czwartek, 12 kwietnia 2012

Śniadanie w Hotelu Pod Złamanym Sercem

ŚNIADANIE W HOTELU POD ZŁAMANYM SERCEM

Dear Jordana, you’re the only person I would allow to be shrunk down to a microscopic size and swim inside me in a tiny submersible machine.
Submarine (2010)


- Chciałabym Cię zabrać do kina. Na wiesz-który-film-ten-który-widziałam-już-dwamilionyrazy-ale-chce-go-obejrzeć-z-tobą-bo-bez-ciebie-to-nie-to-samo-zresztą-musisz-go-obejrzeć-jest-fenomenalny-musisz-musisz-musisz.
- Nie mogę. Mam dziś trening pływania synchronicznego.


Na chwilę milknę nad słuchawką. Trudno mi się przyzwyczaić do myśli, że to nie jest wymówka. Naprawdę masz dziś Trening Pływania Synchronicznego. 
- To przyjdę popatrzeć.
- Nie. Nie ma na co patrzeć. Tylko zepsujesz sobie efekt końcowy.
- To będę czekała w brodziku. Albo ukryję się w krzakach przed basenem. Przemocą zawlokę cię do tego kina. 
- Więc mówisz, że i tak nie mam wyjścia. – zaczynasz chichotać jak wiedźma 
- Nie masz. – odpowiadam zgodnie z prawdą

***

B. próbowała z Tobą chodzić na randki.
- To było dziwne. Ona jest taka nieśmiała i aspołeczna. Niedzisiejsza. – B. zwęziła oczka w małe szparki. – Była zainteresowana tylko pieszczotami, pocałunkami i tic tac'ami. Ona uwielbia tic tac'i. 
- To wspaniale! – wykrzyknęłam – Ja też uwielbiam tic tac'i!
- Nie znoszę tic tac'ów. – pomyślałam - Jak można lubić coś co ma tylko dwie kalorie i nawet nie jest wielkości prawdziwej miętówki? 
To było zanim dobrze Cię poznałam. Teraz uwielbiam tic tac'i. Pudełeczka grzechoczą w naszych kieszeniach gdy chodzimy na spacery. W mojej limonkowe, w Twojej miękko miętowe. 

***

Zazwyczaj układ jest taki sam. Stoisz oparta o brudną futrynę. Założone ręce na pasiastym podkoszulku. Obserwujesz mnie. Bardzo mało mówisz. Odzywasz się tylko wtedy gdy naprawdę masz coś do powiedzenia lub chcesz zadać mi jakieś pytanie. Ja gadam bez przerwy. Paplę jak najęta. Nie potrafię odnaleźć się w tej ciszy między nami. To w niej dzieje się wszystko czego chcę. 

Siedzę na kanapie w holu, między szatnią a wejściem na basen. Popijamy naprawdę obleśną czekoladę z automatu. Jest rzadka i cholernie gorąca. Parzy mi palce przez miękki, plastikowy kubeczek. 
- Nie umówię się z nią. Powtarzałam to już tysiące razy. Nie chodzę na randki. I don’t date. – wytrwale gram rolę obrażonej dziewczynki. – Serio, serio, serio. 
- Chcesz być sama? Forever alone? – ramiona w pasiastym podkoszulku wznoszą się i opadają – Proszę bardzo. To nie prowokuj tych biednych dziewcząt swoim zachowaniem. Chcesz poznać moje zdanie?
To takie charakterystyczne dla Ciebie. Ciągłe pytanie o pozwolenie. Przepraszam, czy mogę wtrącić. Przepraszam, jeśli pozwolisz mi i na momencik i jeśli chcesz. Chcę. CHCĘ. Nieustannie chcę. Chcę ciebie. 
- Nie wiesz czego chcesz. 
- Wiem. - parskam nerwowym chichotem. – Chcę prawdziwego romansu. 

Unosisz wysoko brwi do góry. Zbyt mocno wierzysz w moją złą reputację. Wszystkie moje niedobre uczynki, cała rozpusta zmieniły się w plotki. To tylko plotki. Wstrętne plotki. Tequila, koks i rude dziwki, to nie miało miejsca. Nie w tym wymiarze. Ja taka nie jestem. Już taka nie jestem. Od kiedy zakochałam się w Tobie już nie sypiam gdzie popadnie, nie upijam się, nie włóczę się, nie korzystam z autobusów nocnych, nie mieszam, nie podjudzam, nie drażnię. Jestem zainteresowana zupełnie innym rodzajem przygód. Chodzę w grubych rajstopach i kołnierzykach zapiętych na ostatni guzik. Czytam książki i słucham całych płyt, nie skacząc po piosenkach. Obcasy zamieniłam na baletki żeby być zawsze niższa od ciebie. Zawsze noszę spięte włosy i czerwoną szminkę, na wypadek gdybyś kiedyś rano zobaczyła mnie bez całego tego dziennego szajsu, żeby istniała wersja mnie zarezerwowana tylko dla Ciebie. Staram się nie przeklinać i ciężko pracować. Chodzę wyprostowana, otwieram drzwi i ustępuję miejsca. Uśmiecham się do nieznajomych, nie unikam kontaktu wzrokowego, choć z drugiej staram się nie peszyć moim krwiożerczym spojrzeniem. Wygasiłam wszystkie toksyczne znajomości. Na spacerach omijam wąskie uliczki pełne chłopców. Wieczorami omijam szerokie ulice pełne dziewcząt. Czytam poradniki o tym jak stać się prawdziwym gentlemanem. I chociaż tak bardzo się staram, każdego dnia staram się mocniej niż mocno, kompletnie nie wiem jak Cię uwieść. Nie wiem jak się do tego zabrać. Nie wiem z której strony Cię ugryźć. Co dziwne, wcale nie chcę Cię gryźć. Nie chcę Ci robić niczego co nie jest cholernie czułe.

- Nie wiesz czego chcesz. – powtarzasz z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Nie umiem niczego z ciebie odczytać. Zapomniałam wszystko czego nauczyłam się przez lata podrywów i wyrządzania małych krzywd. – Nie wiesz co to prawdziwy romans.
- Ja? – znów prycham – Ja nie wiem co to prawdziwy romans?! Ja JESTEM prawdziwym romansem.
Poprawiasz się na brudnej futrynie, tak jak inni poprawiają się na wygodnej kanapie. 
- Słucham. -  zadzierasz wysoko brodę - No, Panno Prawdziwy Romans, słucham. 

Znów następuje cisza. Długa cisza, podczas której po prostu patrzymy na siebie. Wszystko z Tobą jest zawsze po prostu. 

Zaczynam mówić. Słowa wypadają ze mnie naturalnie i miękko. Staram się nie zastanawiać nad tym co mówię. Staram się mówić najszczerszą prawdę. 
Prawda jest taka, że

Prawdziwy romans to zakochać się w najlepszym przyjacielu. Zaprzyjaźnić się z zamiarem zakochania się. Zaprzyjaźnić się, zaciekawić się, zakochać się od pierwszego wejrzenia, na jeden raz. To nie jest spektakularne. To nie jest pełne histerycznej pasji i szaleńczego pożądania. To zawiera się w małych rzeczach. Maleńkich, prostych gestach. 
To, że masz ochotę przeczesać przyjacielowi włosy, odgarnąć mu je z czoła. 
To, że masz ochotę do przyjaciela zadzwonić gdy będzie kładł się spać tylko po to żeby upewnić się, że ma wygodną poduszkę. 
To, że masz ochotę pokazać przyjacielowi swoją ulubioną kawiarnię, o której nie wie nikt, a w której lubisz spędzać samotnie sobotnie przedpołudnia.
To, że chcesz z przyjacielem zjeść śniadanie w Hotelu Pod Złamanym Sercem.
To, że chcesz pojechać z przyjacielem gdzieś daleko, tylko po to żeby zobaczyć go trochę brudnego, trochę zaniedbanego i zagubionego bez śladu.
To, że chcesz narazić się na niebezpieczeństwo, by przyjaciel mógł cię uratować.
To, że chcesz czekać na niego przy stoliku na środku zatłoczonej ulicy, czytać książkę, choćby cały dzień, bo wiesz, że przyjaciel w końcu prędzej czy później przyjdzie. Pocałuje cię w czubek głowy, usiądzie obok, zacznie czytać gazetę i nie będziecie musieli się do siebie wcale odzywać, żeby było dobrze.
To, że gdy przyjaciel przychodzi do ciebie w odwiedziny, nie chowasz swojego dziennika. 
To, że do przyjaciela masz ochotę pisać listy. Ręcznie. Choć od tego cholernie boli cię ręka.
To, że przy przyjacielu zawsze zmienia się nasycenie światła i faktura, która porasta rzeczywistość.
To, że jeśli coś ukraść to tylko dla przyjaciela. 
To, że przyjaciel towarzyszy ci podczas eksperymentów ze świadomym śnieniem. Z nieświadomym też.
To, że przyjacielowi nie przeszkadza, że masz palce poplamione długopisem i paznokcie zafarbowane taśmą maszyny do pisania.
To, że gdy mówisz boring, przyjaciel dopowiada not my division. To, że oboje mówicie I like being weird. Weird is all I've got. That and my sweet style. To, że pijecie gin&tonic tylko z supersonic. I oboje wiecie czy jest waggedy czy waggly
To, że rzucasz palenie w dniu, w którym poznajesz przyjaciela, tylko dlatego, że przyjaciel nie pali.
To, że dużo leżysz z przyjacielem. Na trawie, na kanapie, na dywanie, na pomoście nad jeziorem, na piasku, na zimnej podłodze brudnej łazienki, na samym środku ulicy. 
To, że ty kochasz Iddiego Englisha, a przyjaciel kocha Kasię Pepper i cały czas się kłócicie o to. I o Pannę Słoneczko. 
To, że nigdy nie dajesz przyjacielowi prezentów, które sama chciałabyś dostać. 
To, że mówisz do przyjaciela; weź ze sobą ubrania na zmianę. Będziemy przez dwa dni razem robić nic.
To, że wypatrujesz przyjaciela na swoich zdjęciach z dzieciństwa, choć się wtedy przecież nie znaliście.
To, że zawsze wiesz kiedy przyjaciela należy zwrócić światu, bo on przecież nie należy do ciebie. I te chwile gdy jest tylko twój, zawsze ci wystarczają.
To, że dajesz przyjacielowi potrzymać smycz, na której drugim końcu znajduje się twój pies.
To, że dla przyjaciela możesz się stać mięsożercą, trawożercą lub czekoladożercą. 
To, że przyjaciel wie o tym, że nie wyglądasz zbyt ładnie gdy płaczesz.

