środa, 8 sierpnia 2012

LIPSHIT CZYTA: 50 Shades of Pale

50 Shades of Pale
czyli jak Katarzyna Frank bladła co raz bardziej. 

Przeczytałam. Nie będę ściemniać, że musiałam z racji pisanej przeze mnie literatury. Chciałam. Miałam chętkę na niegrzeczną książkę. Starałam się panować nad chętką, jako że choruję na nadmierne budowanie oczekiwań wobec pop kultury. Po trzydziestu latach jej pochłaniania wiem czego chcę. I zazwyczaj tego nie dostaję. Na szczęście istnieją dobrzy rzemieślnicy czerpiący satysfakcję z najprostszych rozwiązań i chwała im za to.
Na to właśnie liczyłam sięgając po rzekomo pornograficznego klocka. Chciałam zabawy, chciałam łaskotek w mózg i krocze. Niestety, w przypadku 50SH („Fifty Shades of Grey”, tak, tak, Mister Grey tak samo jak ten w „Secretary”!)  mamy do czynienia ze sprytnym oszustwem. Poziom pornu w pornie jest zastraszająco niski. Dałam się złapać na marketingową otoczkę. Nastawiłam się na pop soft porn czyli na miękką pornografię spod znaku dominacji (dominance / submissive czyli o stopień bliżej do waniliowego seksu niż BDSM) czyli na rozrywkę erotyczną dla dorosłych. Dostałam harlequinowe odchrząkiwanie w stylu „Zmierzch”. 50SH jest wciąż bardzo, bardzo „Zmierzch”. Nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że to zaledwie dobrze wyedytowane fanfiction, które sprzedało się w milionach egzemplarzy. 50SH jest produktem zaprojektowanym dla pokolenia Twilight, które wyrasta z wampirów, dojrzewa (biologicznie, niekoniecznie intelektualnie) i zaczyna interesować się seksem. Dominacja jest tylko wabikiem, zapowiedzią pikantniejszych, egzotycznych wybryków, które nie następują. Czekałam przez te setki stron na perwersje, na kombinacje, na fikołki, na soczyste lanie w dziewicze pośladki i błyszczące narzędzia tortur. Akcja zaczyna się dopiero na 113 stronie (całowanie się w pornie nie liczy). Jest parę nieśmiałych klapsów, ale to zdecydowanie za mało. Gdzie to SM? Gdzie się zapodziało? Ja, miłośniczka erotycznych perwersji pop, ani nie dowiedziałam się niczego nowego ani nie zaspokoiłam podstawowych apetytów. Grzęzłam tylko w kliszach, popłuczynach  i werbalnym antruażu. Zły pornos to taki, w którym bardzo dużo mówi się o erotycznych rytuałach, ale nie poddaje się im bohaterów. BDSM pojawia się w 50SH jako afrodyzjak albo straszak. Mr Grey wciąż obiecuje, wylicza, sporządza listy, straszy i nic z tego nie wynika, tylko obiecanki cacanki. Przypomina to podejście erotomanów gawędziarzy, którzy opowiadają o erotycznych ekscesach zdobywając wiedzę przez Ciocię Wiki lub Wujka Gugla. Zerżnę cię w usta, dobiorę ci się do tyłeczka, och, te wszystkie świństwa, które będę z tobą wyczyniał Anastazjo, tyle mogę cię nauczyć, tyle mogę ci pokazać... no i??? I na gadaniu się kończy. Kulki waginalne rzucone na zachętę nie wystarczą. To co się dzieje między parą (czy pary nie są już passe, przypadkiem?) głównych bohaterów nigdy nie wykracza poza sferę harlequinów w stylu Red. Tak, tak, w zeszłe, deszczowe lato w biblioteczce nadmorskiego pensjonatu robiłam badania. Sfera erotyczna harlequinów nie ma przede mną tajemnic. Rozpoznaję bezbłędnie ten smrodek zalatujący wodą kwiatową Pani Walewska i papierosami typu Vouge. Nie mam nic przeciwko harlequinom. Uważam, że są potrzebnym katalizatorem, ułatwiają sublimację popędów. Tylko harlequina powinno się sprzedawać jako harlequina. Nikt nie nazwie czerwonego, bardziej odważnego romansu pornosem. I to jest mój główny zarzut. Brak BDSM’owej pornografii w produkcie, który jako taki się promuje. Świetny marketing to najmocniejsza strona 50SH. Z relacji medialnych wynika, że para bucha z majtek, baterie w wibratorach siadają po 100 stronach, że czerwienią się dziewczęta w środkach komunikacji miejskiej. Oto nadeszła era, era czytników i anonimowych zakupów na amazonie, w której kobiety odważnie sięgają po pornografię (której de facto nie ma). Z nadzieją, że mnie również przypiecze między piegami, zaryzykowałam i wyczekiwałam rumieńców. Gdzie tam. Zbladłam tylko. Nie chce mi się wierzyć, że masowa wyobraźnia kobiet na całym świecie może być tak płytka, tak skostniała w przyzwyczajeniach i kliszach. Czy naprawdę pragniemy tylko tyle? To ma być uniwersalna fantazja? Czy nasza odwaga kończy się tam gdzie literatura pensjonarska się zaczyna? 50SH jest szkodliwą książką, tak jak za szkodliwą uważam każdą literaturę pensjonarską. Szczytem jest oczywiście "Zmierzch", kastrujący nastoletnie pożądanie w zamian za obietnicę wiecznego życia w czystości... ekhm... tzn w miłości. Głowna bohaterka 50SH w niczym nie różni się od Belli, równie bezbarwna, pozbawiona indywidualnego rysu i osobowości. Równie gardzi sobą i swoją cielesnością, dopóki nie pojawi się przybladły Adonis, konstytuując istnienie jęczącego dziewczęcia swoją obecnością. Bella bez Edwarda znika/zanika, tak samo jak Anastazja nie istnieje poza Greyem, który nie jest tylko częścią składową jej życia, jest samym życiem. Jak łatwo się domyśleć, 50SH to po pensjonarsku pornografia bez pornografii. Umacnia mit dopochwowego, natychmiastowego orgazmu (wielokrotnego dodajmy), ale bez opisu narządów płciowych. Buduje zafałszowany obraz BDSM, przemycając google’owe prawdy jako warunki negocjowane za pomocą maili (czy literatura pensjonarska może się obyć bez prozy epistolarnej?), spisując w listy rytuały, ale nie opisując ich samych. Mamy do czynienia ze stłumionym seksem, gdzie mężczyzna całkowicie odpowiada za kobiecy orgazm i wydaje na niego przyzwolenie. Anastazja, wydana na łaskę partnera, ani razu nie przygląda się dokładnie genitaliom Greya, opisując doznania, ale nie fizyczność. Jądra? Włosy łonowe? Żołądź? Sperma? Zapomnijcie... Grey jest wykastrowany do poziomu erekcji na którą nasuwa nowe gumki, jest jedynie „prętem stali ukrytym w aksamicie”. Chwila, są przecież klapsy. Przecież o klapsy, nie o fiuty, tutaj chodzi. No... są klapsy. Ale co to za klapsy otrzymane po długim targowaniu się, klapsy które nie owocują refleksją czy nauką, ale szlochami i płaczem w poduszkę. Dominacja bez dominacji. Submissive pociągająca nosem. Oh my...

