wtorek, 31 lipca 2012

Kasia Pepper i Zmyślne Dziewczęta (fragment)

KASIA PEPPER I ZMYŚLNE DZIEWCZĘTA
(fragment) 
  
  Panna Pe spędziła na klęczkach już dobre półgodziny. Podwinięte mankiety sukienki zaczynały boleśnie ranić skórę. Paznokcie rozdwajały się od sadzy i smoły. Gdy zanurzała szmatkę w wiadrze z szarymi mydlinami, woda na chwilę przynosiła ulgę.  Ale co to za ulga gdy temperatura ciała wciąż rośnie, a wilgoć zbiera się w jednym miejscu, czyniąc usta suche, oczy podrażnione, a skórę nadwrażliwą na najlżejsze dotknięcie. Zresztą Pannie Pe nie wolno było się dotykać. Nie wolno było przetrzeć spoconej skóry, nie wolno było otrzeć z czoła mokrych kosmyków. Byle muśnięcie pozostawiało tłusty, czarny ślad. A to byłby wspaniały pretekst by ją ukarać. By nazwać ją niegrzeczna pannicą, niezdarną służącą, nieposłuszną dziewczynką, która zasługuje tylko na jedno. Na wszystko, tylko nie to, czego Panna Pe naprawdę pragnęła. To mogło się stać, wystarczyło tylko uparcie popełniać błędy, zmuszać go dyskretnymi szturchnięciami, maleńkimi psikusami by po raz kolejny zaczął mówić o dyscyplinie. Trzeba było się wciąż przesuwać, o parę cali za blisko w kierunku wilgotnego, o parę cali za daleko od wszystkich rozciągniętych w czasie ćwierćtonów i półcieni, z których się składał. Nauka dyscypliny była lekcją cierpliwości. Była wiedzą o drżącym momencie w fakturze wytrzymałości, w którym kara zmienia się w nagrodę, a przemoc przemienia się w czułość. Uleganie nie było stratą charakteru, a jego nabieraniem. To co Panna Pe czuła była dalekie od strachu. Jeśli tylko ją obserwował. A obserwował ją zawsze.
Wyciągnął ją z łóżka o trzeciej nad ranem. Pozostałe służące, z którymi dzieliła pokój na poddaszu, chwilę powierciły się w pościeli, na znak, że wiedzą, ale nic nie mogą na to poradzić. Wszyscy w zamku szeptali o natrętnych zwyczajach głównego lokaja. O nieznośnym perfekcjonizmie, o zgryźliwościach i chłodzie, jakie nie przystoją wciąż młodemu mężczyźnie. Stał nad nią, gdy wciągała w pośpiechu fartuch. Cedził przez zęby groźby, szeptał o tym jak nie dopełniła swoich wieczornych obowiązków, jak kominek w bibliotece wciąż jest pełen sadzy, że niegrzeczna, niesubordynowana, że będzie stał nad nią całą noc, że dopilnuje, że popamięta. Ciągnął ją za ramię po wystudzonych korytarzach pełnych przeciągów. Cała służba spała. Jaśnie państwo spali. Stajenni, kucharze, odźwierni, wszyscy pogrążeni w śnie. Przekręcił klucz w drzwiach od biblioteki. Nikt nie mógł jej usłyszeć. Nikt nie mógł mu przeszkodzić.

Panna Pe po raz kolejny zanurkowała w gardle kominka, które puchło i wilgotniało pod wpływem energicznych ruchów dłoni. Kominek zaczynał wypluwać z siebie drobinki mydlin, jakby parskał gęstą śliną. Panna Pe czuła jak robi się co raz bardziej wilgotna. Sukienka osuwała się z ramion, a pończochy przyklejały się do zimnego kamienia. Zadzierała wysoko pupę nurkując co raz głębiej w wąską ciemność, która wytłaczała z siebie powietrze, spływając strużkami piany i popiołu. Suchy kominek zamieniał się w ciasną norkę pełną lepkich kropel. Wszystko, co do tej pory było ostrą krawędzią, suchą fakturą mogącą boleśnie otrzeć skórę, stało się śliskie i zachęcająco miękkie. Za każdym razem gdy Panna Pe wyżymała ściereczkę w wiadrze, zerkała na podłogę zasłaną starymi gazetami i popiołem. Czubki jego wypastowanych butów lśniły złowieszczo, gdy tańczył wokół niej, unikając sadzy i mydlin. Nawet jeśli Panna Pe ukradkiem zerknęła przez ramię, jedyne co widziała to mankiety zaprasowanych spodni i lewą dłoń. Dłoń wsuwała się i wysuwała z kieszeni. Spinki do mankietów z emblematem Lordowskiej Służby błyskały złowieszczo. To mogło trwać całe wieki. Ona szorująca kominek, z pończochami, które rwały się od posadzki i on, leniwie poruszający jedna dłonią, aż do jakiegoś wyzwalającego gestu czy dźwięku. Tym dźwiękiem był brzęk. Panna Pe wysunęła się z kominka i zamarła. Wiadro mydlin jeszcze kręciło się na posadzce, przewrócone energicznym kopniakiem.

- Cóż za niezdara ze mnie. – nie przestał nawet na moment poruszać dłonią w kieszeni – Trzeba to wytrzeć. Wszystko ma lśnić na wysoki połysk.

Panna Pe chwilę patrzyła na niego, spocona, w osmolonej sukience i brudnym fartuchu, które zsuwały się z wilgotnych ramion. Mydliny wlewały się do jej znoszonych bucików na płaskim obcasie. Ze złością rzuciła szmatkę w sam środek spienionej kałuży. 

- Nie. – pokręcił głową i przycisnął szmatkę czubkiem buta do podłogi – Mówię o moich butach. To one mają lśnić.

Bardzo powoli zdjęła z siebie fartuch, który w brudnych dłoniach w ciągu kilku sekund zmienił się w szary gałganek. Znów pokręcił głową. Sięgnęła do sukienki. Nie. Podszedł do niej, rozchlapując mydliny. Wyjął dłoń z kieszeni i złapał ją z kark. Dłoń była ciepła, pachniała cygarami i przyprawą korzenną, jaką Lord zawsze dosypywał do wieczornej kawy. Dłoń przycisnęła Pannę Pe nisko do posadzki, tak by mogła dokładnie obejrzeć miękką skórkę butów, każdą plamkę sadzy, każdą drobinę popiołu. Druga dłoń poprowadziła jej biodra, by mogła uklęknąć, wysoko wypięta. Poddała się i zastygła, tak jak ją uczył, tak jak lubił ją mieć. Gdy upewnił się, że przyjęła odpowiednią pozycję, że zrozumiała nieme polecenie i nie będzie się ruszać, dłoń z karku zsunęła się. Zadarł jej sukienkę na plecy, odsłaniając białą skórę pośladków, które jeszcze nosiły ślady po pouczeniu za pomocą kija do krykieta z wierzbowego drewna, dziecięcej miniaturki, którą podwędził kilkuletniemu paniczowi. Wytarł pot z delikatnego puszku na plecach, a potem zanurzył dłoń pod bielizną. Panna Pe oparła czoło o zimną posadzkę, wciąż wpatrując się w czubki jego butów. Chwilę drażnił jej odbyt wierzchem dłoni, łaskotał pergaminowy naskórek, a potem zsunął palce niżej, sprawdzając czy jest gotowa. Była bardziej niż gotowa. Skwapliwie odrabiała lekcje z wilgotnienia i puchnięcia. Palce prześlizgnęły się po mokrej cipce, powodując kolejną falę podbiegnięcia krwią. Drugą dłoń zsunął z bioder i wsunął z przeciwnej strony, samymi knykciami głaszcząc włosy łonowe, potem odnajdując łechtaczkę, spuchniętą i twardniejącą po środku. Złączył dłonie, chowając palce, jak do modlitwy i w ten sposób drażnił ją, pozwalając by osiadała na jego dłoni, co raz głębiej, co raz mocniej. Tylko kości knykciów, żadnego palca, żadnego zanurzenia się w środku, nawet opuszkiem. Tylko upiornie powolne przesuwanie po wilgoci, która ukropem zaczęła spływać po nadgarstkach. Jej pochwa zaciskała się i otwierała, niczym na wpół otwarte usta. Łechtaczka odskakiwała puchnąc, z każdym razem gdy zsuwał z niej zaciśnięte dłonie. Panna Pe wyginała się jak kotka, próbowała zacisnąć uda, wspiąć się po niedostępnych dłoniach, otrzeć się mocniej, dotkliwiej. I już czuła, jak mięśnie w gorącym środku zaczynają się zaciskać, już miała nadzieje, że on się zlituje i uwolni dłonie, nadziewając ją na siebie jak nakłada się rękawiczkę, i na chwilę zapomniała, że to zaledwie początek gry. Owszem, dłonie zostały rozplątane, ale tylko po to by chwycić ją za włosy, zerwać majtki i wsunąć je do jej ust.

