niedziela, 3 czerwca 2012

Proza której nie ma

The polish lesbian fandom CZYLI proza której nie ma

Na wstępie chciałabym podziękować mojej Polonistce - wspaniałej, wyimaginowanej korektorce oraz jedynemu głosowi rozsądku na tym podłym blogu, bez której powstanie tego tekstu nie byłoby możliwe.

To nie będzie tekst o mnie. Możecie spokojnie czytać dalej. Ani słowa o moich literackich frustracjach, lękach, ambicjach, marzeniach. Nie będzie nic o pepperowej panice, w którą regularnie wpadam. Katarzyna Frank woli pozostać w swojej szklanej wieży wypełnionej fetyszami, łodziami podwodnymi, ingliszami, szerlokami, św Kicią i piosenkami arctic monkeys. Popijając herbatkę z filiżanki, zakrywając rąbkiem sukienki dziury w rajstopach, kołyszę się w samotnej łódeczce na środku różowego morza, patrząc jak napis true romance odbija się w….. 

Polonistka; Znowu się zaczyna. W pierwszym akapicie Frank, w pierwszym akapicie! Jeśli ktoś chciał poczytać posta, to już skutecznie go zniechęciłaś. Uspokój się natychmiast! Do wieży marsz…

Ja odmawiam bycia serio. Realne zupełnie mnie nie interesuje. Realne jednak bywa szybsze niż szybkie i dopada mnie od czasu do czasu, pozostawiając w głębokim zdumieniu. Nie potrafię zrozumieć mechanizmów i zasad podług których funkcjonuje polska scena kulturowa spod znaku niehetero. A jako, że nie znam się na niczym innym niż podłe książki i kiepskie filmy, a filmów w Polsce nie kręci się nawet w mainstreamie (co jest tematem w sumie dość pokrewnym), pochylmy się nad literaturą. Polską prozą lesbijską. Literaturą nieheteronormatywną dedykowaną kobietom. Jednym słowem, prozą, której nie ma. 

Jestem laikiem amatorem, więc w żaden sposób nie będę podejmowała się próby całościowej oceny jakości zjawiska literatury niehetero w Polsce. Mogę jedynie spróbować je odnaleźć i zastanowić się czy brak reprezentacji to kwestia specyfiki środowiska czy może polskiego wstrętu do literatury uważanej za inną niż wysoka. Dziwię się niezmiernie gdy poważni ludzie, ludzie szanowani, którzy dostają za działalność intelektualną realne pieniądze, mogą na temat czegoś czego nie ma udzielać wywiadów, organizować spotkania i pisać artykuły.   

Wikipedia podaje siedmiu autorów zajmujących się literaturą LG w Polsce, w tym dwie kobiety. Dwie kobiety w pełni dedykowane i których przynależność do nurtu (którego nie ma) nie ulega wątpliwościom. Filipiak i Schilling. Gdy przeglądam co w internecie piszczy, te dwie twórczynie najczęściej wymieniane są jako oznaczone orderem / stygmatem pisarki lesbijskiej. Co z resztą? CO z literaturą niską, rozrywkową, pisaną by opisywać zjawiska lub dostarczać przyjemności? Z pojedynczymi książkami autorów nie zainteresowanych na co dzień tematyką? Zastanawiam się, szukam, przyjmując za kryterium, że musi to być proza, która za podstawowy konstrukt przyjmuje fikcję, musi być z Polski i musi być o niehetero (nawet tych w procesie lub na drugim planie). I obowiązkowo w powszechnej dystrybucji (czyli ma dostępny nakład). W skrócie;

Ardent Okoniewska Staniszewska

Polonistka; Nawet nie próbuj Frank, ty wstrętny narcyzie. To są świetne książki. Pokaż lepiej swoją. 

Jest jeszcze sfera ebookowa / prywatna / blogowa. Więc szukam działalności w sieci, aktywności paraliterackiej. Nie oceniam, tylko szukam miejsc, gdzie ktoś pisze sobie o kobietach z kobietami, bez względu na jakość. 
Kobiety Kobietom ma rozwinięty dział twórczości amatorskiej. Od czasu do czasu organizuje konkurs na amatorską twórczość. 
Ani Replika, ani Furia, ani żadne mi znane czasopismo skierowane do niehetero nie prowadzi działu twórczości amatorskiej (czy to w sieci czy to na papierze).
Blogi. Bardzo lubimy pisać „o”. O literaturze, o popkulturze, o zjawiskach, o życiu homoseksualistek, o swoim życiu. Lubimy uprawiać parakrytkę i paradziennikarstwo. Najwyraźniej twórczością własną nie jesteśmy zainteresowane, nie na tyle by udostępniać własność intelektualną publicznie i za darmo. Możliwe, że w sieci powiązań amatorskich i grup wzajemnego wsparcia (patrz portale literackie i tym podobne nieszuflady) aktywność taka istnieje, ale miejsca dedykowanego tylko niehetero pisarkom amatorkom nie ma. 
Lesbijskiego ebooka szukam i szukam i szukam…. 

