niedziela, 10 czerwca 2012

Amerykańska dziewczyna [2]

Jak zwykle powiedziała Matce, że idzie do kina z przyjaciółkami. Na The Way We Were. Matka uśmiechnęła się i poklepała ją po głowie, zaczepiając jednym z pierścieni o jej czarne loczki, wyrywając parę grubych włosów. Potem sięgnęła po swoją kelly bag i wyciągnęła portfel. Dała Annie gruby plik banknotów. 
- Weź koleżanki na jakieś ciastko. Wróć do domu taksówką. Żadnych chłopców. – powiedziała częstując ją papierosem. 

Anna szła jedną z wąskich ulic miasta, w którym nigdy nie było widać ani nieba ani drzew. Zmierzchało. Wszystko nabierało tłustej faktury odbijając pomarańczowe światła. Wszystko lśniło jak zwilżona śliną skóra. Wydobyła z kieszonki czerwonego płaszcza plik banknotów i przeliczyła je nie zwalniając kroku. 

Pieniędzy starczyło by móc wynająć sobie kogoś na ten wieczór. Jakieś chude stworzenie. Kogoś kto miał równie wystające kolce biodrowe co ona, równie chude i mocne nogi. Kazałaby oblizywać swoje stopy, podgryzać pięty i ssać wielki palec, aż skóra zaczęła by się marszczyć jak po wyjściu z wanny, a paznokcie stałyby się błyszczące, jak wypolerowane. 

Pieniędzy starczyło by móc wynająć sobie Piotra i jego strzykawki o cienkich igłach. Piotr był synem ich lekarza rodzinnego. Nosił ze sobą starą skórzaną torbę lekarska, która kiedyś należała do jego dziadka. W srebrnym, sterylizowanym pudełku strzykawki i opiaty. Wydawali pieniądze Anny na jakiś fikuśny pokój hotelowy i leżeli całą noc na grubym, perskim dywanie przy szeroko otwartych drzwiach balkonu. Nikt ich nie szukał. Ich rodzice również leżeli odurzeni tym samym opiatem, tyle że ich strzykawki miały grubsze igły i większą pojemność. Matka patrzyła przez palce na przyjaźń Anny z Piotrem, miłym, żydowskim chłopcem, który w przyszłości miał objąć gabinet po ojcu. Podświadomie wyczuwała, że Anna jest z Piotrem bezpieczna. Jednym ze skutków ubocznych nadużywania opiatów jest impotencja. Piotr miał fiksację na punkcie seksu oralnego. Obsługiwał kolegów ze swojego liceum, swoich kuzynów, znajome cioty ojca. Anna słuchała jak zmęczonym głosem siedemdziesięciolatka monologował, zawsze na ten sam temat. 
- Na początku kutas wcale nie jest groźny. Przypomina kawałek mięsa. Źle wypełnione jelito kiełbasy. Bierzesz go do ust i zaczynasz poruszać głową. Skąd znamy ten rytm? Każdy z nas zna ten rytm. Jest odruchowy. I zanim się spostrzeżesz kutas puchnie od krwi, grubieje od żył, wypełnia ci całe gardło. Krztusisz się, oczy łzawią, mdli cię. Brniesz dalej, bo wiesz, że to się kiedyś musi skończyć. Nie ma ucieczki. Za każdym razem gdy rozpinam któremuś z tych skurwysynów rozporek, łudzę się, że będzie inaczej.   
- Jak? – Anna poruszała ramionami jakby płynęła odwróconą żabką po grubym dywanie pełnym dziurek po papierosach i wysokich obcasach. Wszystko było chłodne i spokojne. Stan całkowicie abnormalny dla nastoletniego ciała trawionego hormonalną gorączką.
- Nie wiem. Inaczej. Całe niemożliwe zamyka się w tym inaczej. 

Anna schowała pieniądze do kieszeni i spojrzała na zegarek. Posłucha dziś Mamusi. Jest grzeczną dziewczynką. Żadnych chłopców. 

***

Bar który wybrała Niebieskooka nie był wcale tak podły jak Anna się spodziewała. Siedziały w ciasnej loży, naprzeciwko siebie. Niebieskooka była w roboczym ubraniu, flanelowej koszuli. Miała spodnie na szelkach spiętych błyszczącymi klamerkami. Zamówiła podwójną whisky dla siebie, dla Anny shirley temple. Jej akcent bardzo różnił się od tego którym mówiła Anna, jakby posługiwały się różnymi językami. Anna wyciągnęła plik pieniędzy i nie patrząc na nominały, rzuciła parę banknotów na zaświnioną tacę kelnerki. To była przynęta. Patrz, noszę pieniądze luzem w kieszeniach pensjonarskiego płaszczyka. Patrz, masz prawo mnie wykorzystać. Prawo silniejszego.

Annę najbardziej podniecały brudne paznokcie Niebieskookiej. Czarne obwódki, skórki popalone aż do mięsa. Niebieskooka miała w zanadrzu gest. Bardzo nieprzyzwoity gest. Kciuk i palec wskazujący. I dolna warga. Niebezpiecznie nisko. Niebezpiecznie wilgotna, naruszona. I ten brud. Gdziekolwiek pracowała, gdziekolwiek sypiała, jadła, tam musiało być brudno. Wydzielała zapach, o który Anna nigdy nie podejrzewałaby kobiety. Stolik w knajpie był tylko tymczasowym schronieniem. Kiedyś musiały wstać i pójść gdzieś, dalej. Kiedyś wszystko musiało się wydać.

Poznały się kilka dni temu. W drugstore. Anna kupowała jakiś alkohol, żeby móc zasnąć bez nasłuchiwania. Przyciskała ciężką butelkę do piersi. Niebieskooka podeszła do niej gdy stała w długiej kolejce. Zlustrowała ją od stóp do głów. Jej garsonkę w kolorze spalonych róż, rajstopy o jedwabnych nitkach i torebkę. Mieszczańską, lakierowaną torebkę o setce przegródek i tysiącu zamków. Niebieskooka wykonała swój nieprzyzwoity gest i powiedziała:
-         Nie wierzę, żeby taka grzeczna dziewczynka piła taką podłą wódę.
Po czym bezceremonialnie wepchnęła się przed nią do kolejki. Anna szturchała ją w plecy tak długo, aż ta wreszcie pozwoliła się zaprosić następnego dnia na drinka.

***

- Jesteś latynoską? – Niebieskooka spytała patrząc na jej czarne loki.
Anna omal nie wybuchnęła śmiechem. Ona? Blada, chuda, trzymająca zawsze kolana razem? 
- Jestem z miasta. –  Anna nachyliła głowę i zerknęła na czubki swoich wypastowanych bucików, którymi przebierała pod stolikiem
Niebieskooka skrzywiła się. Anna zaczęła mówić. Dopasowała pytania do małych łyków, którymi Niebieskooka opróżniała swojego drinka.
- Gdzie to zrobimy? Jak to zrobimy? W jakimś przejściu, na jakiś schodach? W twoim brudnym mieszkaniu w jakiejś gównianej kamienicy? Czy może wydębisz ode mnie kasę na hotel i będziemy się tarzać w wykrochmalonej pościeli, która nie ma żadnego zapachu? Co mi zrobisz? Chwycisz mocno za kark? Wyrwiesz parę włosów? Podrzesz rajstopy, na które matka dała mi dwadzieścia dolarów? Weźmiesz sobie coś na pamiątkę? Zastanawiasz się czy jestem dziewicą? Jeśli mnie dobrze wyliżesz nie stracę dziewictwa. Zrobimy to na stojąco? Czy każesz mi wypiąć wysoko tyłek i zwilżysz mnie, w górę i w dół, w górę i w dół? Myślisz, że nie obserwowałam twoich dłoni? Grubych palców, mocnego nadgarstka? Zaczniesz od wskazującego, a potem zegniesz kolejne dwa i ułożysz je jakbyś chciała przerzucić mnie przez ramię? Przekonasz, że nie musisz wchodzić w cipkę? Spuścisz mi lanie? Nauczysz mówić świństwa? Zrobisz to na tyle brutalnie, że nie będę mogła jutro siedzieć przy niedzielnym, proszonym obiedzie? Zostawisz ślady? Ugryzienia? Czy zabierzesz mnie ze sobą pod brudnymi paznokciami?
Niebieskooka otworzyła szeroko usta. Parę razy poruszyła szczęką. Jak ryba. Miała zaniedbane zęby. Opróżniła szklankę do końca i wstała. Odciągnęła Annę siłą od stolika. Zza kołnierz sukienki wyciągnęła ją na zewnątrz. Złapała żółtą taksówkę. Otworzyła szarmancko drzwi, usadziła ją w środku. Anna czuła, że jej wilgoć przecieka przez rajstopy. 
- Trzymaj się mała. –  usłyszała Anna, a potem nastąpiło poklepanie po ramieniu i zatrzaśnięcie drzwi.
Niebieskooka ruszyła z powrotem do baru, kręcąc głową. Pocierała nos kciukiem i palcem wskazującym.
- Grzeczne dziewczynki śpią już o tej porze. – powiedział taksówkarz – Gdzie cię odwieźć?
Anna chciała go jakoś ukarać. Był dostatecznie anonimowy. Zamiast tego ukarała siebie wbijając paznokcie w poranione kolana. Ona również dla większości ludzi wciąż nie miała imienia.  

część druga z dwóch

Brak komentarzy: