niedziela, 25 marca 2012

Antyrandka z Sherlockiem

Powszechnie wiadomo, że Katarzyna Frank nie przepada za zjawiskiem fanfiction i wypisała się z fandomu.

Polonistka; Dobra, dobra Frank, ale czytałaś „alone on the water”. Widziałam, ty wstrętna hipokrytko! 
Katarzyna Frank; Oj cicho, cicho… To było podczas PostRFallDepressionDisorder. Raz się nie liczy, prawda?

Nie byłabym sobą gdybym zdecydowała się na krytykę zjawiska, którego nie umiem tak do końca pojąć. Nie umiałam się jednak powstrzymać i zamiast krytyki, w całej swej narcystycznej megalomanii, przedstawiam swoją własną wersję fanfika. Oto szerlokowy ANTYfanfik z fikołkiem. Czytać z przymrużeniem jednego oka. Drugie proszę zostawić szeroko zamknięte. 

AntyRandka z Sherlockiem

Imitation is the highest form of flattery. 


Więc w końcu udało im się umówić. Po wymianie maili, facebookowej kokieterii i przypadkowym rozpoznaniu na kobiecej imprezie (tak właśnie myślałam, że to TY). Brunetka siedzi przy stoliku. Katarzyna Frank uprzedziła ją, żeby raczej nie próbowała dzwonić ani pisać, bo i tak nie odbierze, nie odpowie. Telefonu używa tylko w sytuacjach alarmowych. Poprosiła, żeby zamówić jej podwójną wódkę sauer na lodzie i czekać. Pojawia się niemal punktualnie. Jak zwykle nerwowa, niemal wbiega do sali jakby ktoś ją gonił, rozpinając płaszcz i ściągając rękawiczki. Jest na obcasach. To dobrze wróży. Katarzyna jest ubrana na czarno, w spódnicy o kroju koła, która sterczy na boki jak beza. Tylko czerwona szminka kontrastuje z bladością twarzy i podkrążonymi, przekrwionymi oczami, pamiątce po kolejnej nocy ślęczenia przed komputerem, pewnie nad tekstami albo pornosami. Katarzyna uśmiecha się neurotycznie i pochyla nad brunetką, muskając czubkiem piegowatego nosa jej policzek. Coco Mademoiselle, dokładnie tak jak na blogu. Katarzyna upija drinka, wznoszą toast za spotkanie. Frank ma słabość do toastów. Każdy kto z nią pił wie, że potrafi wznosić je całą noc, przy każdym następnym drinku, chociaż sama sobą gardzi gdy po raz kolejny słyszy „no to co dziewczęta? Za co pijemy?”. I wszystko świetnie, wszystko pięknie, gdyby nie jeden mały szczegół. Nagle jak spod ziemi, pojawia się brunet, również w płaszczu, spod którego błyska biała koszula, chyba trochę za mała. Jest bardzo wysoki, ma kręcone włosy. Nie zdejmuje rękawiczek, nie podaje ręki na przywitanie, tylko bez pytania przystawia sobie krzesełko i rozsiada się, zakładając nogę na nogę. Ma dziwne, blade oczy, które bez skrępowania wbija w Brunetkę. Jest arogancko pewny siebie. Bezczelny.  

- Przepraszam, a to kto??? – Brunetka wskazuje na mężczyznę, który z upiornym uśmiechem krokodyla przebiera nerwowo palcami po blacie stołu. – Twój chłopak?
- Kto? … Och, cholera jasna…  – Katarzyna Frank odwraca się w kierunku mężczyzny i przez niebezpiecznie długą chwilę patrzy na jego arystokratyczną twarz. Po chwili zaczyna się tłumaczyć Brunetce z przepraszającym uśmiechem na uszminkowanych ustach. – Och… to… nie przejmuj się. To mój fetysz. Obecnie BBC Sherlock, ale to się może w każdej chwili zmienić.
- Fetysz? – Brunetka sięga po swoją szklankę z wiśniowym piwem w kolorze głębokiego burgunda. W sumie mogła się spodziewać czegoś takiego. Dziiiwnego. Katarzyna Frank również sięga po swoją wódkę, ignorując mężczyznę, co raz wygodniej rozsiadającego się przy stole, jakby jego obecność była czymś najbardziej naturalnym pod słońcem. 
- Tak. Fetysz. Projekcja moich fantazji w aktualnej formie. Jako, że ludzie z krwi i kości rzadko kiedy są w stanie sprostać moim oczekiwaniom, mój fetysz jest z celuloidu oraz farby drukarskiej. – Sherlock pokiwał kędzierzawą głową na potwierdzenie słów Franciszki, której zdawało się, słuchał bardzo uważnie. Pomachał Brunetce dłonią w skórzanej rękawiczce. Tak, to ja. Postać z brytyjskiego serialu. Tak, tak naprawdę nie istnieję. - Zresztą, to dość powszechne zjawisko, choć nie zawsze są to fetysze…. 

Katarzyna Frank przesunęła się na krześle, rozglądając się po sali. Nachyliła się w stronę Brunetki i wskazała palcem na parę dziewczyn przy jednym z dalszych stolików. 

- Ta dziewczyna, wybrała się na kolację w nagrodę za zdane egzaminy. Sama… Wiesz, taka randka z samą sobą. Jeden z żałosnych rytuałów, którym poddają się single, żeby mieć pretekst by wychodzić z domu. Ta naprzeciwko to jej była dziewczyna. To znaczy jej projekcja. Tak naprawdę jej tu nie ma. Co więcej, prawdopodobnie nie ma szans na to, by kiedykolwiek znowu zjadły razem kolację. 

I rzeczywiście, tylko jedna z dziewczyn dłubała widelcem w talerzu. Druga, z rękami założonymi na piersiach, obserwowała ją krytycznie. Franciszka wskazała na ludzi tłoczących się przy barze;

- Tamten mieszany czworokąt. Na randkę przywlekli ze sobą rodziców. Za zmysłową brunetką stoi jej psychoterapeutka. Za tamtą słodką, małą blondyneczką stoi wysoki pan i wysoka pani. To jej osobisty iluzoryczny trener i wymyślona dietetyczka. Wyrywają jej z buzi jedzenie, liczą kalorie i zmuszają do spontanicznego wykonywania pompek. A tamten rudzielec ma ze sobą kogoś kto wygląda na jego sobowtóra… to nie jest jego sobowtór. To również fetysz. Bardzo narcystyczny, ładnie wykonany… - Katarzyna Frank trzepnęła Sherlocka po dłoni, którą wyciągał po jej drinka i pogroziła mu palcem, po czym znów odwróciła się w stronę Brunetki. – Uważaj na swoje piwo, on lubi dosypywać różne świństwa do cudzych napojów… Nic na to nie mogę poradzić. Fetysz wszędzie się za mną wlecze. Jak wytrawny stalker. Podgląda mnie przez okno, zakrada się niepostrzeżenie do łóżka, moczy się ze mną w wannie. Krytykuje mnie nieustannie podczas zakupów, ukradkiem odkłada ciastka na półkę w supermarkecie, łaskotkami przeszkadza w teatrze, nieprzystojnymi komentarzami przeszkadza w kinie, w bibliotece podsuwa mi książki do przeczytania. Im bardziej oczywista erotycznie sytuacja, tym bardziej staje się widoczny… 

Brunetka spojrzała jeszcze raz na Sherlocka, który w oślizgły i krokodyli sposób uśmiechnął się. Ten uśmiech mówił „łapy precz, szmato”. 

- Naprawdę, nie przejmuj się nim. – Katarzyna ze szczerym zakłopotaniem przyłożyła dłonie do serca. – Wiem, że to trudne, ale jeśli nie będziemy na niego zwracać uwagi, to znudzi się i pójdzie sobie. On się bardzo łatwo nudzi.

Brunetka nie była taka pewna. Sherlock zawiercił się na krześle, poprawiając kołnierz płaszcza i mrugnął do Brunetki porozumiewawczo. To mrugnięcie mówiło „na to bym nie liczył, złotko”.

- Mamy podobne włosy… - Brunetka dotknęła swoich miękkich, ciemnych loczków. 
- Tak, właśnie. Zauważyłaś. – Katarzyna zarumieniła się lekko. – Mogę ich dotknąć?

Sherlock parsknął śmiechem, odwracając z niesmakiem głowę. Znów zaczął bębnić palcami o blat stołu, co było dość irytujące.

- Nie posługujesz się kodem binarnym? – spytała z troską Katarzyna – To może i lepiej. Raczej nie chciałabyś wiedzieć, co właśnie wystukał… 
- I ty porównujesz nas do siebie? – Brunetka znów upiła łyk piwa. Nagle zrozumiała dlaczego Franciszka z miejsca zabiera się za podwójną wódkę. Sherlock wodził jasnymi oczami za szklaneczką, która na brzegach miała rozmazaną czerwonę szminkę. Gdy Katarzyna opróżniła ją niemal jednym haustem, podwinął rękaw płaszcza i zaczął bawić się nikotynowym paczem. Franciszka przez chwilę jak zamurowana gapiła się jak Sherlock odkleja i przykleja sobie plaster.
- Pewnie nie palisz? – spytała nerwowo. Brunetka pokręciła przecząco głowo, zaciskając usta – Czy porównuję….? – Katarzyna powiedziała nieprzytomnie, pocierając czoło dłonią jakby miała ogromne problemy z koncentracją. – Nieustannie. W każdej chwili. Wszystkich. Nie martw się. Nikt nie wytrzymuje tego porównania. Ale gdybym się tym przejmowała, powinnam teraz siedzieć w domu, z laptopem i tabliczką czekolady i…

Sherlock zachichotał pod nosem. Dawało to dość dziwny efekt, jakby wydobywał pomruk gdzieś z dna głębokiej studni. Franciszka wywróciła oczami i zaszczękała zębami, jakby nagle zrobiło się jej zimno. 

- Próbowałaś coś z tym zrobić? – Brunetka nachyliła się kierunku Katarzyny, tak by nie mieć Sherlocka na linii wzroku. Gdy Katarzyna nie patrzyła, odchylał się za jej ramię i stroił do Brunetki groźne miny. 
- A po co? – Katarzyna również nachyliła się nad stolikiem, zupełnie jakby brały udział w jakimś spisku. Mówiły szeptem i starały się nie wiercić za bardzo, tak by Wyimaginowany Przyjaciel Katarzyny Frank wreszcie się znudził i coś ze sobą zrobił. - To się zdarza. Im bardziej z nim walczę, tym bardziej staje się upierdliwy. Próbowałam zrobić sobie od niego detox, ale wtedy jak na złość zmultiplikował się i nagle byłam osaczona przez trzy egzemplarze. Wyobraź sobie ten tłok w wannie … - Za plecami rozległo się szuranie. To Sherlock ostentacyjnie wstał od stołu. Chwilę pokręcił się za plecami Franciszki, potem pochrząkując jakby męczyła go astma, ruszył w kierunku wyjścia.  – To naprawdę nic przykrego. Każdy targa ze sobą jakiś balast na randki. Exy, meble, ulubione zwierzaki, gadżety erotyczne. Ja targam swojego fetysza. Z tą różnicą, że mój nie istnieje. Dlatego się spotkamy. Potrzebuję cię do paru rzeczy, których on nie jest w stanie mi zrobić… 

Brunetka z niedowierzaniem pokręciła głową i odchyliła się do tyłu. 

- Mam być zastępczym gadżetem erotycznym? – wysyczała przez zęby
- Uuups….. chyba nie powinnam tego mówić. - Katarzyna zmartwiona wyprostowała się. Znów z zakłopotaniem potarła czoło. -  A tak właściwie…to….  przypomnij mi dlaczego się tutaj spotkamy?
- Randka… ? – Brunetka zgrzytnęła zębami
- Ach no tak… przepraszam. Chcesz następnego drinka? Shoty? – Katarzyna desperacko wskazała bar, a potem konspiracyjnym szeptem dodała – Mówiłam ci, że sobie pójdzie! 

Gdy tylko zostały przy stoliku same, po kilku kolejkach najlepszej w mieście wiśniówki, rozmowa zaczęła się toczyć zwykłym randkowym biegiem. Katarzyna Frank, uprzejmie podekscytowana, zadawała nieszablonowe pytania i wydawała się szczerze zainteresowana odpowiedziami Brunetki. Brunetka opowiadała o swoich wakacjach na Krymie, doświadczeniach ze squotowaniem w Amsterdamie i o tym ile Franciszka traci nie przykładając się do nauki gotowania. Wywiązała się nawet flirciarska sprzeczka o wyższości siedzenia w kuchni nad siedzeniem na kanapie i czytaniem książek. Obie zgodnie przyznały, że czytanie podczas gotowania nie wchodzi w grę. I wszystko ładnie, wszystko pięknie, ale Brunetka świetnie zdawała sobie sprawę ile wysiłku Katarzyna wkłada w rozmowę. Bynajmniej, nie ze względu na domniemane upodobania antyspołeczne Franciszki, ale tylko dlatego, że jej piwne oczy wciąż uciekały w kierunku drzwi wyjściowych. Z początku Brunetka była przekonana, że Katarzynę dręczy nikotynowy nałóg, który tak celebrowała i lubiła sławić, ale niestety to nie było to. To był on. Zresztą obie go widziały kątem oka. Stał przy drzwiach i szczerzył się na swój gadzi sposób, niczym kot strzygł uszami pod miękkimi loczkami. Oparty o ścianę to przeciągał się, tak że guziki białej koszuli trzeszczały i groziły wystrzeleniem w powietrze niczym małe pociski, to mrugał morsem, to bawił się palcatem, drapiąc się nim po swoich niecodziennych kościach policzkowych, kręcąc na nim loczki i zaczepiając przechodzących obok ludzi. Katarzyna wkładała nadludzki wysiłek by siedzieć spokojnie na miejscu, w skupieniu marszcząc brwi, jakby Brunetka mówiła do niej w wymarłym języku. Z uporem maniaka wbijała oczy w jakiś jeden, określony punkt na jej twarzy. Chwilami Katarzyna zaczynała kiwać głową co raz wolniej, jedno jej oko zaczynało przymykać się w rozmarzeniu i trochę uciekać w bok. Przygryzając dolną wargę, podpierała się w ten sposób by osłonić sobie jedną część twarzy, jakby raziło ją słońce. Trwało to tylko ułamki sekund, ale z każdą próbą przywrócenia się do porządku, Katarzyna Frank z ciężkim westchnieniem, rozpraszała się co raz bardziej. Zaczynała od niechcenia bawić się saszetkami cukru, które wydobywała w zamyśleniu z torebki i układała je w różnych konfiguracjach. Raz w siódemki, raz w czwórki, w trójki, potem znowu w siódemki, a raz w bardzo przybliżonym układzie systemu słonecznego.  Gdy zaczęły rozmawiać o ulubionych sposobach na spędzanie wolnego czasu, Sherlock postanowił zadać ostateczny cios. Najpierw zaczął gwizdać. Musiała być to dobrze znana Katarzynie Frank melodia, ponieważ odwróciła się w jego stronę i zastygła, jak króliczek w światłach wielkiej ciężarówki, w oczekiwaniu by zostać startym w proch. Sherlock, z cwaniaczkowatym uśmieszkiem powoli wyciągnął coś z kieszeni. Coś długiego i amarantowo różowego. Brunetka zmrużyła oczy wytężając wzrok. To mogło być toblerone, ale przecież nie robią toblerone w kolorze amarantowym…?  