- Wyglądasz bardzo ładnie, gdy płaczesz. – mówisz, odrywając się od futryny.

Przyklękasz obok by otrzeć mi łzy. Nie komentujemy tego co powiedziałam. Ani jednym słowem. Nic się nie zmienia. Zapada cisza.

Tylko potem, gdy siedzimy w kinie, a z ekranu pada  Jesteś jedyną osobą której pozwoliłbym, skurczonej do miniaturowych rozmiarów, podróżować po wnętrzu mojego ciała wtedy bierzesz mnie za rękę. Zapominam oddychać, ale pilnuję się żeby moje nieoddychanie nie przypominało ataku astmy. I film znika. Kino znika. Cała popkultura znika. Moje pisanie znika. Kasia Pepper znika. Wszystko znika, bo nie jest już mi do niczego potrzebne. Przez jedną chwilę jestem niewyobrażalnie szczęśliwa. Bo jesteś tylko Ty i Ja kontra cała reszta.

Chwilę później puszczasz moją rękę i wszystko jest jak dawniej. Przyswajamy kolejny film. Jestem w Tobie zakochana. Kasia Pepper szaleje z zazdrości, bo to zmienia konstrukcję jej świata. Piszę o Tobie, zastanawiając się czy wiesz czy nie wiesz czy może jednak wiesz a może jednak nie wiesz czy może na pewno na stówę wiesz. I piszę o tym, że to w sumie nie ma znaczenia. Liczy się tylko to, że jesteś moim prawdziwym romansem. My True Romance. 

I będę sobie spokojnie czekać. Mi się nigdzie nie śpieszy. 

9 komentarzy:

it's getting dark. pisze...

futryna do mnie przemawia. układałam kiedyś piosenki o psach spacerujących po futrynie. :)

a atak astmy byłby spektakularny!

lipshit pisze...

Pływanie synchroniczne jest spektakularne!

inesligatur pisze...

ależ to wcale nie jest słodkie! tylko kwaśne. kwaśne też lubię, ale prawdziwego przyjaciela można stracić tylko w jeden sposób, zakochując się w nim. a ja i tak w ogóle się na tym nie znam..

lipshit pisze...

A może słodko słone?
Chociaż kwaśne, też dobrze. Kwaśne, znaczy świeże.

Renate pisze...

a dla mnie ten kawałek jest słodki. albo nie - słodko kwaśny. jak galaretka w czekoladzie.

lipshit pisze...

Tak mi się przypomniało stare lesbijskie przysłowie;
przyjaźń jest najlepszą grą wstępną.

Anonimowy pisze...

http://www.youtube.com/watch?v=Ijel4Vcqd9g&feature=autoplay&list=PL8D8B4E2C658B3119&playnext=1

jak w hotelu pod złamanym sercem..

lipshit pisze...

Och, zaprawdę, drogie Anonimowe Dzięwczę. Przecież to jest megaTotal Katie Pepper. Śniadanie w Hotelu pod Złamanym Sercem podane przez Zmyślne Dziewczęta.

Dziękuję <3
[cieszę się jak mała dziewczynka]

Anonimowy pisze...

dokładnie tak. dokładnie, Katie.