środa, 30 maja 2012

CRASH J.G. Ballard

J.G. Ballard
przedmowa do wydania CRASH z 1995 roku / Vintage 1995
tłm. Katarzyna Frank

Małżeństwo rozsądku i koszmaru, które zdominowało dwudziesty wiek, dało początek narodzinom jeszcze bardziej mętnego świata. Krajobraz komunikacji przesunął się, ukazując widmo złowrogich technologii i snów, których nie można kupić za żadne pieniądze. Termonuklearna broń i reklamy gazowanych napoi koegzystują w przesadnej sferze rządzonej przez reklamę i pseudo-wydarzenia, naukę i pornografię. Naszemu życiu przewodniczą dwa wielkie, bliźniacze lejtmotywy dwudziestego wieku – seks i paranoja. 

poniedziałek, 28 maja 2012

Amerykańska dziewczyna [1]

Gdy Anna otwiera rano oczy, pierwsze co słyszy to trzepot jej własnych rzęs. Potem zaczyna oddychać zleżałym powietrzem pełnym kurzu sączącego się ze starych mebli. Papierosowy dym i zapach wczorajszej kąpieli. Dwa pierwsze oddechy przebiegają bez przeszkód. Zaraz potem skurcz spod żołądka. Zza drzwiami zaczyna szurać gosposia, Rosjanka. Dla Anny wszystkie kobiety z Europy na wschód od Niemiec to Rosjanki. Nie będzie czasu na szybką masturbację pod kołdrą, gdy zwinięta w biała kulkę, Anna pracuje mocno prawą i lewą ręką. 

Przeciąga się. Próbuje sięgnąć i nogą i ręką do przeciwległych krawędzi łóżka. Łóżko jest ogromne, mogłaby się w nim zmieścić cała drużyna pulchnych harcerek. Anna spina mięśnie ud. Stara się skupić na nikotynowym głodzie, ale obraz palców zanurzających się w malinowym budyniu powraca. Paznokcie rozrywają mleczny, delikatny kożuszek by utonąć w aksamitnej masie. Kciuk i palec wskazujący. Potem szybkie oblizanie, mlaśnięcie i dołączamy wilgotny palec serdeczny, o grubej nasadzie, o wystających knykciach. 

Gdy gosposia odsłania rolety jest już po wszystkim. Otwiera okna by przewietrzyć dziewczyński smród. Trzask okiennicy i uliczny wrzask wyznaczają koniec nocnego świata, powrót spod powierzchni cielesnego. Gosposia znika w łazience żeby przyszykować kąpiel. Anna wywalczyła dwie kąpiele dziennie; jedna przed przebraniem się do kolacji, jedna po przebudzeniu. Jej Matka uważa, że to niezdrowe tyle przesiadywać w wannie, niemoralnie próżne gapić się na własne nagie ciało. Dlatego Annie zawsze towarzyszy gosposia. Czasem pomaga jej umyć głowę, czasem siada na krzesełku przy drzwiach i gapi się tępo na czubki swoich przydeptanych pantofli. 

Gosposie zmieniają się często. Zawsze są grube, mocno osadzone na spuchniętych nogach, o spracowanych dłoniach poznaczonych bliznami od kuchennych noży, okrągłymi pieczątkami oparzeń. Są pozbawione głosu, jeśli nie liczyć przeklinania pod nosem, które przypomina modlitwę. Jedna z poprzednich gospoś jako jedyna zapadła Annie w pamięć i zasłużyła na własne rysy twarzy. Bardziej strzelista od pozostałych, o wodnistych, niebieskich oczach. Zawsze ubierała się na czarno. To u niej Anna podpatrzyła, że wdowia czerń może wywoływać szacunek, na który pracuje się jedynie domysłem. Była dumna. Patrzyła uważnie na Annę, jakby wiedziała o wszystkim co kryje się w tej ślicznej główce. To sprawiało Annie zmysłową przyjemność, to nieustanne poczucie nagości, epatowanie wystającymi kośćmi i nie do końca jeszcze rozwiniętymi piersiami. Któregoś dnia, podczas kąpieli, dumna gosposia nachyliła się nad Anną by umyć jej plecy. Szorowała ją w zaparte szczotką, która przypominała akcesoria, które Anna widywała w stadninie. Spod jej czarnego fartucha wypadł różaniec. Rozwinął się jak drabinka sznurowa tuż przed nosem Anny. Gosposia zajęta szorowaniem i rozbryzgiwaniem piany nie zauważyła, że Anna przebiera palcami po paciorkach różańca oddzielonych od siebie supełkami na czarnym sznurku. To było jak zabawianie się jakimś dziwacznie obluzowanym organem gosposi, nitką łączącą się z robaczywym, wdowim sercem. Gosposia odchyliła się, ale Anna nie puściła różańca. Trzymała go mocno w zaciśniętej pięści. Gosposia zaczęła się szarpać, jak wielka wrona, stare ptaszysko na uwięzi. Anna śmiała się i ciągnęła za sznurek z całej siły, dopóki jeden z supełków nie puścił. Parę paciorków wpadło z chlupotem do wanny, między mokre uda Anny. Gosposia powoli wydobyła z czeluści fartucha resztę różańca, który tracąc swój splot zmienił się w zupełnie inny przedmiot. W sznur poznaczony paciorkami niczym cierniami, kolcami supłów. W sznur widziany w stadninie i na średniowiecznych obrazach. Gosposia zwarzyła go parę razy w dłoni. Anna wciąż rozbawiona wpatrywała się w wodniste oczy wdowy. Nie czuła strachu. Nie mogła się doczekać aż wreszcie stanie się coś naprawdę brutalnego. 
Gosposia uniosła wysoko czarny łokieć i zamachnęła się. Anna złapała się za policzek. 
- Jeszcze raz. – Anna rozkazała szeptem. Nie miało znaczenia czy gosposia mówiła po angielsku czy nie. Anna wiedziała, że zrozumie ją doskonale. – Jeszcze raz. Proszę. 

Klika godzin później Anna patrzyła przez okno, siedząc w wykuszu wypełnionym czerwonymi poduszkami, jak gosposię zabiera policja. Mundurowi w rogatych czapkach ciągnęli ją po starannie zamiecionym chodniku. Czarne łokcie wyginały się pod ostrym katem, nad rękami skutymi na plecach. Kobieta nie była już gosposią. Była wdową. 

Anna lubiła wtedy spędzać czas przed lustrem, ostrożnie zrywając opatrunki. Matka pozwalała jej korzystać ze swojej sypialni, z toaletki z kryształowym lustrem. Rodzinny lekarz uspokajał Matkę, że obsesja to również część procesu gojenia, tłumaczył potrzebę godzenia się ze śmiertelnością zewnętrznej powłoki. Anna z niedowierzaniem badała palcami opuchliznę pod okiem. Ślad po uderzeniach różańca zostawił na jej lewym policzku ciąg kropek połączonych czerwonymi zadrapaniami. Jak karykatura uśmiechu, obnażone zęby kościotrupa. Jak rozstąpienie się skóry, ujawnienie tego co po spodem. Jej prawy policzek, prawe oko były nienaruszone. Skóra porcelanowo gładka, pokryta delikatnym puszkiem. Po jednej stronie była młodą damą, lat szesnaście i pół, ukochaną córeczką mamusi, długorękim i długonogim stworzeniem, które lubiło czytać książki i grać na fortepianie. Po drugiej stronie była Anną. Kładła się na łóżku zawsze lewą stroną do lustra. Zamykała prawą część toaletki i opierała stopy w bawełnianych podkolanówkach między kosmetykami matki. Masturbowała się obserwując uważnie, jak rumieniec wydobywa wielkości poszczególnych paciorków różańca i ślady po powiązanym w supły sznurku. Fantazjowała o tym jak jeden z przyjaciół Matki, przystojny, młodziutki profesor antropologii, daje jej w prezencie tropikalną maść i opowiada o sposobach jak zatrzymać ślady po różańcu już na zawsze. Anna wyobrażała sobie jak w zamian za to zmusza ją by wciąż od nowa badać jej policzek, fotografuje dokładnie rany i dotyka ją między nogami. 
  
Anna próbowała prowokować następne gosposie, które precyzyjne jak zegarki, pojawiały się w jej sypialni by opuszczać rolety, podnosić rolety i szykować kąpiel. Wieść o wypadku musiała krążyć rosyjską pocztą pantoflową, bowiem mimo usilnych starań, wszystkie były łagodne, delikatne i ze wszech miar cierpliwe. Siniaki zbladły, opuchlizny zniknęły, a zadrapania zagoiły się dokładnie, nie pozostawiając ani jednej blizny. Ani jednego śladu, najmniejszego zgrubienia, które mogłaby pokazać młodemu profesorowi o pięknych, smukłych dłoniach, mówiąc „o właśnie tutaj wbiła się ostra krawędź koronki…” . W szufladzie, pod skarpetkami, pośród spinek do włosów, które podkradała swojemu przyjacielowi noszącemu jarmułkę, trzymała paciorki różańca. Wydobyła je ukradkiem z odpływu wanny. Nachylała się nad szufladą i walczyła z absurdalną potrzebą by wepchać sobie paciorki do ust i połknąć je. Gdy nie mogła spać rozsypywała je  na podłodze i chodziła po nich na bosaka. Albo klęczała na nich, aż do krwi. Opierała dłonie przed kolanami, kładła spocone czoło na ziemi. Bawełniane podkolanówki szkolnego mundurka doskonale maskowały podrapane kolana. Ale to nie było to samo. Nie potrafiła sama odtworzyć tego co nastąpiło gdy gosposia uniosła dłoń z czarnym sznurem wysoko w powietrze.

część pierwsza z dwóch

czwartek, 24 maja 2012

HISTORIA OKA Bataille

Georges Bataille Oko kota (fragment)

na podstawie angielskiego tłumaczenia Story of the Eye;
tłm. Katarzyna Frank

Dorastałem w wielkiej samotności i jak tylko mogę sięgnąć pamięcią, bałem się wszystkiego co seksualne. Miałem niemal szesnaście lat gdy poznałem Simone, dziewczynę w moim wieku, na plaży w X. Nasze rodziny były w dalekim pokrewieństwie. Szybko staliśmy się sobie intymnie bliscy. Trzeciego dnia po naszym pierwszym spotkaniu, Simone i ja byliśmy sami w jej willi. Miała na sobie czarny fartuszek ozdobiony białym kołnierzykiem. Zacząłem podejrzewać, że jej również udziela się niepokój spowodowany spotkaniem. Czułem się jeszcze bardziej niespokojny niż zazwyczaj, łudziłem się bowiem, że pod czarnym fartuszkiem Simone jest całkiem  naga.