- Widzisz, mi też się czasem zdarza… chodzić cały dzień w … - Katarzyna Frank dzielenie dukała, starając się stwarzać pozory, że kontynuuje rozpoczęty wątek. –  …. chodzić cały dzień w szerloku… to znaczy w szlafroku… - parsknęła, na wpół z chichotem, na wpół ze zgrozą. 

Zarówno Franciszka, jak i Brunetka, wiedziały że Katarzyna właśnie przegrała nierówną walkę. Sherlock zachichotał, co przypominało pomruk wydobyty z samego dna piekielnych czeluści. Dziewczyny chwilę patrzyły na siebie szeroko otwartymi oczami. 

- A tak właściwie to …  przypomnij mi dlaczego tutaj się spotkamy? – powiedziała powoli Brunetka. 
- Randka? – wyjąkała Katarzyna
- Przecież ty nie chodzisz randki… - Brunetka podskoczyła, jakby ktoś pod stołem kopnął ją w goleń. 
- Racja. – Katarzyna wykrzyknęła zadowolona, klaszcząc w dłonie jak mała dziewczynka. – Racja! Przecież ja nie chodzę na randki! Przecież czekam sobie spokojnie na true romance. I don’t date! 

I nagle, jak gdyby wydobyła się z transu czy snu, Katarzyna Frank znów stała się nerwowa i pośpieszna, jakby ktoś ją gonił, śledził i popędzał, Zaczęła wykonywać tysiąc czynności naraz. Równocześnie grzebała w torebce, odliczała pieniądze, rozsypywała drobne na stole i po podłodze, malowała sobie usta czerwoną szminką, szukała zapalniczki i łypała w stronę Sherlocka, który kręcił się koło wyjścia, to wchodząc, wychodząc lub tylko wściubiając swoją kędzierzawą głowę do środka, tak samo neurotycznie podskakujący i wiercący się jak ona. W końcu, z papierosem w zębach, Franciszka wstała od stołu z nieznośnym szuraniem i uścisnęła Brunetce dłoń mówiąc;

- Miło było. Naprawdę. Ale muszę już się zbierać. Jestem umówiona z bratem. 
- To ty masz brata? – nieopatrznie wymknęło się Brunetce, choć właśnie przysięgała sobie już nigdy w życiu niczemu się nie dziwić. 
- Bliźniaka. – rzuciła Katarzyna Frank przez ramię, równocześnie stawiając wysoko kołnierz swojego płaszcza i naciągając skórzane rękawiczki.

Brunetka patrzyła jak Franciszka wypada z knajpy w pośpiechu, jakby co najmniej wybuchł pożar. Sherlock podreptał tuż za nią i ponaglał ją, lekko popychając w kierunku wyjścia. Przez okno dziewczyna obserwowała, jak już na ulicy, kłócą się o coś. Katarzyna Frank wymachiwała papierosem i złośliwie wypuszczała chmury dymu w kierunku Sherlocka, który starał się nie wypaść z trybu zażartej sprzeczki, równocześnie próbując złapać taksówkę. Franciszka wsiadła do czarnego samochodu, grożąc oboma palcami wskazującymi na raz i zatrzaskując mu drzwiczki przed nosem. Sherlock wzruszył ramionami i bez wysiłku, jakby był lżejszy od piórka, wdrapał się po masce taksówki, wszedł na dach, gdzie usiadł sobie po turecku. Uderzył dwa razy pięścią o dach i taksówka ruszyła. Brunetka westchnęła ciężko i odchyliła się na krześle. Naśladując szerlokowy gest, uderzyła dwa razy pięścią o blat stołu. Rozległo się stukanie i szuranie, poczym spod stołu wygramoliła się kobieta. Miała na sobie o wiele za duży płaszcz, identyczny z tym, który nosił Sherlock. I najprawdopodobniej nic pod spodem. Była zjawiskowo piękna. Miała wysoko upięte, ciemne włosy, na nogach najprawdziwsze louboutins, a czerwona szminka była czerwieńsza i lepiej dopasowana do karnacji niż ta Frankowa. Katarzynie Frank, mimo starań i wielu prób przed lustrem, nigdy nie udałoby się uzyskać czerwieni jaką nosiła Irene Adler. Kobieta zwróciła się w stronę Brunetki, siadając na krzesełku. Z obrzydzeniem zlustrowała poprzewracane kieliszki po wiśniówce, rozsypane monety i resztki tytoniu po stronie, gdzie jeszcze przez chwilą siedziała Franciszka. Zaczęła od niechcenia przeciągać się.

- Drogi boże, bywałam już w bardziej niewygodnych pozycjach, ale to doprawdy… Tyle czasu mnie trzymać na klęczkach i z wypiętą pupą. – Irenka łypnęła na Brunetkę, która uśmiechnęła się smutno. - Czy zdajesz sobie sprawę, że Panna TheFake Frank miała przetarte pończochy? 

Brunetka wywróciła oczami i pogroziła Irence palcem, co najwyraźniej było międzynarodowym znakiem charakteryzującym wszystkich udręczonych przez swoje fetysze. 

- Nie. Odzywaj. Się. Do. Mnie. – wysyczała przez zęby – Tamten przynajmniej się nie odzywał. Ty paplasz bez przerwy…
- Och, nie pytaj skąd to wiem. I nie pytaj gdzie ma te pończochy poprzecierane…- Irenka była najwyraźniej rozbawiona całą sytuacją i uśmiechała się podstępnie do Brunetki -  Gdybyś się troszkę bardziej postarała sama mogłabyś odkryć, że…

Brunetka ukryła twarz w dłoniach. Irenka nachyliła się nad stołem i położyła dłoń o czerwonych pazurach na ramieniu dziewczyny, ściskając delikatnie. 

- Och, moja słodka, nie przejmuj się! – wyszeptała - Naprawdę nie ma nad czym płakać. Jeśli tylko chcesz mogę dać ci powód do płaczu, innego rodzaju płaczu…
- Rujnujesz mi życie! – Brunetka podniosła głos, strząsając z siebie czerwone pazury - Oboje rujnujecie życie całemu pokoleniu inteligentnych kobiet! 
- Życie? Jakie życie? To poza pochłanianiem pop kultury macie jeszcze jakieś życie?  - Irenka opadła z powrotem na krzesło, krzyżując ramiona.  – Intensywność fetysza jest wprost proporcjonalna do rzeczywistych braków w fakturze życia. Jakie apetyty taki fetysz.   

Brunetka patrzyła na nią chwilę spode łba, w końcu uśmiechnęła się do Irenki, kiwając głową. Fakt. Irenka odwzajemniała uśmiech i figlarnie strzeliła oczami. Jej błękitne spojrzenie nabierało intensywności. 

- Co za koszmar, ta Frank… - skrzywiła się kpiarsko - Widziałaś jej spódnicę? Nosi takie rozkloszowane, obszerne worki by ukryć swój kościsty tyłek… To co? Miałabyś może ochotę zjeść ze mną kolację? 



4 komentarze:

Renate pisze...

wczoraj brakło mi czasu, żeby podziękować za umilenie poniedziałkowego poranka - dziękuję :)

lipshit pisze...

Polecam się na przyszłość.

Wkrótce wracamy do Zmyślnych Dziewcząt.

Anonimowy pisze...

Szacun. Dodaje do ulubionych opowiadań :) V.

lipshit pisze...

Naprawdę szczerze cieszę się, że się podobało. Pisanie Franlocka sprawiło mi mnóstwo frajdy.