czwartek, 21 czerwca 2012

Podpalić wszystkie majtki w wiosce



Szwendać się koło stajni, zebrać zgraję psów o najbardziej zszarganej reputacji w mieście, na jej czele maszerować przez dzielnicę slumsów i staczać boje z innymi podejrzanymi psiskami – oto, jak Montmorency wyobraża sobie życie.
(Jerome K. Jerome)

Dominantą życia Katarzyny Franciszek jest imperatyw przyjemności. Proces pisania jest bardzo przyjemny. Każdy proces kreatywny zawiera w sobie pierwiastek sensualnej przyjemności. Gorzej z całym gównem, które zaczyna się gdy proces pisania się kończy. To wszystko obok pisania jest tak naprawdę czasochłonne, frustrujące i upierdliwe. Nie trudno jest napisać książkę. Trudno jest wziąć za jej treść odpowiedzialność. Nie potrzeba odwagi by ją napisać. Odwaga jest potrzebna by ją wydać.

Od jakiegoś czasu staram się by prywatnej Franciszki było na lipshit blogu jak najmniej. Skończyłam z opowieściami o podbojach, ryzykownych seksualnie zachowaniach i markowych alkoholach. Trudno jest mi zdecydować czy odpowiedź na pytanie Co z tą Książką? jest jeszcze prywatnym czy już publicznym, jakkolwiek by to moje publiczne skromne nie było. Bo moje publiczne jest skromne. Kilkanaście osób towarzyszy mi w sześcioletniej przygodzie z lipshit blogiem. Ani ze mnie żaden internetowy fenomen ani wybitny talent pisarski. Moje siły by zmagać się z tą WhySoSerious internetową sferą aferą wyczerpują się. Zostało mi tylko troszkę odwagi. Odwagi wystarczająco na jeszcze jeden wybryk. Na tyle odwagi by założyć coś, przyjąć szalony plan własnego projektu i realizować go. Choćby miało to trwać sto sześćdziesiąt dziewięć lat. Choćby szaleństwo tego planu od początku skazywało go na porażkę. W końcu jedyne czego zawsze chciałam, to zostać Panną od Przyjemności. I podpalić wszystkie majtki w wiosce.

Paperback pulp fiction. Wątpię, żeby ktokolwiek kto zagląda od czasu do czasu na lipshit bloga nie znał tych pojęć. Na poziomie pulpy, na granicy niskiej, przyjemnej literatury kończą się moje ambicje. Seria o Kasi Pepper „ Dyscyplina Panna Pe”  to soft pornograficzne opowiastki (rzadko która z nich przekracza 150 stron). W moich fantazjach to książeczki obdarzone kolorowymi ilustracjami, sugerującymi treść równie wilgotną co spływającą przyjemnościami. Kiepski papier, miękka okładka,  produkt plasujący się między harlekinami a wydaniami kieszonkowo podróżnymi. Ekonomicznie, w cenie dobrej kawy czy ekskluzywnego ciastka. Kolejna część perwersyjnej Pepperówny ukazuje się czasem raz na miesiąc, czasem raz na dwa. Plus odcinki specjalne, na Boże Narodzenie, na Dzień Nauczyciela, na urodziny Fantastycznej Franciszki. Niefrasobliwa przyjemność, pozbawiona jakichkolwiek rozważań natury moralnej, projektowana z myślą o dziewczętach w przeróżnych kształtach i rozmiarach. Z bohaterami, o których wieku, wadze i wykształceniu nigdy się nie wspomina. Z brakiem poszanowania dla złotej zasady jedności czasu i miejsca, z brakiem szacunku dla zasad ciągłości czasoprzestrzeni. Z perwersjami, które nigdy nie podlegają ocenie, prócz praktycznych użyteczności z punktu widzenia przyjemności. Z płciami, orientacjami, tożsamościami seksualnymi, o których nie mówi się nic poza tym, że wszyscy (wszyscy!!!) są niehetero. Z akcją, która toczy się w Londynie, który ma tyle wspólnego z prawdziwym Londynem, co Lądek Zdrój czy Londonistan. Z ulicami, których nie ma, z kamienicami, które nigdy nie zostały zburzone, z Instytucjami, które dawno utraciły użyteczność lub zostały przeniesione. Z kiczowatą scenerią vintage, z wystrojem wnętrz w stylu swingies sixties Pewex Emilka, ze strojami retro, które istnieją naprawdę, choć nigdy nie będzie nas stać by je kupić (ale można je sobie obejrzeć w internecie, a wykroje ściągnąć w postaci pdf’u, choćby tylko po to by o ten pdf ocierać się gdy nikt nie patrzy). Z prawdą o płynności seksualnej i zmienności seksualnych pozycji władzy, z całym spektrum fetyszy, z całym festiwalem uprzedmiotawiania. Wszystko przemycone pomiędzy halkami, szpilkami i ciasteczkami. W przesadzonym języku, który ma opisywać na tyle precyzyjnie, żebyś widziała i nie potrzebowała się domyślać. Z tajemnicami, których rozwiązania nigdy nie zostaną podane wprost. Wszystko czarno różowe, pełne przekleństw w kilku językach, bez żadnej klasy, w stylu, który dawno umarł. Wszystko przebrzmiałe, przesadne, pretensjonalne. I na tyle aktualne jak aktualna jest dla Ciebie sztuka zmysłowych przyjemności.

