy. Parę razy trochę ty i już prawie ty i już zaraz zaraz ty. I machasz do mnie ręką. I przeczesujesz włosy. I chowasz dłonie w kieszeniach. I szukasz papierosów. I wycierasz palce o kamizelkę w norweskie wzorki. I jesteś zawsze nerwowy. I pokazujemy równocześnie w uśmiechu krzywe kły, które dotykają dolnej wargi. I równocześnie marszczymy nosy. I mamy takie same zmarszczki wokół oczu. I mamy takie same wilcze uśmiechy. I nie mamy rodzin. I jesteśmy sami, ale nie samotni. W każdej mojej ulubionej książce jest fontanna i wanna. Jest pływanie w wannie. Jest pływanie w fontannie. Każda moja ulubiona książka to ta sama książka, o tych samych postaciach, w tych samych konfiguracjach, w tym samym miejscu. O mnie i o mnie i o tobie.

Marzę o tym by obejrzeć wszystkie filmy jeszcze raz. W ciemnościach. Odbite na twojej twarzy. Oświetlone twoim oczami. Chcę wszystko przeżyć jeszcze raz. Z tobą wszystko będzie pierwszy raz.

- Chryste, czemu tutaj jest tak ciemno? - sięgam na oślep by przełamać się z tobą wafelkiem.
- Bo jesteśmy w kinie.
I zanim Mathew Goodie zapali pierwszego papierosa, muszę jeszcze zdążyć opowiedzieć ci, że...
- Jestem Karolem Ryderem, wiecznie głodnym i spragnionym, desperacko próbującym się wedrzeć do klasy, do której nie przynależy z racji urodzenia.
- O nie, nie. Ty jesteś Sebastianem, dramatycznym, małym pijaczkiem, który rozpaczliwie próbuje się wydostać z własnoręcznie zaprojektowanego więzienia. Zawsze obserwuje innych. Zza szyby, w lustrze, z drugiej strony trawnika. Nigdy wprost. Zawsze patrzy i sekretnie czuje się ponad.   
- Więc ty jesteś Julią? Chcesz zrównać Brideshead z ziemią. Nie powrócisz tam ze mną, chyba, że zawlokę cię siłą. Bo nie potrzebujesz mieć domu.
- Ktoś musi być Julią.

Wszystkie nasze rozmowy. Część z nich toczy się w mojej głowie. Twoje ręce w kieszeniach. Moje dłonie na brzegu sukienki. Wyjmujesz ręce z kieszeni, najbardziej męskim z gestów znanych Katarzynie Frank. Spodnie trzeszczą w szwach. Siadasz obok mnie i trącasz czubkiem buta pustą butelkę po pierwszym winie tego wieczoru. Biorę cię za rękę. Kapitulacja. Palimy papierosy. Opędzamy się od robactwa. Całe lato przemyka nam przed oczami w ciągu kilku doskonałych minut. Już niedługo rozpocznie się korozja. Ale tym czasem jest jeszcze trochę.

Jest:
Zawsze lato. Zawsze całkiem sami. Nie wiem już kto tak pięknie pachnie. Ty czy powietrze. Cała soczysta trwa. Przepocona kanapa pod wiatrakiem i candy cane słomki w kwaśnej lemoniadzie, w staromodnej butelce. Czarna, rozpadająca się okładka mojego dziennika, który przypomina modlitewnik. Dziesiątki godzin spędzonych w kinie. Całe strony wyklejone sztywnymi kartonikami biletów. Trzy tysiące godzin patrzenia na tłumy nieznajomych i trzymania się za ręce. Ciepłe deszcze, które przeganiają nas z plaży do samochodu i z powrotem. Pijany Brando, który goni nas pod arkadami przy placu Konstytucji. W Szpitalu Praskim, w karykaturalnych katakumbach, gdzie znajduje się rentgen, ty w brązowej, wełnianej marynarce, rozpary na wózku. Ja ze stopą opartą o poręcz wózka. Moje obcasy stukoczą, gdy pcham wózek. Pokazuję pończochę, gdy na zakrętach muszę pomóc sobie kolanem. Zaglądamy w dekolt chirurgowi, gdy pieści twoją piękną stopę, szukając złamania. Musisz zabić to co kochasz. Eksperymenty, które na mnie przeprowadzasz. Łatwo mogę uleczyć zaburzenia osobowości skrajnie narcystycznej, wystarczy rozpiąć rozporek. Moje stroje pensjonarki od belanciaga. Twój wąsik ala Hans Castorp. Uwiedzenie fantazmatu w Bibliotece Narodowej. Obiecałeś, że wynajmiemy tam pokój gościnny. Zastygasz w kącie niczym sfinks i księżyc się toczy po sferze, a ty się nie poruszasz. Sztuczka ze zgiętym, środkowym palcem lewej dłoni i prawą ręką by nim poruszać, co nie powoduje bólu, jedynie przyjemność. Łzy strącane prosto do Wisły. Śmierć jednego z lipshitów. Kawa w ogrzewanych filiżankach, hektolitry kawy, od której nie rośnie poziom cholesterolu, bo jesteśmy w takim wieku, że trzeba uważać na bycie cholerykiem. Jeden, jedyny sposób na przetrwanie twórczego wypalenia. Twoje motywacje, są błędne, mówisz. Zmuszanie literackich postaci do robienia dosłownej laski. Ćwiczenia z pisania lewą ręką. Dracula z trumienną ziemią pod pazurami. Nie musisz już nigdy rozbierać się przed nikim obcym. Mocno napięte granice pozwalają na poszerzenie pola perwersyjnej gry. Pojawiłeś się razem ze śniegiem, tylko mi nie wyblaknij jesienią. Nie ważne ile książek przeczytasz, nie ważne ile filmów zobaczysz, nie ważne ile ubrań dla ciebie uszyją, nie ważne ile manier przyswoisz, nigdy nie będziesz jedną z nas. My nie istniejemy naprawdę. Jubilee Pegant pod PAN’em, po którym jestem emocjonalnym wrakiem. Zawody w pluciu okruchami na odległość. Włamywanie się do Łazienek o świcie, bo przecież tylko jeden park w tym przeklętym mieście jest zamknięty. Berek w szarej, zimnej mgle, która unosi się nad upałem jak klimatyzacja. To nie jest bielizna, jaką zakłada się na okazję pracy naukowej. Chwyć się za brzeg stołu. Mocno. Gra w zgadywanie sekretów. Żadnych opisów przyrody. Miasto to nasza przyroda. I te trzy tysiące godzin, których miałam nie opisywać i o których miałam nie mówić nikomu. Trzy tysiące godzin, których nie chciałam utrwalić. Które chciałam zmarnować. 

- Nie musisz do mnie mówić głosem innych ludzi bym stanęła w płomieniach. - nachylam się w twoją stronę. Nie umiem się powstrzymać przed używaniem wyblakłych sztuczek. - Nie interesują mnie twoje umiejętności, ani twoja praca. Interesujesz mnie TY. Interesują mnie sekrety i pragnienia, które tak przyjemnie mruczą i musują pod twoją skórą. Mogłabym postawić okrągłą sumkę na to, że jesteś świetnym kochankiem.
- A więc chodzi o  seks.
- Nie. Chodzi o mnie i o ciebie. Seks jest tylko jednym ze sposób na komunikację miedzy nami. Niewerbalną. Proponuję żebyśmy w ramach eksperymentu, przez cały dzień nie używali słów, komunikując się ze sobą na wszystkie inne możliwe sposoby. Przez pierwsze kilka godzin jest fajnie, śmiesznie. Prawdziwa zabawa zaczyna się gdy jest niewygodnie. Gdy trzeba odejść.
- Robiłaś to już wcześniej?
- Nie z tobą. Z tobą to zrobię po raz pierwszy. I to jest takie wspaniałe. Wszystko co chcę z tobą zrobić i co chcę zrobić tobie, będę robiła po raz pierwszy. I jeśli będziemy mieli szczęście, to ekscytujące odkrywanie nowego może przerodzić się w nawyk. Możesz być moim nowym, ulubionym nawykiem. A ja twoim. I nie mów mi nigdy, że nie istniejesz naprawdę. To tak jakby Londyn nie istniał naprawdę. To tak jakby Brideshead nie istniało naprawdę i nie moglibyśmy tam wrócić.

Zakochanie się nie oznacza końca samotności. To zaledwie jej początek. Z jednego rodzaju samotności w drugą. Wciąż musisz znosić siebie w kolejnej wersji. Ile kochanków tyle wersji Franciszki, tyle wersji samotności. Zakochać się to złamać sobie serce. To tylko odwlec wyrok. To nieuniknione. Jak koniec lata. Każde lato zasługuje na osobny list miłosny. Ten jest Twój.  

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Z przyjemnością, jak zawsze.. albo z przyjemnością bardziej. Stęskniona wpadłam Tu...i miło. V.

lipshit pisze...

Dobrze. Tęsknij a potem wpadaj. Lipshit jest zdrowy, dobry na zęby oraz cerę.