- Tak jak powiedziałem, mają lśnić. – wysyczał przez zęby przyciskając ją drżącą i bliską łez do podłogi – I nie waż się nawet na muśnięcie brudnymi łapskami.

Pannie Pe nie pozostało nic innego jak skwapliwie wziąć się do roboty. Podniosła oczy pełne łez, ukrywając uśmiech pod materiałem majtek. Kołysała nagimi pośladkami, przechwalając się siniakami, jakie zostawił wcześniej, pokazując mu, że już prawie zniknęły, chichocząc w duchu na myśl, że nie będzie umiał oprzeć się pokusie by sprawić jej nowe. Gdy dotknęła czubkiem nosa sznurówek, przesuwając majteczkami po szarym popiele, przecierając uważnie miękką skórkę, jego dłonie znów wylądowały na jej pośladkach. Usłyszała szybki świst rozporka. Reakcja Pawłowa. Za każdy razem, gdziekolwiek by się nie znaleźli, w szafie w garderobie Jaśnie Pana, w spiżarce między słoikami z truskawkowym dżemem, w piwniczce z winami, gdzie przewieszona przez beczkę z reslingiem poznawała uroki wiosennych witek, jeśli tylko rozpinał rozporek, gdy tylko słyszała ten krótki dźwięk, precyzyjny jak kropka nad i, cała wilgotniała, zaciskała się mocno, tak, że jej pochwa kurczyła do rozmiarów piąstki. I mogła myśleć tylko o jednym. O jego kutasie, o okrągłej główce wślizgującej się do środka i wypełniającej ją po brzegi. A przecież nie na tym miała się skupiać. Była kara i nagroda, była dyscyplina i nauka, tortura i doznanie ulgi, kontrola i jej utrata. Było zmienianie się na pozycjach władzy i seks, cały ten seks, który mogła w każdej chwili obrócić przeciw niemu, jak ostrze broni. Dlaczego więc, zawsze, wszystko, w pewnym momencie, sprowadzało się do jego sztywnego ptaka?

    
Kasia Pepper urwała, opuszczając na kolana kartki zapisane pochyłym pismem. W zamyśleniu przygryzła knykcie lewej dłoni. Przesunęła językiem po bliźnie między palcem serdecznym a środkowym. To była pamiątka, po tym jak wymyśliła dla pewnej dominatrix zabawną gierkę w „Pułapkę na myszkę”. Niestety, przekazanie instrukcji nie obyło się bez rozlewu krwi. Przeciągnęła się, przesuwając po ladzie, na której siedziała podczas głośnego czytania. Miała na sobie żółtą sukienkę o złotych guziczkach i zielone huntersy, którymi uderzała raz po raz o brzeg sklepowej lady.

Mężczyzna siedzący na fotelu nieopodal, poruszył się. Był starszy i otyły. Jego siwizna była śnieżnobiała. Miał gęsty wąs, gruby jak u morsa, zawinięty ku górze na wiktoriańską modę. Jego lewe oko było przesłonięte czarną przepaską, a drugie, niebieskie i wodniste, przesuwało się łakomie po wszystkich łukach, zagłębieniach i wysklepieniach ukrytych po żółtą sukienką Kasi Pepper.

- To właśnie takie miejsca jak Pana sklep, czynią Londyn ekscytującym. – Kasia Pepper zebrała kartki rozsypane na ladzie, wyrównując brzegi, poklepując pliczkiem swoje posiniaczone, nagie kolana – Nie ukrywajmy, tutaj jest wstrętnie. Brudno. W powietrzu wiruje kurz wielkości śniegowych płatków. Od stęchlizny drapie mnie w gardle. Mam pleśń we włosach. A jednak, nie opuszcza mnie dziwne przeczucie, że to właśnie tutaj kumuluje się życie, jakie wybrałam. Musiałam tutaj trafić. Instynktownie.
-  Proszę nie gadać. Proszę czytać. Dalej. – rozkazał siwy mors. Mówił z silnym, francuskim akcentem, bardzo sexy. – Czytaj dalej. 
- Nie ma dalej. – zachichotała Kasia Pepper – Nie wiem co będzie dalej. By się dowiedzieć muszę odnaleźć nowe pole walki. Potrzebuję kolejnej ciemnej sprawki, Monsieur Lempicki.

Lempicki wstał z fotela z niezadowolonym burknięciem i ruszył w kierunku lady. Siedzenie wybrzuszyło się pod nim, wypuszczając w powietrze szary obłok kurzu. 

- Płacę dwa funty za stronę. – powiedział wyciągając dłonie po rękopis.
- Dwa funty i trzydzieści pensów. – Kasia Pepper przekrzywiła głowę. Czubeczki czarnych warkoczyków wciąż błądziły pomiędzy pochyłymi literkami, jakby szukając ostatnich literówek. – Oraz parę Tokio Candy Canes. Na pewno trzyma je pan w jakimś słoju, gdzie schną i kurczą się od zeszłych świąt.

Lempicki nadął się i zaczerwienił. Poprawiając czarną opaskę, na najwyraźniej podirytowanym lewym oku, zniknął na zapleczu, skąd za chwilę wyłonił się, przysypany szarym łupieżem brudu. Mamrocząc pod nosem paryskie przekleństwa, postawił na ladzie, tuż przed gołymi, posiniaczonymi kolanami Kasi Pepper, wielki słój. Owszem w środku były cukierki. W biało czerwone paski. Waniliowo rabarbarowe. W szeleszczących, przezroczystych papierkach, zdobionych w kaligrafowane, japońskie błogosławieństwa. Lizaki były słodkimi, gładkimi imitacjami penisów. Grube u nasady, o okrągłych błyszczących główkach z małą dziurką. Kasia Pepper w mgnieniu oka wsadziła łapkę do słoja, skąd wyciągnęła całą garść cukierków, chowając je do kieszeni żółtej sukienki, na wypadek gdyby chytrus Lempicki zmienił nagle zdanie. Nie mogła jednak powstrzymać się i z jednego tokijskiego Candy Cane zerwała papierek. Wpakowała go do sobie buzi, oczywiście główką do przodu.

- Interesy z Panem do czysta przyjemność. – wysepleniła plując waniliowo rabarbarową śliną. – Przyjdę z kolejną częścią, gdy tylko dokona się ciemna sprawka.
- Tytuł. Czy ta opowieść ma jakiś tytuł? Klienci będą o to pytać. – Lempicki wytarł czarną opaskę z lepkich kropelek, jak wyciera się monokl – Jesteś niemożliwa, Mademoiselle Pepperrrrr.
- Oczywiście, że ma tytuł. Może nie mieć początku, środka ani końca, ale tytuł musi być. – obruszyła się Kasia, zeskakując z lady. Tokijskie cukiereczki grzechotały w jej kieszeniach. – Dyscyplina
Panny Pe.  

Po więcej zapraszam tu:


Brak komentarzy: