niedziela, 11 marca 2012

Kasia Pepper dziewiątego dnia marca

Dziewiątego dnia marca w kalendarzu stoi Katarzyny Franciszki.

***

Kasia Pepper trzasnęła z impetem drzwiami, ale postać stojąca przy oknie nie zareagowała. Kasia rozważyła przez chwilę wykonanie paru złośliwych, dramatycznych gestów,  takich jak ponowne otworzenie drzwi i epickie trzaśnięcie pełną parą, po uprzednim waleniu obcasami po schodach, ewentualnie skakanie po bambusowej wycieraczce, gwałtowne dyszenie i niestosowne szeleszczenie halkami spódnicy w czerwone różyczki. Powstrzymała się wyrównując oddech. Postać stojąca przy oknie, wyprostowana jak struna, z rękami splecionymi na plecach, mówiła. Cały czas mówiła, pewnie zanim Kasia Pepper zaczęła wbiegać po schodach. Mówiła aksamitnym, lekko zachrypniętym głosem, metalicznie ostrym, jakby nie używała go od wielu dni, mówiąc do siebie jedynie, tylko w myślach. Mówiła…
Zdawała sobie niejasno sprawę, że rozwód jest nieszczęściem, lecz nie uważała go za odpowiedni temat i nie poświęcała mu większej uwagi. Było to przyziemne wydarzenie, którego nie sposób cofnąć i z tego względu nie dawało narratorowi pola do popisu; należało do domeny chaosu. Interesowało ją małżeństwo, a raczej ślub z jego formalną elegancją nagrodzonej cnoty, weselną pompą i przyprawiającą o zawrót głowy perspektywą trwającego całe życie związku. Udany ślub stanowił nieuświadomiony symbol rzeczy, która na razie była nie do pomyślenia - seksualnego błogostanu. Przed ołtarzami wiejskich kościółków i wielkomiejskich katedr, na oczach aprobującej rodziny i przyjaciół, jej bohaterki i bohaterowie osiągali swoje niewinne orgazmy i nie musieli posuwać się dalej.

Kasia Pepper starała się zachować spokój i ignorować słowa, które pieszczotliwie drażniły wnętrze ucha i wysypywały się wprost na najbardziej wrażliwe rejony głowy. To mogła być pułapka. Misternie zastawiona pułapka, która zakończy się upokorzeniem. Z TĄ kobietą nigdy nic nie wiadomo. Kasia rozejrzała się, ostrożnie stawiając obcasy na wytartym dywanie. Kobieta mówiła z pamięci. Zawsze recytowała, a gdy czytała, czytała na głos. Zawsze jawnie. Chyba, że pisała, układała nowe kompozycje. Wtedy pochylona nad kartką, gryząc ołówek, milczała jak grób. Tylko oczy i dłonie, intensywnie drżące, jak poruszane prądem elektrycznym, nieporadnie próbowały nadążyć za myślami. Kasia Pepper rozpoznała od razu. Fragment z jej ulubionej książki. Egzemplarz wciąż leżał przy pepperowym łóżku, wymięty i wymęczony, o kartkach falujących wilgocią, której nabrały w wannie. Skąd Kobieta wiedziała? U niej nic nigdy nie było przypadkowe, szczególnie tak starannie zaaranżowana scena. Najpierw sms, tak krótki, że aż nieuprzejmy. Kasia Pepper miotająca się, wkurzona, starająca się ze wszystkich sił by być za późno lub za wcześnie, ale i tak trafia w sam raz. Kasia Pepper zawsze mieściła się w granicy błędu wyznaczonego przez Kobietę. Biegnąc po schodach, zdyszana, słyszy aksamitny głos przez uchylone zapraszająco drzwi i nagle z ulgą uświadamia sobie, że Kobieta musiała ją zobaczyć przez okno. Nieważne, czy gdy zobaczyła Kasię Pepper, jak zmierza w kierunku jej domu, po nierównych płytkach chodnika, potykając się i potrząsając loczkami, czy dopiero wtedy zaczęła mówić, nieważne czy mówiła już wcześniej, czy może mówiła coś innego i zmieniła tembr głosu, takt słów, jak zmienia się melodię. Ważne, że stała tam. Wypatrywała. Kasia Pepper miała przez chwilę jej cenną uwagę, której Kobieta nigdy nie marnowała na to co uważała za nieistotne.