Polonistka; bo się gówno znasz Frank. Ani blogów nie czytasz zbyt wiele, ani za amatorskiego ebooka byś nie zapłaciła, dwa czasopisma branżowe czytasz, trzy portale przeglądasz... (i już rwie się do delete’a, ale Katarzyna Frank w mgnieniu oka sięga po swój palcat i …) 

Biorę się więc za wywiady / artykuły / blogi tych mądrzejszy ode mnie, tych co się znają. Konstrukcja większości tekstów o literaturze LGBT w Polsce wygląda tak, że o ile jeszcze panów znajdzie się kilku do kilkunastu, w różnych konfiguracjach, z różnych środowisk i z różnymi ambicjami, tak o paniach…. Zawsze to samo. Konopnicka, Filipiak, Schilling. W kółko. Do porzygu. I to przepraszające „literatura lesbijska w Polsce dopiero raczkuje” , „jesteśmy na początku drogi” . Na boga! Nie jesteśmy na początku żadnej drogi. Nic nie raczkuje. Nie ma żadnego zjawiska do opisywania. Nie ma nic. NIC. Polska kobieta niehetero nie wytwarza żadnej kultury literackiej i najwyraźniej nie jest nią zainteresowana. 

To tak jakby istniał wielki, polski lesbijski fandom, który nie tworzy żadnego fanartu, nie ma żadnych fanficów, tylko ssanie od fandomów z zachodu, wschodu i północy. Fandom, który pławiąc się w samouwielbieniu czy walce o przetrwanie, nie ma siły / energii/ potrzeby by wytwarzać. Polska niehetryczka najwyraźniej jest tak na co dzień styrana walką, którą toczy w szarej rzeczywistości, że nie ma już siły ani ochoty tworzyć czy działać w jakiejkolwiek innej warstwie niż zmaganie się z problemami dnia codziennego. Wytwarzanie zabiera dużo energii. A my mamy przecież swoje umowy śmieciowe, związki partnerskie, wojny torebkowe i dyskusje wizerunkowe. Po co tworzyć świat fantazji? Po to by na chwilę uciec, odpocząć, sprawić komuś przyjemność? Po co? To niedojrzałe, zresztą mamy eLWołrda i jego klony. Opisywać, rejestrować, dawać świadectwo? Po co? Nikt nie robił tego przede mną, nikt inny się przecież nie wychyla, więc dlaczego ja… Zresztą i tak się nie uda. Rynek wydawniczy jest zamknięty, aktywność w sieci nie daje żadnych pieniędzy, a o chwałę i splendor w tym środowisku tak trudno… 

Okej, jak zwykle wsiadłam na niehetero i pędzę na tej łysej kobyle w stronę zachodzącego słońca, ujeżdżam energicznie ulubioną dziewczynkę do bicia. Nie ma nas w literaturze, bo nas nigdy nie było. Żadnych wzorców, żadnych autorytetów, żadnych chociażby częściowo przetartych szlaków.  Nie ma nas, bo nie ma chętnych by wyrywać się przed krwiożerczy, bezlitosny w ocenie szereg. Nie ma, bo w sumie nie ma po co. Co za przyjemność być jedynym na placu boju. Żadnej konkurencji, żadnego ścigania się, dzielenia doświadczeniem, wspólnego czy przeciwnego frontu. W byciu reprezentantką literatury lgbt (jedną z trzech?) przerażająca jest perspektywa objęcia odpowiedzialnością całego środowiska i jego postulatów, a to przecież nie wypada, żeby cię one nie interesowały. Nie wypada być niepolitycznym, aspołecznym. A nawet jeśli, tak łatwo popełnić gafę, zaszkodzić, nagadać jakiś bzdur o ustawie, którą chcesz wspierać, ale…

Polonistka; ale gówno o niej wiesz, Frank. 

Poza tym tyle jest tyle do zrobienia, tyle do wywalczenia, tyle stereotypów do uniknięcia, a ty chcesz o miłości i wspaniałym seksie pisać…    

Polonistka ; Dobra, dobra Frank, miało nie być o tobie, a poza tym złaź z nietereo kobyły, ale już…
Frank ; No to dawaj konia Polskiej Literatury Rozrywkowej. A właściwie kucyka. Właściwie to żółwia… 

Po pierwsze wyrzućmy wreszcie do kosza to pieprzone „lesbijska” na określenie wszystkiego co o kobietach nieheteronormatywnych. To, że niehetero nie ma literaturze to nie jest tylko wina tych biednych, bogu ducha winnych lezb, którym zazwyczaj się obrywa gdy dochodzi do walki o interes zbiorowy. Biseksy, kłiry i niehetero też się lenią, też nic nie robią, też wzruszaj ramionami. Nie trzeba być lesbijką by pisać o lesbijkach, można być lesbijką i pisać o płynności granic seksualnych doświadczeń. Żeby pisać trzeba chcieć. Nie bać się, nie narzekać na brak możliwości, ale robić. Robić, być sobą i szczerze wkładać w to całe serce. Pal licho interpunkcję i składnię. Pal licho czy za pieniądze czy za darmo. Czy dla lezb czy o biseksach. 