Tylko kto Ci to wyda Franciszek, ty pretensjonalny, pompatyczny dupku?

Otóż, ja sama sobie to wydam. O!
Jakby to powiedziała żona moja Kasia Pepper, Och, pierdol system, zrób to sama.

Co więcej, pomysł by zrobić to samodzielne, bez bilansu zysków i strat, tylko po to by TO zrobić, by dostarczyć Książkę, którą straszę na lipshit blogu od tylu lat… ten pomysł okazał się wyzwalający. Teraz biedzę się i zastanawiam, po cholerę był ten wydawca ze swoim ciężkim oddechem i czerwonymi pazurami? Po co było się dobijać i dopraszać, po co było drżeć przed utratą kontroli? Nie zrozumcie mnie źle. Jestem wdzięczna swojemu wydawcy. Zainwestował we mnie wiele czasu (naprawdę wiele czasu), wiele wiary i dobrych chęci. Bez jego widmowego wsparcia, prawdopodobnie pomysł że mogę pisać, że powinnam pisać, że chcę pisać, umarłby śmiercią gwałtowną i krwawą, rozszarpany przez wszystkożerne wątpliwości i nienasyconą paranoję. Wydawca był obietnicą asekurowanego przejścia ze sfery grafomańskiej amatorszczyzny w sferę profesjonalizmu. Pozbawiając się wydawcy pozbawiam się szans na korektę i redakcję. Pozbawiam się możliwości uczenia się od innych, przyswajania nowych umiejętności, nabywania wiedzy. Decydując się na samodzielne zajęcie się pieprzoną Kasią Pepper, skazuję się na bycie pretensjonalnym, pompatycznym dupkiem, który z błogą miną tapla się w jeziorku własnego grafomaństwa. Mogę się diagnozować, że nie dorosłam (ja odmawiam dorastania), że jestem niepoważna (ja odmawiam bycia serio), że zabrakło mi prawdziwego talentu (wiadomo, tak niezbędnego do pisania podłej, brukowej literatury). W rzeczywistości wybór miedzy samowydaniem (selfpublishingiem) a wydaniem klasycznym, papierowym, to głównie kwestia prestiżu. Wybór pomiędzy czekaniem na wydawniczą okazję życia oraz ciężką pracą, a pomiędzy tu i teraz zaraz oraz ciężką pracą. Nie obrażam się na protekcjonalne odpowiedzi z wydawnictw, które między jedną szpilą a drugą, wyśmiewają ideę rozrywkowej literatury erotycznej projektowanej z myślą o kobietach. Mają rację. Wiele mi brakuje do bycia Prawdziwym Pisarzem. Ale mogę za to być Sobą. Katarzyną Frank. I zrobić coś. Cokolwiek. Choćby dla pięciu osób. Na tym polega Cokolwiek, którego sama tak wypatruję. Mogę spróbować przetrzeć szlak. Muszę chociaż spróbować, zamiast pokornie czekać aż zmądrzeję, dorosnę i nabiorę minimalistycznej ogłady. Zamiast czekać na cud.

To jest cholernie bolesne. Rezygnacja z dziecięcych marzeń na rzecz bycia sobą.  Ten moment w którym zdajesz sobie sprawę, że nie tyle nie otrzymasz żadnej nagrody,  co nagroda NIGDY NIE ISTNIAŁA. Jesteśmy skazani na siebie i czasem o siebie trzeba zawalczyć. Istnieje tylko ciężka praca, napędzana wiarą w sens tego co robisz. A raczej bezsens. 

Podsumowując. Papierowe Peppery jeszcze w wydawniczym obiegu, jednakże myśląc, kombinując, reagując, doszłam do wniosku, że wezmę Kasię Pepper we własne ręce. Wezmę ją na wesoło i na lekko, bez oczekiwań i tłumaczenia się przed samą sobą. Dyscyplina Panny Pe, w sumie cztery części, ukaże się w formie ebook’wej, na razie skromnie w pdf’ie. Miałam jedynie problem z ustaleniem ceny. Nie ma możliwości ustawienia ceny, tak byście same mogły decydować po przeczytaniu ile i czy chcecie zapłacić. Cały zysk mam zamiar zainwestować w pepperowy projekt, czyli np. w profesjonalną okładkę. Okładka do Zmyślnych Dziewcząt powstała  w paint’cie. A co! Wszyscy wiedzą, że Katarzyna Frank jest atechniczna, Asystenta się jeszcze nie dorobiłam, a paint jest jedynym programem do obróbki grafiki, który śmiga na moim laptopie z windowsem 1998. Ale to mnie nie powstrzymało. Nic mnie nie powstrzyma.

Jaki pożytek z całej historii będzie miała Katarzyna Franciszek prócz radości mentalnej masturbacji? Przewietrzę szuflady, zmotywuję się by wysłać Kasię Pepper tam gdzie jeszcze żadnej polskiej nieheteryczki nie było. Z każdego sprzedanego egzemplarza Ciemnych Sprawek Kasi Pepper, obiecuję sumiennie odłożyć trzydzieści groszy na pierwsze, własne, prawdziwe podróbki louboutin’es. Myślę, że w czasie nie dłuższym niż miesiąc, rozpoczynamy Kasią Pepper i Zmyślnymi Dziewczętami, w oryginalnej wersji, która różni się od lipshitowej (zdjętej z bloga) postacią Julii Julian, która na samym początku, przypadającym gdzieś na koniec 2011, powstała jako Barnaba Smith. Za jakiś czas jedziemy z Garderobą Profesora Sparka, większą objętościowo i z Kasią Pepper zaznaczoną jedynie na marginesie, dedykowaną tym, którzy nie trawią Pepperówny.

Ostatni dzień kalendarzowej wiosny. Obiecałam sobie, że pogrzebię Kasię Pepper do końca tej wiosny. Niestety, Pepperówna, zamiast leżeć sześć stóp pod ziemią, w wyściełanej marzeniami trumnie, złośliwie i nieprzewidywalnie, wydostała się na wolność.

A teraz oddalam się, posiedzieć sobie w wannie i poczytać notatki z zeszłego roku, w których na przykład jest zapisane...

Ta książka ma powstać bez jakiegokolwiek poszanowania dla świata jaki dobrze znamy. Bez poszanowania  zasad gramatyki, grawitacji oraz geografii.  Ta książka ma powstać z buntu wobec każdej mieszczańskiej zasady dobrego wychowania i z szacunkiem dla dobrych manier. 

13 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Uwielbiam to, że nic Cię nie powstrzyma :) A Paint rządzi, myślisz, że w czym robię wszystkie szablony ;)

lipshit pisze...

Zobaczymy tylko czy platforma selfpublishingowa nie odrzuci mojej radosnej, paint'owej twórczości. Ja już wszędzie wietrzę możliwość spieprzenia. Pfffff....

Jenny Schecter pisze...

Ach, gdybym tylko wiedziała, że masz kłopot z okładką!

Ja chcę książkę, JUŻ TERAZ. A potem na jej podstawię nakręcę film, o.

lipshit pisze...

Z okładką nic straconego. Selfpublishing ma to do siebie, że w każdej chwili możesz edytować takie szczegóły jak okładka, cena itp. Więc jeśli masz ochotę zabawić się ze Zmyślnymi Dziewczętami pisz na lipshit@gmail.com


To niestety wpół do książki. Na razie tylko pdf. A film możemy zrobić. Animowany! Zawsze chciałam animowaną Pepper.

Renate pisze...

Proszę... - zrób TO już, teraz...

Renate pisze...

Proszę... - zrób TO już, teraz...
pdf jest ok:)

lipshit pisze...

Zrobiłam. TO. Teraz wisi na platformie i czeka na akcept. Jeszcze tylko kilka dni (roboczych).

Jenny Schecter pisze...

A żebyś wiedziała, że mam ochotę i to wielką. Już samo wyrażenie zmyślne dziewczęta kręci mnie niesamowicie, ale o tym chyba już kiedyś pisałam

Jeśli chodzi o film animowany to teoretycznie byłoby to dużo łatwiejsze do zrealizowania, ale nie! ja chcę prawdziwy film. Kiedyś jak będę duża będę kręcić fabuły. Najpierw nakręcę jakiś paskudny depresyjny psychologiczny film w stylistyce dogmy, a potem zajmę się tym co kocham czyli moimi fetyszami. A, że tak się uroczo składa, że pokrywają się one z twoimi to nie mam wyjścia. Zobrazuję zmyślne...

lipshit pisze...

Zrób to, pewnie. Zobrazuj. W ramach inspiracji możesz dostać przedpremierowy egzemplarz Zmyślnych Dziewcząt. Jestem otwarta na każdego, kto chce wetknąć w Kasię Pepper swoje trzy grosze. Logo dla całej paperback serii też by się przydało.

Kręć. Pisz. Wystarczy tylko chcieć i zawsze się znajdzie sposób by zrobić to o czym się marzy. Nie zawsze jest to sposób, który zazwyczaj na początku się zakładało, ale lepsze coś niż nic.

Bergmanowska psychoDepresja w klimacie Dogmy? Oh, FUN! Żarcik żarcikiem, ale paradoksalnie to może się fantastycznie sprzedać, szczególnie, że moim zdaniem pokolenie poqueerowe, postcampowe chce Dogmy nie Śniadania na Plutonie.

KaRrla pisze...

w gazecie Zwierciadło jest całkiem ciekawy post w Twoim stylu, podpisany takimi samymi inicjałami. Czy to Twój?

lipshit pisze...

Och nie. Katarzyna Narcyzja Narcyzella Frank z pewnością by się pochwaliła gdyby ktoś wydrukowałby cokolwiek jej autorstwa.

Dawaj namiar. Chętnie zerknę.

KaRrla pisze...

czerwcowe "Zwierciadlo" ,tytul telefon.

Jenny Schecter pisze...

Może nie bergmanowska. Po prostu smętna depresyjna historyjka w stylistyce filmów Andrei Arnold. Ewentualnie polskich filmów Kieślowskiego. Wątpię, aby to się sprzedało, chyba, że na jakimś festiwalu smętnych filmów. Zresztą nie dbam o to, to ma po prostu uleczyć moją duszę. Tyle i aż tyle. Następnie zajmę się ekranizacją moich zrytych fantazji, kinem exploitation, zmyślnymi, aktorkami czytaj seksem w garderobie. A potem się obudzę i znów będzie kolejny paskudny dzień mojego paskudnego życia. Amen.