Kobieta była ubrana na czarno. W prostej marynarce, o dopasowanym kroju. Nie w szlafroku, w jakim Kasia Pepper zazwyczaj ją widywała, gdy wpadała na podwieczorek, rozwiązać niedzielną krzyżówkę, bądź poczytać jedną z jej zagranicznych gazet. Marynarka oznaczała, że to spotkanie jest ważne. Spotkanie niemal oficjalne. Jakby Kasia Pepper była kimś kto chce kupić jedną z jej dziwacznych Książek. Albo wrogiem. Większość ludzi, których znała Kobieta było albo zainteresowanych jej Książkami, albo chciało zrobić jej krzywdę. Teraz recytowała z pamięci fragment książki, którą Kasia Pepper również znała na pamięć. Powtarzała w ślad za przyjemnie zachrypniętym głosem, poruszając lekko wargami. Skąd do cholery wiedziała? Co raz częściej Kasia Pepper podejrzewała, że Kobieta była w jej mieszkaniu. Włamała się i szpiegowała. Myszkowała. Przeglądała jej rzeczy. Dotykała jej intymności. Och, to takie w jej stylu. Zacznie cię śledzić, jeśli nie powiesz jej gdzie mieszkasz. Włamie się, jeśli nie wpuścisz jej do swojego domu. Wepnie się po ścianie jak pająk, na palcach zakradnie się do twojej szafy i będzie przymierzała twoje ubrania, podczas gdy ty czekasz na nią w barze po drugiej stronie miasta, nad drinkiem, który dla niej zamówiłaś, nerwowo wystukując kolejne smsy, chociaż wiesz, że nigdy nie odpowiada. Ona i jej zdawkowe wiadomości, składające się z monosylab. Ta, która nigdy nie dzwoni, nigdy nie odpowiada na smsy, ale wtyka karteczki do kieszeni, zostawia je w skrzynce pocztowej, wetknięte w dziurkę od klucza. Każda komunikacja z nią była jednostronna. Zdobywała informacje o życiu Kasi Pepper podstępem. Nie była zdolna by zadawać pytania wprost, zresztą dobrze wiedziała, że Kasia nigdy, przenigdy nie odpowiedziałaby zgodnie z prawdą. Kasia czuła się w obowiązku by kłamać, by zmuszać ją do stosowania wszystkich podejrzanych metod perwersyjnego nacisku.

Kasi Pepper usiadła na kanapie. Kręciło jej się w głowie, na myśl o tym, co Kobieta mogła wyprawiać z jej rzeczami, co mogła odnaleźć podczas ukradkowych wizyt w łazience czy sypialni, co Kasia chciałaby, żeby wyprawiała czy odnalazła. Wciąż walczyła z pokusą by pod wpływem delikatnego głosu, choć na parę sekund, na parę uderzeń serca, zamknąć oczy. Wystarczyła chwila nieuwagi by wejść w rolę i zacząć zachowywać się dokładnie tak, jak Kobieta tego chciała, jak to założyła, uknuła, obliczyła. Kasia Pepper nie będzie kolejnym punktem w realizacji misternego planu.

To nieważne Kasiu Pepper. – wymamrotała sama do siebie – To wszystko nie ważne. Ona robi to specjalnie dla Ciebie. Ryzykuje czułość. –

Na dźwięk tego, na wpół świadomego mruknięcia Kobieta urwała i odwróciła się w jej stronę. Kasia Pepper nie miała odwagi na nią spojrzeć. Ani się odezwać. Zduszony, nienaturalny ton zdradziłby wszystko. Tak samo jak drżące dłonie wbite w podołek. Rumieniec, którego nic nigdy nie umiało powstrzymać. Tętno i jego podskoki widoczne w dołku pomiędzy obojczykiem. Turlające się po nosie złote piegi i czarne włosy, zwijające się na końcówkach w małe loczki. Każde spotkanie z Kobietą to był jedynie kolejny etap okrutnej gry, gry w „coś za coś”, dlatego wszelkie ludzkie słabości, niekontrolowane odruchy były nie na miejscu. Kasia Pepper spojrzała na nią z ostrożnością, z jaką świadkowie katastrof odejmują dłonie od twarzy. I tyle wystarczyło, żeby wiedzieć, to żaden test. Zawsze toczy się jakaś gra, ale to nie była już próba. Etap prób miały już dawno za sobą. Kasia Pepper patrzyła zdumiona, jak Kobieta próbuje niezdarnie uśmiechnąć się. Uniosła piwne oczy wysoko do góry, badając fakturę tego nieśmiałego, dziewczęcego uśmiechu, równocześnie spinając każdy mięsień ciała w gotowości do natychmiastowej ucieczki. Kobieta górowała nad nią, rzucała gęsty cień, przez który przebijał się niezdarny grymas. Podeszła do Kasi i przykucnęła, tak by mogły być twarzą w twarz. To było niezwykłe, mieć tą dziwną, niepokojącą twarz tak blisko i nie musieć zmagać się z nieustannym wyrazem znudzenia, czy irytacji, który jej nigdy nie opuszczał. Z bliska twarz Kobiety wyglądała na miękką, łagodniejszą. Pod światło widać było puszek i nierówności, dołki, łuki, wysklepienia, wszystko kusząco osiągalne, dla języka czy opuszków palców. Również jej głos, zniżony do szeptu, zyskiwał na jedwabistości, przypominając mruczenie kota, domagającego się pieszczot.

- Czy miałabyś coś przeciwko temu, gdybym poprosiła Cię byś wsunęła dłoń do mojej kieszeni?

Kasia Pepper przełknęła głośno ślinę. Minęła długa chwila, zanim zdobyła się na odpowiedź.

- Której?
- Wybierz. W jednej z nich ukryłam coś specjalnie dla ciebie. – Kobieta zmrużyła swoje wielkie, skośne oczy  –  Coś co jest tylko twoje.

Kasia Pepper uśmiechnęła się smutno. Zawsze musi być jakaś gra.

- I pewnie mam tylko jedną próbę?

Tym razem to Kobieta bardzo długo zwlekała z odpowiedzią.

- Nie potrzebujesz więcej. Doskonale wiesz gdzie to ukryłam.

Kobieta położyła dłonie po obu stronach pepperowej spódniczki, zamykając ją w potrzasku. Kasia Pepper starała się myśleć tylko o tym, że ułatwiała jej w ten sposób dostęp do wszystkich kieszeni marynarki i ołówkowej spódnicy, a nie o tym, że to pułapka, że jest przyparta do muru, że ich kolana stykają się, że jeszcze nigdy nie były tak blisko dotyku, który był bezcelowy, ale nie bezinteresowny. Wyciągnęła dłoń, która drżała lekko, wprawiając powietrze w wibracje. Sięgnęła za skraj marynarki. Po lewej stronie na koszuli, była mała kieszonka. Kasię Pepper zawsze zaskakiwało, że Kobieta jest taka ciepła w dotyku. Jej ciało wydawało się być lodowato zimne, wyciosanej z jednej, idealniej bryły białego kamienia, który pochłaniał światło i był zaokrąglony miękko na brzegach. Kasia Pepper włożyła palce do kieszonki czując jak mrowiące gorąco rozlewa się następną falą zdradliwego rumieńca. Niewielkie czerwone serduszko. Czekoladka w pomiętym papierku. Trochę rozpuszczona. Zaskakująco ciężka we wnętrzu dłoni. Kasia Pepper odruchowo drgnęła gdy Kobieta przysunęła się jeszcze bliżej. Cień pochłonął drżącą dłoń, która zamknęła się wokół czekoladki.

- Wszystkiego Najlepszego Kasiu Pepper! – powiedziała Katarzyna Frank ogrzewając jej usta ciepłym oddechem.

***

Katarzyna Frank wysiadła z taksówki, z impetem trzaskając drzwiami i dała nura w ciemną uliczkę, na tyłach niewysokiej kamienicy. Miała tego nie robić. Ale to było jak nałóg. Podejrzana przyjemność, której nie umiała sobie odmówić. Ciemna sprawka, której nie umiała uniknąć, chociaż starała się ze wszystkich sił nie popełniać wciąż tych samych błędów. Za każdym razem gdy znów zbliżała się do tego domu, czuła jakby koniec świata był bliski. Koniec świata w kształcie jaki dobrze znała. Kasia Pepper była jej najbardziej zgubnym nałogiem. Katarzyna szukała jej wszędzie. Cały wieczór, który płynnie przelał się w noc. Wysłała tysiąc smsów, jeden głupszy od drugiego, a przecież gardziła telefonami komórkowymi. Sprawdziła we wszystkich miejscach, które Kasia Pepper lubiła najbardziej. W cukierniach, ciastkarniach i pijalniach czekolady. W małej kawiarni, gdzie podają kawałki czekolady z orzechami, na srebrnych łyżeczkach przerzucanych przez filiżanki ciepłego mleka, słodzonego cukrem z czarnymi punkcikami wanilii. Spotkała tam jej rudego kolegę, tygrysa w dobrze skrojonej marynarce i kamizelce o tłoczonych guzikach. Powiedział, że wypalił z Kasią Pepper papierosa, może dwa, a potem Kasia dała drapaka, jak zwykle potykając się i klnąc pod nosem. Katarzyna Frank szukała Kasi w klubach ze striptizem, domach burleski i tych podejrzanych miejscach, gdzie wpuszczają tylko kobiety. W jednym z nich spotkała blond przyjaciółkę Kasi, ślicznotkę nad ślicznotkami. Blondyneczka uśmiechnęła się anielsko, mówiąc, że tak, owszem, Kasia niedawno wparowała tutaj drzwiami od zaplecza, pokazując rozdartą pończoszkę. Zacerowały ją wspólnie, a potem Kasia dała drapaka. Katarzyna Frank irytowała się niezmiernie i grożąc piąstką w skórzanej rękawiczce mówiła;

- Jak to możliwe, jesteście najlepszymi przyjaciółmi Kasi Pepper… do porzygu ględzicie o tym jak ją kochacie, a nie wiecie jak ma zamiar spędzić urodzinowy wieczór?

Zarówno blond ślicznotka, jak i tygrys rudzielec, wzruszyli ramionami odpowiadając dokładnie to samo;

- Przecież dobrze wiesz, jak to jest z Kasią Pepper. Nigdy nie wiadomo. Ona jest trochę…
- Tak, tak, wiem… - Katarzyna Frank odpowiadała nerwowo, to rozpinając, to zapinając płaszcz, jakby nie mogła się zdecydować, zostać i dać sobie spokój, czy wyjść i dalej szukać. - … jest trochę roztrzepana. Kopnięta.
- Nieprzewidywalna. – dopowiedział rudzielec.
- Zwariowana. – szepnęła blond ślicznotka.

Chwilę później Katarzyna Frank jechała taksówką, wydając kolejne polecenia, jak żołnierskie rozkazy. Sprawdźmy tutaj, tutaj podają najlepszą wiśniówkę w najlepiej zmrożonych kieliszkach. Sprawdźmy tam, tam lubi podrywać nieznajome i jeszcze tam, gdzie na ulubionej ławce pija cytrynówkę z gwinta, odpala papierosa jednego od drugiego i patrzy godzinami na światła tego przeklętego miasta. I jeszcze tylko koło jej ulubionej biblioteki. I jeszcze tutaj, na Zet Sadowskiej 13. I tam koło jej ulubionego butiku z wysoką modą, gdzie lubi zostawiać odcisk czerwonej szminki, na wypolerowanym do białości szkle wystawy…

I chociaż nikt nie znał Kasi Pepper tak dobrze jak Katarzyna Frank, nie udało się odnaleźć piegusa nerwusa w urodzinową noc. Pozostało tylko jedno miejsce.

Katarzyna Frank miała już tak dobrze opracowany system, że włamywanie się do mieszkania Kasi Pepper było jak balet, jak powolne wchodzenie w skomplikowaną pozycję na jodze. Chociaż Katarzyna nie nazywała tego włamaniem. Raczej odwiedzinami w trybie bardzo pilnym, wizytą warunkowo przyśpieszoną. Tutaj podskoczyć, tam przerzucić nogi, tutaj uważać, żeby nie zaplątać płaszcza w kratę, potem wsadzić ostrze szwajcarskiego scyzoryka  w odpowiednią szparkę i gotowe. Tak, Katarzyna Frank, jak każdy szanujący się pisarz, miała przy sobie zawsze długopis, papierosy oraz scyzoryk, który nomen omen, dostała w prezencie urodzinowym od przyjaciela. Teraz, uważając na głowę, wchodziła do łazienki Kasi Pepper, uchylając lufcik zaklejony biała folią. Nie musiała zapalać światła. Znała rozkład mieszkania na pamięć. Mogła się po nim poruszać nawet w kompletnych ciemnościach, nawet o tej porze nocy, i w odróżnieniu od Kasi Pepper, ciągle potykającego się neurotyka, umiała to robić bezszelestnie. Katarzyna Frank minęła różową wannę na lwich nóżkach, pieszczotliwie gładząc palcem w skórzanej rękawiczce jej gładki brzeg. Chwilę węszyła, stojąc w progu łazienki i rozwiązując szalik w lamparcie cętki, zdejmując rękawiczki. Wciągała głęboko zapach sosnowej soli do kąpieli, mydlin oraz tych wszystkich fantazji, marzeń i niegroźnych perwersji, które przelały się razem z wodą w wannie. Nic nie zastąpi rozkoszy długiego moczenia się w ciepłej wodzie, palenia papierosów i snucia brudnych myśli. Przeszła do małej, ślepej kuchni, którą Kasia przekształciła na garderobę, ze względu na brak jakichkolwiek, nawet szczątkowych umiejętności kulinarnych. Pomiędzy swetrami wysypującymi się z kuchennej szafki, a szpilkami na suszarce do naczyń, stała butelka wytrawnej cavy, jeszcze zimna ale już pusta. Żadnych kieliszków. Ha! Katarzyna triumfalnie uniosła brwi. Delikwentka musiała być najpewniej w łóżku. Z drugiej strony, gdzież by indziej szukać Kasi Pepper w urodzinową noc. Katarzyna Frank na palcach zakradła się do cienkich drzwi, omijając części ubrania, które widziała wcześniej tego dnia na jubilatce, bieliznę, obuwie, wszystko z rozmachem divy porozrzucane po salonie. Ze środka wymsknęła się fala ciepła, nasycona zapachem kobiecego ciała i perfum Coco Mademoiselle. Katarzyna Frank stanęła u szczytu łóżka, które wypełniało niemal w całości małą norkę o dużych oknach. Blask ulicy oświetlał wszystko na blado srebrno, dzięki czemu biała skóra Kasi Pepper wydawała się bielsza niż zazwyczaj, czarne włosy czarniejsze niż w ciągu dnia, a brązowe piegi, zmieniły się w chmarę czarnych kropek, przypominających kropki wanilii unoszące się na powierzchni spienionego mleka. Katarzyna Frank ujęła w dwa palce fiolkę niebieskich tabletek, stojącą na starym krześle, zastępującym szafkę nocną. Parę pastylek, rozkruszonych i połamanych, sturlało się po okładce zniszczonego egzemplarza „Pokuty”, który najwyraźniej zaznał kąpieli, i to nie jednokrotnie. Niebieska zawartość fiolki plus butelka cavy, wypita na siedem, góra dziewięć łyków, maksymalnie trzynaście, zgodnie z Kasi możliwościami. Katarzyna z niepokojem zmierzyła puls dotykając dłoni zwiniętej na poduszce. Tętno ledwo wyczuwalne ale było. Kasia Pepper leżała w swoim ogromnym łóżku, bezwładna, bezradna i bezbronna, jak porzucona lalka, jak kolejny sekret, który można było cichaczem przeszperać, przemyszkować, przeszukać, bez wiedzy właściciela. Katarzyna Frank nabrała głęboko powietrza. Tylko na jedną chwilę. Na parę sekund. Chce wiedzieć jak to jest. Chce sobie przypomnieć. I nawet nie będzie samej siebie kokietować, że ma zamiar walczyć z pokusą ciemnej sprawki, jaką jest sama Kasia Pepper. Katarzyna Frank powoli zdjęła swój dwurzędowy płaszcz o wysokim, marynarskim kołnierzu. Przewiesiła go przez poręcz łóżka. Wszystko składała z pedantyczną dokładnością. Szalik w kocie cętki, marynarkę, którą krawiec specjalnie dla niej zwężał w talii, tak by niemal trzeszczała w szwach, szarą koszulę, czarną ołówkową spódnicę. I bieliznę. Bieliznę, której w odróżnieniu od Kasi Pepper, Katarzyna Frank lubiła nosić naprawdę niewiele. Potem rozpuściła włosy, chociaż nigdy nie robiła tego w sytuacjach innych niż intymne. I wsunęła się pod kołdrę, tuż obok ciepłego ciała Kasi Pepper, która spokojnie oddychała, odwrócona do niej plecami. Ostrożnie objęła ją, sunąc dłońmi w zagłębieniach talii, po stromej linii biodra, po kuszących krągłościach. I już chciała zanurzyć nos w czarnych loczkach, pośród wszystkich skaczących piegów, już poddawała się omdlewającej błogości, gdy zdarzyło się coś co nie powinno się zdarzyć. Coś czego Katarzyna Frank nie przewidziała, bo w końcu z Kasią Pepper nic nigdy nie wiadomo.

Kasia ze zwinnością małego lwiątka, w ciągu kilku sekund, odrzuciła kołdrę, zerwała zębami czarną tasiemkę z ramienia, na którego nadgarstku Katarzyna wcześniej badała puls, oplotła ją nogami, rękami i cała swoją wrzącą, nerwową piegowatością. Zanim Katarzyna Frank zdążyła zaprotestować, wykonać jakikolwiek gest, a nawet zorientować się jak to się mogło stać, usłyszała nad sobą rozbawiony, dziewczęcy chichot. Znalazła się w pułapce.

- Wszystkiego najlepszego Katarzyno Frank! – powiedziała Kasia Pepper ogrzewając jej usta ciepłym oddechem.

***

Wykorzystano fragment powieści "Pokuta" autorstwa Iana McEwana, w przekł. Andrzeja Szulca. 

4 komentarze:

Jenny Schecter pisze...

Och i ach. Tyle jestem na razie w stanie napisać. Znalazłam kilka cudownych określeń, którymi będę się egzaltować dopóki nie napiszesz czegoś nowego. Masz taką cudowną (znowu to słowo, ale żadne inne mi nie pasuje) wrażliwość językową. Na pewno książki, które czytałaś zostawiły w Tobie jakiś ślad, ale cała reszta jest chyba naturalna tzn. styl i dobieranie słownictwa.
Czekam na więcej i więcej bo głupio mi odgrzebywać jakieś notki sprzed dwóch lat. No i po przeczytaniu chyba całego archiwum (choć nie wiem czy cokolwiek z tego pamiętam bo czytałam w tym swoim "szale" o 4 nad ranem) jestem strasznie głodna nowych notek.

Jeśli nie masz weny czy nastroju na pepperowe opowiadania to pisz cokolwiek, jestem pewna, że nawet lista zakupów w Twoim wydaniu będzie mnie kręcić.

lipshit pisze...

Egzaltuj się, egzaltuj się do woli. Taki już charakter lipshit bloga. It's a gulity pleasure. Wszyscy czytają, ale nie nikt się nie przyznaje. Lipshit jest egzaltowany, kiczowaty i pretensjonalny. Co dla niektórych jest głównym zarzutem, ja się cieszę, gdy wywołuje szczere emocje. A jak ktoś jeszcze ma jaja, by się przyznać, że się w tej kiczowatości odnajduje, to ja wtedy zaczynam szczytować.

Problem z Pepperówną jest taki, że ja mam zawsze nastrój i nieustającą wenę. Moje notatki i teksty to teraz wielki PepperLand. Muszę się powstrzymać, żeby nie zpepperować lipshit do reszty, bo przyznaję Kasia jest dość specyficzna i proces przekonywania się do niej czasem przechodzi dość opornie i kończy się zazwyczaj spektakularnym fiaskiem. Ile powinno być Pepper w Lipshitcie? Nie potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie...

Na chwilę obecną nowa lipshit notka zawsze w niedzielę wieczorem. I codzienny spam/broadcast na fejsie.

Jenny Schecter pisze...

Pretensjonalny to jest blogasek Kasi Tusk (;

Nie wiem jak u innych, ale w moim przypadku to nie jest klasyczna 'gulity pleasure', jeśli w ogóle moją słabość do Twojego bloga mogę tak nazwać. Ja się nie wstydzę swych uczuć, wręcz przeciwnie - zresztą dowodem jest mój bełkotliwy wyraz uznania, który spłodziłam gdzieś o jakiejś 4 nad ranem w stanie totalnego uniesienia/histerii.

Muszę się przyznać, że samym początku też miałam w sobie swego rodzaju opór przed Pepperówną, ale jak już się przekonałam to zakochałam się na zabój. Zresztą zakochałam się w całym Twoim blogu. Poza wspólnymi fetyszami (a jak), cudownym językiem, który działa na mnie chyba bardziej niż cały ten softpornowy emploi bloga (wiem jestem dziwna); najbardziej cenię sobie Twoją samoświadomość; to, że niczego nie udajesz - jak udajesz to jest to Twoja kreacja; brak pruderii, brak pieprzonych branżowych naleciałości (nie wiem czy wiesz co mam na myśli). Ale chyba się powtarzam...

Kicz jeżeli jest (a w Twoim wypadku jest) zamierzony to go uwielbiam. Zawsze kochałam go w filmach, teraz wiem, że literacki kicz też kocham i ubóstwiam etc etc.

Poza tym to w jaki sposób opowiadasz o seksie (mam na myśli nie pepperowe notki) jest kolejnym powodem, dla którego zaglądam na lipshita. Znów się powtarzam, ale to naprawdę rzadkość. Nigdy nie lubiłam jak ktoś mówił czy pisał o seksie wprost - teraz już wiem dlaczego. 80% ludzi w tym kraju po prostu tego nie potrafi. Większość tego gadania to psuedo-wyzwolony bełt, który naprawdę ma za zadanie ukryć mentalność pensjonarek autorek/autorów. Niektórym wydaje się, że jak użyją słowa 'kutas' to automatycznie sprawi, że tekst będzie pieprzny i dowcipny. Niestety w większości wychodzi tak jak Gretkowskiej - bardzo pretensjonalnie i na siłę (jeżeli dodamy do tego jej grafomanię to już w ogóle mamy żałość do sześcianu).

Co do FB, to zalajkowałam blogaska już dawno, ale nie wiem dlaczego nie widzę notek na moim tajmlajnie, huh. Spisek jakiś czy co? Zresztą może to i lepiej, pisanie o swoich fetyszach pod swoim nazwiskiem nie jest dobrym pomysłem.

lipshit pisze...

Bardzo dziękuję i jeszcze raz, ukłon za wielkie jaja, odwagę, żeby napisać, że się podoba. Bardzo doceniam. Rzadko kiedy ludzie upubliczniają pozytywne emocje. A to, wiadomo, takiego narcyza jak ja, bardzo napędza. Szczególnie w kontekście Katie Pepper, z którą mam love-hate relationship.

Fantastycznie, że zadałaś sobie trud by przekonać się do Kasi Pepper. Wiem, że są czytelniczki lipshit bloga, które mają mi za złe, w którą stronę zawędrowała jedna z niewielu polskich soft porn bohaterek. I niestety, zła wiadomość jest taka, że Pepper się nie zmieni. Będzie co raz bardziej pogrążała się w baśniowej Krainie po Drugiej Stronie Lustra, pełnej kiczu i absurdów. Jeśli ktoś liczy, na branżową powieść osadzoną w warszawskiej scenie klubowej, to nie tutaj. W Kasi Pepper najważniejszy jest subtext. Jak druga opowieść płynie pod powierzchnią tekstu. I tak naprawdę deklarując kicz (ja, że go piszę, ty, że go uwielbiasz) mówimy o własnie o prawdziwej opowieści, skrytej w Ciemnych Sprawkach Kasi Pepper. Nawet jeśli jej pojmowanie jest tylko intuicyjne. Naprawdę, Kasia Pepper to więcej niż ciasteczka i pończochy, to sublimacja kulturowa, według freudowskich wzorców. Dlatego zawsze będę biła brawo tym, które ryzykują zanurzenie się w różowych wodach świata Kasi Pepper, mimo zarzutów o infantylność. Biję brawo Tobie i innym dziewczętom, które czekają na dalszy ciąg Zmyślnych Dziewcząt (bo to jeszcze nie koniec, oczywiście). Dla mnie rezygnacja z Kasi Pepper w obecnej postaci, byłoby rezygnacją z wiary w dość specyficzną wizję świata. Dlatego, do wszystkich hejtersów, fuck off, I belive in Katie Pepper.

CO do samoświadomości, grafomanii i branży, nie mogę się bardziej zgodzić. Zawsze powtarzam... "ja odmawiam bycia serio. Chcę być sobą. Grzecznie, acz stanowczo, odmawiam zejścia na ziemię". I życzę tego wszystkim, którzy biorą się za pisanie, mniej czy bardziej na poważnie. Bądźmy sobą i nie bądźmy tak serio, nie bójmy się grafomanii i dopieszczania wewnętrznego dziecka. Tak jak deklarowałam w "I don't date" zarzuciłam czytanie polskiej blogsfery, ze względu na wrażenie deja vu. Jakbym czytała wciąż tą samą wersję tych samych postów lub copy&paste wątków z forum kk. O fanfikach nie wspominam, bo na sam dźwięk tego słowa nóż mi się w pornograficznej kieszeni otwiera... Gdzieś zaniknęła odwaga i oryginalność, chęć przecierania nowych szlaków i tworzenia własnych postaci, opowiadania własnych historii. W kółko tylko seriale lub inne media. Nie mam nic przeciwko xerowaniu branżowych tematów, ale niech każdy ma swoją xerokopiarkę, a nie wszystko wypluwa jedna, zmęczona maszyna.

A Gretkowską naprawdę lubię. W końcu jest narcystyczną, megalomańską, nieustraszoną, pornografką grafomanką. Uwielbiam! Przyznaję się! Też mam jaja.