Po drugie brak obecności / reprezentacji nie jest kwestią tylko tej przerażającej branży co to żywi się krwią każdego kto wyrwie trochę bardziej do przodu. Polska Literatura (literatura w ogóle, ta ze słowników, podręczników i Tygodnika Kulturalnego) ma wielki kompleks (jeden kompleks by rządzić nimi wszystkimi). Kompleks podziału na niskie i wysokie. Wysokie cacy, niskie ble. A jak nie jest cacy to w ogóle nie opłaca się tego robić. Jeśli książka to musi to być wiekopomne dzieło, które wstrząśnie całą UE, opisujące kompleksowość zdarzeń, wiekopomną historię narodu polskiego i jego niepowtarzalnych idei, które stanowią ewenement na scenie europejskiej. Jeśli język, to wysoki, poprawny, czysty. Jeśli autor to po studiach wyższych. Jeśli bohater, to inteligentny typ rakieta, zmagający się z brutalnością świata. Nic innego nie jest ważne. W Polsce nie pisze się książek, które są fajne (pomijamy wąskie dziedziny specjalistyczne, sifi, fantasy, crime, one rządzą się własnymi, pozamainstreamowymi prawami). W Polsce nie powstają książki, które są niepoważne. W polskich książkach zawsze ktoś umiera albo może umrzeć albo jest ekonomicznie wykluczony. W Polsce trzeba polityki lub mocnego osadzenia w realiach społecznych. W Polsce albo Houellebecq albo giń! Tak więc brak literatury kobiet niehetero jest także brakiem literatury rozrywkowej jako takiej, że już o rozrywce erotycznej czy rozrywce skierowanej do kobiet nie wspomnę, ale to już można rozpatrywać w kategoriach globalnych. O sytuacji literackiej pornografii w Polsce, o konstrukcji polskiego języka erotycznego (którego nie ma jeszcze bardziej niż tych biednych lesbijek) …. nawet nie będę zaczynać. Inaczej ten post nigdy się nie skończy.

A mi się marzą cienkie książki w kolorowych okładkach, na tanim papierze, obok stojaków z harlekinami. Ebooki za grosze, opłacalne, bo masowo nabywane. Marzy mi się rozsadzanie heteromatriksa za pomocą przyjemności, kolorów, za pomocą orgazmów i fantastycznego seksu, za pomocą dobrego życia (nie za pomocą hifonarkoalkolezbodramy). Marzy mi się cały zastęp queerowych, międzygenderowych twórców, cała armia frików o własnych aktywnościach, gdzie literatura jest tą najpopularniejszą bo najprostszą do przekształcenia i wykształcenia, dobrym punktem wyjściowym dla świeżych idei. Literatura jest najłatwiejszą ze sztuk. Nic cię nie ogranicza. Materiały, finanse, czas, przestrzeń. Tylko twoja własna wyobraźnia. I każdy z nas coś potrafi. Mi się marzy, że dzielimy się nie na buczki i femki, na biseksy i lezby, na pasywki i aktywki, ale na pisarki i na czytające, na malarki i na oglądające, na te które grają na grzebieniu i na te …

Polonistka; … które rzeźbią w gównie. A teraz Frank wyznaj dlaczego Kasia Pepper nie jest już tekstem lesbijskim. Jak to się stało, że nagle odechciało ci się branżowej twórczości. No, cwaniaczku! 

Jedyne co Frank może wyznać, to że nic nie wie. Im więcej się stara i próbuje, tym mniej wie. A chciałabym wiedzieć. Chciałabym poznać odpowiedź na pytanie, czego chce polska czytelniczka nieheteronormatywna? Jakiej bohaterki? Jakiej pisarki? Czy chce rozrywki czy świadectwa? O jakich wzorcach marzy, co chce po sobie pozostawić? Co sprawia jej przyjemność? I jak wiele jest w stanie wybaczyć by otrzymać cokolwiek? Czy i ile jesteście w stanie za literaturę zapłacić?

Bo to nie wydawcy decydują o przyszłości literatury niehetero w Polsce. Nie ten wyimaginowany potwór zwany heteromatriksem. Ale ta pierwsza i druga odważna, te dziewczyny, które będą miały na tyle odwagi by pakować się oknem, gdy wyrzucają drzwiami. Te laski, które zamienią pisarską samotność na rzecz doświadczenia zbiorowego i zapracują sobie na wsparcie. A potem zadecydujemy my wszystkie, jeśli będziemy chciały bez szemrania i z wdzięcznością, tym dziewczynom zapłacić. Walka toczy się nie o wysokie czy niskie. Dobre czy złe. Walka toczy się o cokolwiek. O jakąkolwiek reprezentację. 