Nowoczesna kobieta zasługuje na coś więcej niż tylko model seksualności sprowadzony z kosmosu, z niemodnej już, obrośniętej stereotypami Venus. Anastazja nie masturbuje się. Na pytanie o uprawianie miłości własnej reaguje oburzeniem. Nie ogląda swojego krocza w lustrze. Nie eksperymentuje sama ze sobą. Nie jest przecież samej siebie ciekawa. Anastazja swój pierwszy orgazm w życiu osiąga za pomocą... uwaga... za pomocą pieszczot sutków. Odnosząc się do własnych doświadczeń, przyznaję, że przez piętnaście lat aktywności seksualnej nigdy nie udało mi się dojść do w ten sposób (ba, czasami w ogóle nie dochodzę). A tutaj, pierwszy raz w życiu na golasa przed kochankiem i proszę, wham, bam, thank you madame. Wszystkie pieszczoty, czy to stymulacja manualna czy oralna, nigdy nie stanowią sytuacji erotycznej samej w sobie. Są wtórne, są jedynie przygrywką, przed tym czego Anastazja naprawdę pragnie. Palec to za mało, język nie wystarczy, to tylko tortury, łaskotki. Anastazja wielokrotnie błaga o penetrację, bo tylko penetracja liczy się jako prawdziwe, mocne doznanie. Tylko orgazm pochwowy zakańcza akt seksualny, konstytuuje go. A jeśli orgazm pochwowy, to oczywiście automatyczny, niemal za każdym razem wielokrotny. Z procy prosto do gwiazd. Szast, prast i orgazm. To tylko soft porn, wiem, ale 50SH ma ambicje do realnego ujęcia nowoczesnego erotyzmu. Są kondomy, badania lekarskie, Grey nie brzydzi się ani krwi miesięcznej ani tamponów. Są nawet jakieś tam gadżety erotyczne, kulki i palcat, jakieś niezdarne próby manipulacji zmysłami. Więc jeśli już sprzedajemy bohaterkę z zamysłem erotycznej wiarygodności, to nie wyposażajmy jej w spust między nogami. XXI wiek a mit supremacji pochwowego orgazmu i kobiety, która nie jest odpowiedzialna (nie chce być?) za swój własny orgazm, ma się świetnie. Lepiej niż św. Mikołaj.

Nie będę narzekała na konsumpcyjną stronę i nachalne, ekonomiczne insygnia władzy. Niemal nie wspomnę maca, blackberry i audi. Wyposażenie księcia na białym koniu przez wieki nie wiele się zmieniło, zmieniają się tylko marki. Zaczynam blednąć i zgrzytać zębami dopiero gdy zdaję sobie sprawę, że fantazja o tym, żeby nie robić nic, tylko leżeć, pachnieć i tarzać się w luksusie (bo do tego sprowadza się uprzedmiotowienie w stylu 50SH) sprzedaje się w milionach egzemplarzy. Ale to infantylność języka 50SH napawa mnie realną grozą. Byłam przekonana, że TAM (cipka) i TO (fiut) to efekt braku erotycznych doświadczeń Anastazji. Liczyłam, że język będzie dojrzewał razem z bohaterką, wzbogacał się w miarę zdobywania kolejnych lekcji i poszerzania dyscypliny. Niestety, organy płciowe czy opis czynności erotycznych pozostaną już zawsze w konwencji mglistego opisu. Skoro Anastazja nie uczy się i nie poznaje empirycznie, tylko leży i wije się w pościeli/w wannie /na biurku /w domku na łódki, to jak język opisu seksualności może się zmieniać? Anastazja zatrzymuje się na etapie „wsadzania” i „pieszczenia” w oh my... i wow czy jeez. Taka konwencja w harlequinie, rozumiem. Ale 50SH sprzedaje się jako pornografię, jako książki dla dorosłych... powtarzam się? Bo jestem trochę rozgoryczona, jak to furiat pasjonat. Chciałam podgrzewania krwi i parujących majtek. I na poziomie marketingu tak właśnie jest. Stada kobiet czytają pornografię, mówią o swojej seksualności, eksperymentują (mam nadzieję, że nie z BDSM bo wtedy mogą się (nie)przyjemnie rozczarować). 50SH składa obietnicę, razem z cyrografem, który wyciąga spod łóżka Grey, zaraz po tym jak skończy grać Bacha, przy świecach i z gołym torsem. Atmosfera powinna rosnąć. Powinna pęcznieć. Niestety. Podróż kończy się tam gdzie się zaczyna. Na zaspokajaniu. Kogoś lub o coś. Tylko jeden partner jest aktywny. Anastazja, jak przysłowiowa księżniczka, leży i doznaje, a automatyzm orgazmu wynosi ją na wyżyny. Nie musi robić nic. Musi tylko trzymać ręce przy sobie. Podmiot i obiekt uprzedmiotawiają się nawzajem. Stłumione pożądanie nie rozwija się. I to naprawdę nie ma nic wspólnego z perwersyjnymi eksperymentami ze zmianą pozycji władzy. Dominacja jest pretekstem dla seksualnego lenistwa i bezradnej bierności. Dlatego gdy czytam, że ta książka ma wyzwalającą dla kobiet moc, staram się zrozumieć. Myślę, wyzwalającą - nie. Ośmielającą - tak. Niektóre z nas potrzebują ośmielenia. Ośmielenia by chociaż marzyć. Nie będę piętnować, ani wyśmiewać oczywistych elementów, które działają od wieków na niewieścią wyobraźnię. Postaram się nie mądrzyć, jak to na intelektualnego burżujosnoba przystało „wiedziałam, że to jest złe, ale nie wiedziałam że aż tak”. Powiem tylko, że można lepiej. Bardziej. Świeżo. Nowocześnie. Kiedyś zasłużymy sobie na pornograficzną bohaterkę z krwi i kości. Taką co nie zawsze dochodzi, brzydzi się nieobrzezanego penisa, po pierwszym razie ogląda się przez godzinę w lusterku i czuje dziwną pokusę wobec pachnącego seksem łóżka współlokatorki. A może i nie? Może prawdziwe kobiety nie podpalają zbiorowej wyobraźni? Może podnieca nas tylko takie porno, które nie niesie ryzyka, disney porno możliwe do zrealizowwania tylko w disney zamku? Może my nie chcemy seksu z wyobraźnią, przytupem? Może rzeczywiście chcemy tylko leżeć i pachnieć, z książką w łóżku?

Starałam się polubić "Fifty Shades". Naprawdę. Ale nie potrafię. Po prostu nie lubię 50SH. Bo jest głupie. Ale lubię dziewczyny, które czytają miękką pornografię. Takie dziewczyny nie są głupie dlatego, że pragną iskrzenia w majtkach. Nie są głupie tylko dlatego, że ktoś wypromował dla nich głupią książkę.

6 komentarzy:

Renate pisze...

dzięki za ostrzeżenie ;) a widziałaś to:http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,12115140,Regulamin_konkursu_pod_nazwa__Zaskakujaca_przygoda_.html

lipshit pisze...

Dzięki Renate! Info o selfpubie (nie słyszałam o platformie biorącej udział w konkursie), jak i o konkursach tego typu są dla mnie i dla żony mojej Kasi Pepper na wagę złota.

Anonimowy pisze...

''Jej sukces dziwi komentatorów, bo powieść E.L. James jest romansidłem z elementami pornografii BDSM. Niektórzy określają ją jako „Porno dla mamusiek”, inni zastanawiają się, czy ktoś to czyta poza 16-latkami, które właśnie skończyły „Zmierzch”. Krytykom literackim trudno sobie poradzić z faktem, że TAKA tematyka stała się bestsellerem''

lipshit pisze...

Anonimowe copy&paste. Niech żyje kreatywność.

Anonimowy pisze...

Chciałam tylko pokazać, że Twoje złe zdanie powiela się wśród opinii na temat tej książki. Copy&past celowe, ale w cudzysłowie - Jaka szkoda, że nie zauważyłaś.

lipshit pisze...

To nie kwestia spostrzegawczości, a telepatii. Mimo najszczerszych chęci umiejętności czytania w myślach nie udało mi się jeszcze opanować.