24 komentarze:

KaRrla pisze...

Zapłacę na prawdę dużo jeżeli kiedyś coś w końcu wydasz. I masz rację, że pisać się po prostu nie chce bo to wymaga tyle energii , że głowa mnie boli.

lipshit pisze...

Pisanie samo w sobie jest bardzo przyjemne. Kreatywny proces, który wykorzystuje wyobraźnię - nic przyjemniejszego. To wszystko dookoła pisania, procesy poboczne - to pożera energię.
Dlatego do pisania z całego robaczywego serca gorąco zachęcam.

it's getting dark. pisze...

Nie wiem co powinnam napisać. Za dużo problemów i pytań jest do poruszenia. Lawina! Więc nie krzycz na mnie jak o coś się potknę i chaotycznie namieszam. Ważne, żeby w ogóle zacząć tą dyskusję.
Głównie interesuje mnie jednak PERSPEKTYWA samego pisania i reprezentacji. Nigdy nie będzie możliwym reprezentować całe środowisko. Dla przykładu ani Filipiak, ani Schilling mnie osobiście nie reprezentują, poza tym po prostu nie lubię tej prozy, nie trafia do mnie.
Ja mogę, w swoim aroganckim, ale uczciwym solipsyzmie, reprezentować jedynie zawartość własnej głowy i w ten sposób dać świadectwo, podzielić się własnym doświadczeniem, cokolwiek.
Każde takie jednostkowe doświadczenie powinno być brane pod uwagę i dopiero wtedy można mówić o reprezentacji całości.
Kiedyś marzyłam o powieści, która powstaje tak, że każda z nas dopisuje fragment do rozpoczętego opowiadania, cokolwiek, co akurat podpowie jej wyobraźnia, a na końcu ktoś składa to w jednolitą stylistycznie całość.
I w jednej książce jest głos wszystkich. Ale ten głos najpierw trzeba z siebie wydobyć.

it's getting dark. pisze...

aaa, zapomniałam! bardzo ważna sprawa: brak poszanowania dla wzajemnych różnic!!!! obserwuję to zarówno w środowiskach feministycznych jak i branżowych. różnice są dobre, a nie złe i można się z nich wiele nauczyć, zamiast naginać drugą osobę do swoich norm.
znowu dla przykładu wrócę do Filipiak i Schilling, które nie mówią moim głosem, nie utożsamiam się z ich literaturą, ale nie odmawiam im prawa bycia, ich perspektywy, ich spojrzenia i ich doświadczenia, bo może jest to bardzo potrzebne komuś innemu!

lipshit pisze...

Poruszaj. Pytaj. Chcę lawiny. I ja nigdy nie krzyczę. Łatwo się irytuję i wyrzucam z siebie okrzyki, ale nie krzyczę. Zazwyczaj wyzłośliwiam się na zimno.

Zgadzam się jak najbardziej. Takim zbiorczym głosem mogłaby być suma doświadczeń, w tym przypadku mówimy o doświadczeniach literackich. Wszystkie nasze (niehetero) książki złożyłby się na jedną, wspólną Książkę. Potrzeba wielogłosu i nawet słabszy głos jest istotny.

Z drugiej strony przy braku reprezentacji, reprezentujesz chcąc nie chcąc. I jesteś reprezentowana.

lipshit pisze...

Myślę, że wspomniany brak poszanowania dla różnic, może być spowodowany brakiem wyboru spośród reprezentacji kulturowej. Mamy tylko jedną, maleńką piaskownicę. Jak mamy się w niej wszystkie pomieścić?

it's getting dark. pisze...

"Łatwo się irytuję i wyrzucam z siebie okrzyki, ale nie krzyczę. Zazwyczaj wyzłośliwiam się na zimno." (priceless piece of information. zapamiętam to sobie.)

Tylko co z tego wszystkiego wyniknie? Znowu nic. Tak samo jak w życiu, kilka osób (mam na myśli te piszące) się wychyli, reszta zostanie grzecznie na ukrytym owczym pastwisku, hodując trawę do przeżuwania we własnej szafie w postaci zagranicznych mediów i innych pierdół, żywiąc się tym jak zapasami z bunkra w czasie kryzysu, becząc żałośnie, że U NAS wiecznie czegoś brakuje. Jak brakuje, to kurwa DO IT YOURSELF!!! FOR YOURSELF AND MAYBE FOR ME TOO!! (to gniew w dobre imię wspólnej sprawy, trzeba trochę sprowokować święte oburzenie).

DZIAŁAĆ! Do roboty! Ręce za pióra, farby, gitary i inne przybory, który pomogą wykrzesać z każdego trochę sztuki! Choćby lokalnie i w obrębie własnego podwórka..
Jeśli nie stworzymy własnej historii, zostanie przekłamana przez kogoś innego.

lipshit pisze...

Nic dodać, nic ująć.

inesligatur pisze...

a zdaje się ciągle że jest więcej osób, które chcą pisać niż czytających. i chyba do internetu to akurat dużo dziewczęta piszą. dużo nie znaczy dobrze ale przecież nie o ocenianie tutaj chodzi. kobiety-kobietom to nie jedyny portal, który zbiera opowiadania. mi się kojarzy np jeszcze taki stary portal yuri.pl na którym było swego czasu bardzo dużo tekstu i praktycznie każda użytkowniczka coś tam pisała. pamiętam też fanzina nansze, nie wiem czy nadal dziewczyny go sprzedają ale tez było tam dużo tekstów. i jestem pewna że to na co się przypadkiem natknelam to wierzchołek góry lodowej. to że pisarstwa nie widać z wierzchu, że to wszystko jest rozproszone i kierowane do małych grup odbiorców, jest chyba opisem każdej dziedziny i wszystkiego co robimy. a z drugiej strony rzeczywiście wiele brakuje. chciałam tylko zaznaczyć że nie żyjemy na kompletnej pustyni.

lipshit pisze...

Fantastycznie. Z chęcią dowiem się o przestrzeniach, których nie znam, a które są dość hermetyczne (czyli wspomniane przez Ciebie fandomy i scena fanfic'owa, do której jak wiadomo nie pałam zbytnią miłością). To nie jest post oceniający, raczej post badawczy. I na takie komentarze liczyłam; "gówno wiesz Franciszek, spójrz tutaj...".

inesligatur pisze...

co ciekawe, czym byłam kiedyś dosyć zaskoczona, wokół fandomów czy jak tam to nazwać, gromadzą się w dużej mierze ludzie, którzy z tematyka nie mają praktycznie nic wspólnego. według mnie chodzi przede wszystkim o pretekst. chyba wiele lesbijek czuje że seksualność sama w sobie jest stanem faktycznym, który nie prowokuje do rozmowy czy wspólnoty z innymi tylko ze względu na to że maja takie same preferencje. co innego poznawanie ludzi pod pretekstem wymiany opinii na temat np. lesbijskich japońskich komiksów. co wychodzi później bardzo ładnie w działach opowiadań, które z fandomem raczej nie mają nic wspólnego.

może pora na platformę, która zbierałaby wszystkie takie miejsca i pokazała nam ile tego naprawdę jest.

lipshit pisze...

Jest w sumie O'Less, ale wyklucza zjawiska o których mowa w Twoim komentarzu.

Na platformę pora w sam raz! Kryteria są proste, tylko chętnych do roboty brak.

inesligatur pisze...

chętnych brak do czasu aż ktosia czy ktos wymysli jak na tym zarobic a wtedy do rzucania gromów chętni się znajdą. bo przeciez my jestesmy jedna wielka dzielącą się skarpetkami rodziną, a na rodzinie zarabiać jak wiadomo nie wypada.

lipshit pisze...

Ja z chęcią oddam swoje pieniądze na szczytny cel niehetero pisarsko kobiecy. Na męski w sumie też. To się nazywa redystrybucja dóbr.

Gromy to taka dobra wymówka. Nikt nic nie zrobi bo i tak będą krytykować. Nikt się nie wychyli bo i tak oberwie po głowie. Oh come on, bez odrobiny złośliwości nie ma dobrej zabawy.

inesligatur pisze...

no wiem.. ale musiałam w końcu na coś ponarzekać, bo jak to tak? sama się uśmiechnęłam jak to napisałam. a poza tym kompletnie nie moge uwierzyć i zrozumieć tego że coś tak abstrakcyjnego jak strona internetowa moze dać realne pieniądze. jestem gorsza niz niewierny tomasz bo nawet jak zobacze to i tak nie uwierze bo nie zrozumiem. trzeba by sie tego jakoś nauczyć.

notabene bardzo bawi mnie że po każdym komentarzu czytam: Udowodnij, że nie jesteś automatem

lipshit pisze...

Tego się nie można nauczyć. Trzeba być z tego pokolenia co wiarę w zarabianie na social media ma we krwi. Ja jestem już na to za stara.

Bo to automat prosi Cię żebyś udowodniła. Automaty są z natury nieufne. Szczególnie wobec innych automatów.

inesligatur pisze...

automat automatowi wilkiem. i zrobiliśmy to na swój obraz i podobieństwo.

bo na paradzie mili chrześcijanie rozdawali biblię.

a notabene była to biblia dla leniwych z zagadnieniami jak z googla np. czujesz sie samotny - s.xyz, przezywasz kryzys wiary? - s.klm bardzo mnie to rozbawiło.

Jenny Schecter pisze...

"Nie potrafię zrozumieć mechanizmów i zasad podług których funkcjonuje polska scena kulturowa spod znaku niehetero"

Och, ja też. Jak dobrze, że nie jestem jedyna.

"Co za przyjemność być jedynym na placu boju."

Oj tam, oj tam. Jakoś Twój blogasek jest jeden i jakoś sobie radzisz.


"Polska niehetryczka najwyraźniej jest tak na co dzień styrana walką, którą toczy w szarej rzeczywistości, że nie ma już siły ani ochoty tworzyć czy działać w jakiejkolwiek innej warstwie niż zmaganie się z problemami dnia codziennego."

Coś w tym jest. Trollowanie na forum Frondy jest strasznie męczące. Żart, oczywiście, ale jak patrzę na te nieciekawą w kwestii niehetero/kłir/nazwijtojakchcesz rzeczywistość to odechciewa mi się wszystkiego. Nie, żeby rzeczywistość sama w sobie była jakoś specjalnie ciekawa, ale wydaje mi się, że ta "nasza" jest podwójnie ch*jowa (nie znalazłam lepszego słowa).


"Czy chce rozrywki czy świadectwa?"

Czegokolwiek nadającego się do czytania?

Na bardziej konstruktywną wypowiedź przyjdzie czas później, znów się przyłapałam na czytaniu Twojego blogaska o 3 w nocy. No, żesz...

lipshit pisze...

["Co za przyjemność być jedynym na placu boju."

Oj tam, oj tam. Jakoś Twój blogasek jest jeden i jakoś sobie radzisz.]

Bo ja nie robię lipshita dla przyjemności, ale by zbawiać wasze dziewczęce dusze!



Czytanie o tak późnej/wczesnej porze nocy/dnia jest zajęciem chlubnym. Myślę, że należy się nim chwalić. Na pewno jest to zajęcie szczytniejsze niż to na czym ja traciłam czas dzisiejszej nocy/poranka...

Zawartość h**jowości w h**jowym zwiększa się wprost proporcjonalnie w stosunku do poziomu wyimaginowanych problemów.

(tak, jestem z tego pokolenia, które wierzy w kazus użyteczności społecznej w przypadku normy gramatycznej > czyli h*j jest bardziej ekonomiczny i wolę używać h*ja).

W tym, pisarskim przypadku naprawdę nie potrzeba się martwić zasadami, procesami i mechanizmami. Trzeba tylko robić to co się lubi i wkładać w to serce, a ludzie przyjdą. To jest takie proste.


Cóż, to "cokolwiek" musi nam wystarczyć. Ostatnio brnęłam przez dział opowiadań na kk, myśląc, że może znajdę coś niespodziewanego, miłego, zaskakującego. Oczy mnie tylko rozbolały. Dlatego w moich literackich poszukiwaniach, trochę to "cokolwiek" zaczyna mnie przerażać i przerastać.


Bardzo liczę na to, że wrzucisz na ten temat jeszcze słowo lub dwa. Szalenie interesuje mnie odbiorcza perspektywa, bo mi się już wszystko pozacierało i tracę obiektywny dystans.

Jenny Schecter pisze...

Nie wiem czy to przeznaczenie, jakiś znak czy co, ale... Słucham sobie jak co weekend mojej ukochanej Kontrkultury w "Czwórce", jak zwykle średnio przytomna (12 to przecież ranek, zwłaszcza jak się czyta do 4 rano Lipshita) i wtem... Gościem sobotniej audycji była Edyta Niewińska, autorka "Kosowa". Jak przez mgłę usłyszałam (jeśli w ogóle można słyszeć jak przez mgłę) dwa słowa: związki homoseksualne. "Książka porusza trudne tematy" - co za bryndza, jakby nie mogli normalnie powiedzieć, że główna bohaterka sypia z dziewuchą, ach.

Na necie info bardzo mało, tak więc chyba trzeba dla przyzwoitości kupić i przeczytać. A potem oczywiście zjechać (;



Odbiorcza perspektywa, odbiorcza perspektywa. Oj, to nie jest takie proste. Pisząc 'cokolwiek' dodałam jeszcze 'nadającego się do czytania'. Co w moim rozumieniu nie znaczy byle jaki syf językowy, oj nie. Marzy mi się coś lekkiego, co szybko się czyta, coś co pasuje do leniwego śniadania. Coś w stylu tych brytyjskich książeczek, których wysyp nastąpił po sukcesie "Bridget Jones", tani papier, miękka okładka, wydawnictwo Zysk i S-ka. Ale, ale taniocha, nie taniocha (o ile książkę za 3 dychy można nazwać tanią książką) to musi być dobrze i zgrabnie napisane. Najlepiej coś dowcipnego, ale jednocześnie depresyjnego, ale tak potrafi chyba tylko Marian Keys.
To by było tyle jeśli chodzi o czystą rozrywkę.

Na drugim biegunie mojego chciejstwa jest coś ambitniejszego (pretensjonalne słowo, ale o 2 w nocy trudno o elokwencję). Marzy mi się jakaś pełna fetyszy, książka gatunkowa. Nie wiem, może kryminał? Nigdy nie lubiłam kryminałów-książek, ale chciałabym coś w stylistyce noir - jeśli nior to przecież nie romans a la Jane Austen.

To by było na tyle mojego koncertu życzeń.

Jenny Schecter pisze...

O i jeszcze jedna rzecz mi się przypomniała. Pieprzyć świadectwo! Żądam rozrywki. Świadectwa są ważne, ale i ile można się umartwiać. Umartwiamy się jako Polacy i umartwiamy się jako niehetero. O i jeszcze umartwiamy się jako Polacy-niehetero-kobiety. Dosyć smętów jak to jest hu*owo (też wolę przez samo h, o ile dobrze pamiętam obie formy wbrew powszechnej opinii, są poprawne) i jak życie nas ruc*a w dupsko, ojejej, wszyscy heterycy nas nienawidzą. Geje i lesby Chrystusem narodów. Oczywiście mamy przejebane, ale ale nie mam siły czytać jak to inni mają źle, jestem zbyt skupiona na sobie, żeby jeszcze się przejmować jakimiś smętnymi historiami ze smętnej Polski. Albo moja depresyjna natura się buntuje i pragnie odrobiny zapomnienia. O właśnie może to to, nie jestem niemiła, nie jestem egocentrycznym chamem, może po prostu chcę zapomnieć o swoim beznadziejnym życiu i poczytać coś pozytywnego? Mierzi mnie trochę to słowo (Jenny, która uwielbia jak powieść kończy się śmiercią i słowo POZYTYWNY). Dobra może przesadziłam z tym słowem na p, po prostu ma nie być umartwiania się.

Bosch, co za bełkot, pewnie na następny dzień będę się go wstydziła.

lipshit pisze...

Z całym szacunkiem, ale połączenie tytułu "Kosowo" z życiowymi, trudnymi tematami, takimi jak seks z kobietą... proszę, NIE. Mi się cofa. Literacko i wszelak. Związki homoseksualne, seks niehetero to nie są trudne tematy. To są tematy stare jak świat i w pełni rozrywkowe. Nie chcę już żadnych trudnych tematów. Nie chcę bohatera, który wie, że nic nie wie. Nie chcę brzydkiej, szarej okładki. Tutaj się zanosi na alkolezbodramę. Przeczytaj i daj znać. Wysyłam Cię na zwiad (nie mylić ze zwidem). Ja nie mam już siły. Nie mam siły na "kobiece wcielenie Hanka Moody'ego". Zresztą, książka ma własną stronę internetową oraz fejs fanpejdż (pusty?), z którymi się sumiennie zapoznałam, ale w dalszym ciągu, za chiny ludowe, nie wiem o czym jest ta książka. Zaryzykowałabym jakieś wstępne stwierdzenie, ale to już postawa oceniająca, a tym się brzydzę.

Marian Keyes? Jeśli mówimy o takiej babeczce z Limerick, która napisała This Charming Man, to bardzo ją lubię. Taki post-Bridżetowy klimat dobrze by zrobił polskim dziewczynom niehetero. Troszkę się z siebie pośmiać i przyznać, że wszystkie się odchudzamy i rzucamy palenie, wszystkie wymachujemy rękami i płaczemy w autobusie nocnym po wizycie w Glamie, a nasze szuflady z bielizną to istny dramat.

Połączenie romansu w stylu Jane Austen z fetyszyzującą stylistyką noir, plus podniecająca zagadka? To jest możliwe. I wkrótce się o tym przekonasz. Tylko, że to nie będzie niestety lesbijska książka. Niehetero, owszem. Ale nie lesbijska.

Z tym umartwianiem się i gardzeniem kulturą niską/rozrywkową, to jak pisałam na lipshit, natura polskiej mentalności, kształtowanej podczas literackiej edukacji. Gdyby tak przejrzeć listę lektur, z wyłączeniem literatury dedykowanej dla dzieci, nic tylko upuścić sobie krwi i przywdziać żałobę za życia. Jesteśmy uczeni, że jeśli pisać to po coś. A to "coś" nie jest związane z odczuwaniem przyjemności. Całkowicie pomijany jest imperatyw przyjemności, na rzecz wielkiej narodowej idei hujowego w hujowym . To wynika z naszej historii, z położenia geograficznego. W Polsce nie przyznaje się nagród z kategorii literatury rozrywkowej, choć zarówno Mickiewicz, jak i Żeromski lubili sobie od czasu do czasu strzelić sobie coś o wampirach. Dlatego trzeba pogodzić się z istnieniem umartwiającej się, maleńkiej miniaturki Polki, która spoczywa gdzieś na dnie żołądka. Żyjemy w wiecznym poszukiwaniu hujowego w hujowym, dlatego też odrzucam realne na rzecz nierealnego i imperatywu przyjemności. Kiedyś wreszcie machniemy ręką na hujowe w hujowym i zaczniemy pracować nad wytwarzaniem nowych kategorii. Nowego, polskiego kłiru. Tylko trzeba zacząć. Tylko trzeba zachęcić. Trzeba zacząć od siebie.

I dziękuję Ci za komentarze i za Twoje słowa. Ja się ich nie wstydzę, dobrze, że są na moim blogu. Ja najchętniej wytłuszczyłabym je i wrzuciłabym na lipshit front page. Tuż pod znakiem "Tutaj tylko rozrywka. Żadnego badania zawartości hujowego w hujowym".

Jenny Schecter pisze...

Ach, żeby nie było nigdy nie wiązałam z tą książeczką jakiś większych nadziei. Po prostu na wpół śpiąca słuchając radia usłyszałam "związki homoseksualne", a potem moja ukochana egzaltowana prowadząca zaczęła się rozpływać nad rzekomymi momentami i okej to zrobiło na mnie wrażenie. Ale to chyba bardziej ta godzina. (Ach, i jeszcze autorka zaczęła coś tam mówić, że w nigdy nie wyjdzie za mąż, bla bla szczerze mówiąc bardziej podjaralam się taką sama deklaracją mojej pani z radia, ale co tam). A może jeszcze jestem w tym wieku, że jeszcze słówko homoseksualny, lesbijka etc w mainstreamie robi na mnie wrażenie? Teraz jak to przeanalizuję na trzeźwo to faktycznie okładka smętna, tytuł jako metafora zjebanego życia tani, a sama książka jest o aborcji. Tyle, że może główna bohaterka zalicza swoja koleżankę i może potraktowane jest to w miarę normalnie. Dowiem się jak przeczytam. Ale szczerze mówiąc chwilowo wolę wydać tę kasę na piwo.

Co do książki lesbijskiej to, hola, hola nigdy nie mówiłam, że jestem czarno-biała i interesują mnie tylko zero-jedynkowe historyjki. Zdecydowanie nie. Dlatego tak dobrze czuję się na twoim blogasku. Zresztą pieprzyć etykietki. Jedynie niehetero jestem w stanie przełknąć.

Tak, tak to ta sama Marian Keys. Choć osobiście wolę jej sagę o siostrach Walsh. Niby depresje, niby paskudny Dublin, niby hujoza i syf, ale wszystko spina poczucie humoru i dystans. Niestety nie znalazłam jeszcze czegoś takiego w pl literaturze, a przecież to są tylko gówniane książeczki o brr miłości. No, ale do tego trzeba się chyba urodzić Brytyjczykiem, albo jeszcze lepiej Irlandczykiem.

Ach i to ja dziękuję za blogaska. Ależ się zrobiło słodko.

lipshit pisze...

Teraz gdy się zastanawiam, to trochę hipokrytką zagrałam. Mam paranoję, że jak ktoś wrzuca w takie dziełko jak wyżej wymienione wątek niehetero to tylko dlatego, że ten seks odkobiecy jest dyżurną "attention whore", że robi to tylko po to żeby przyciągnąć publiczność, żeby doprawić "ekstrawagancją". Zrobiłam to czego tak bardzo nie lubię. Oceniłam po okładce. Postaram się przeczytać. Zainwestuję, a jak nie będzie mi się podobało, przekażę dalej. I trzymam kciuki żeby było extra. Bo ja tęsknię za polskim extra. Przyswajam tyle brytyjskiego extra, że zaczynam wierzyć jestem selfmade halfBrit.

Pisałyśmy o lesbijskiej rozrywce. Post pod którym komentujemy jest o rozrywce odkobiecej. Moja książka niehetero nie musi mieć jako głównej postaci kobiety. I może w niej nie występować seks lesbijski. Ja tylko lojalnie uprzedzam na każdym kroku, że nie jestem "pisarką" lesbijską. Jestem niehetero niepisarką. O to własnie swojego czasu pożarłam się z Wydawcą. Że niby zwodzę i manipuluję odbiorcą, dostarczając zupełnie inny produkt końcowy niż odbiorca zakłada. Że Wydawca chce prozy lesbijskiej a to co mu daje lesbijskie nie jest. Najlepiej jest niczego nie zakładać, ale to niestety nieuniknione.

Słodko jest dobrze. Grzecznie i uprzejmie jest dobrze. Poświęcasz czas by napisać coś moim blogiem. Dlaczego nie miałybyśmy sobie podziękować i docenić tego?