piątek, 20 stycznia 2012

LIPSHIT OGLĄDA: Gdzie są Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet?

Uwaga, w tekście znajdują się spoilers. Zawsze chciałam to napisać. Co prawda, nie będą to spoilers dotyczące Dziewczyny z Tatuażem, ale….

- No i jak ci się podobał film? – pyta mnie E. gdy siedzimy sobie nad najlepszą wiśniówką w mieście
- Jaki film? – pytam marszcząc nos
- No ten, na którym byłyśmy … - E. zerka na zegarek - … niespełna godzinę temu. Ten w którym jedli frytki, zupki chińskie i kanapki z ogórkiem. 
- Nie wiem. Nie pamiętam. Pamiętam tylko, że ścierpły mi nogi.

No bo taki też to jest film. Do natychmiastowego zapomnienia. Sama nie wiem, dlaczego skazuję się na ponowne męczarnie, pisząc recenzję. Bo inni to robią? Bo ośmielam się mieć inne zdanie? Bo wolałabym pisać o czymś innym…

… na przykład o Tinker Tailor Soldier Spy, który wciąż siedzi we mnie jak drzazga. Jeden z tych przeklętych filmów, tak dobrych, że wiem, nie wydarzy się wkrótce nic „równie” czy chociaż „prawie” czy chociaż „trochę jak”. 
… na przykład o Submarine, którego jeszcze nie widziałam, ale wciąż kusi mnie by właśnie dlatego spłodzić recenzję. Powymądrzać się na temat filmu, którego się nie widziało. Poobstawiać zakłady. Zobaczyć ile bezpodstawnych bzdur ujdzie mi na sucho. A potem bezwstydnie zedytować post i udać, że „ja? ja nie mogłam czegoś takiego napisać”. 
… na przykład o Margin Call, pierwszym filmie jaki widziałam w tym roku, bardzo adekwatnym do własnego, korporacyjnego doświadczenia. 
… na przykład o tym jak Garderoba Profesora Sparka, po ostatnich kosmetycznych poprawkach, nabrała krwistych rumieńców. I jaka jestem z niej zadowolona.
… na przykład o tym czy obciąć grzywkę czy dalej zapuszczać.
… na przykład o tym (i uwaga, opada tablica z migoczącymi żaróweczkami, spoiler) jak cała Anglia opłakuje Sherlocka. Wiem, wiem, kręcicie nosem. Jestem totalnym fanatykiem, jeśli chodzi o produkcje BBC i poprawny akcent. You can see that comin’.  You can feel that crush. Wiem, wszyscy się spodziewali, że prędzej czy później zacznę ekscytować się Sherlockiem by BBC. Filmów Guya Richiego nie widziałam, obiecuję sumiennie nadrobić STEAMpunkową wyrwę w popkulturowej świadomości (i wydam wyrok, kto jest bardziej steam, może okaże się, że Watson). W niedzielę, późnym wieczorem, facebook i tumblr po prostu rozbłysnął jednym, powtarzającym się obrazkiem. Pyk, pyk, pyk. Facet w płaszczu, stojący na skraju dachu jakiejś kamienicy. Pomyślałam, „Oh my fckn god, not that CSI London again!”. Automatyczne skojarzenie z Pure Morning Placebo, że pewnie Sherlock zaczął schodzić po tafli budynku, jak Jezus po wodzie…  Więc piszę w trybie ekspress do mojego źródła wyspiarskich wiadomości pop i razem z J.P. roztrząsamy histerię, zelektryzowani jak po pieszczotach ze stadem węgorzy. Statusy na facebooku, zdania wydeptane na śniegu i wypisane na drzwiach publicznych toalet. Kartki wywieszone w drzwiach restauracji, metra i osiedlowych sklepów. Koleżanka po fachu z opuchniętymi oczami ala Steve Buscemi. Młodzież szkolna ubrana na czarno. Dziewczęta z czarnymi wstążkami na nadgarstkach. I wszyscy płaczą. I wszyscy o tym mówią. I wciąż tylko Sherlock is dead albo Moriarty was Real albo I belive in Sherlock. Potęga wyspiarskiej telewizji. No, ale jeśli się książek nie czyta, to się wierzy, nie w Sherlocka, ale w jego śmierć… I miałam o tym nie pisać, ale napisałam. I pewnie jeszcze napiszę, jak dojdę do końca drugiego sezonu. Jeśli dotrwam, bo nie mam cierpliwości do seriali. I publicznie przyznam się, jeśli przy całym swoim intelektualnym rozeznaniu w Conan Doyle temacie, dam się na chwilę nabrać, jeśli uronię łzę. W sumie lepiej, gdyby na śmierci Szerloka się Sherlock skończył, bo to zastanawianie się gay-or-not-too-gay doprowadza mnie do szału. Tęsknię za czasami, gdy w każdej postmodernistycznej trawestacji unikano najprostszych chwytów (odświeżmy go! zróbmy z nim coś nowego! Wiem, zróbmy z niego geja!), a Sherlock był pozbawiony queerowych podtekstów. Możliwe, że właśnie w ten sposób Wielka Brytania szykuje grunt pod Bonda….

Ostatnio wielką radość sprawia mi bycie kompletnie niepoważną. A to miała być taka poważna recenzja. Serio. TheGirlWith jest serio. Nudno, ciężko i serio. Jak po polskim żarciu. 

Film jest całkowicie pozbawiony jakichkolwiek subtelności, półtonów, półkolorów, półdźwięków. W sumie nie powinnam się dziwić, książka jest tak ciężkim klocem, że może zabić (dosłownie i w przenośni, na przykład jak ją się przeniesie za okno na dziesiątym piętrze). Film niestety, nie jest o wiele lepszy, chociaż liczyłam na wyciąganie subtelności spod śniegu i lodu. Liczyłam, że zobaczę przemianę Lisbeth, która zawsze dokonuje się dla mnie zbyt szybko, z pewną dozą literackiej łatwizny. Liczyłam na lekkość Fight Clubu, na żarciki z obstawiania się meblami z Ikei. Żarcików nie było (no może taki jeden, z puszczeniem oczka do feministek, jak to można uprzedmiotowić faceta w łóżku). To co spotkało mnie w kinie, to produkcja telewizyjna z cyklu „chodź, opowiem Ci straszną historię”. Tak to już zazwyczaj jest, gdy budujemy oczekiwania, zamiast dobrze się bawić. Wiłam się przez te dwie i pół godziny, ziewałam, drzemałam z otwartymi oczami i ścierpłam. A pamiętam jak z  „Zodiac” wyszłam cała spocona i w snach mnie prześladował zodiakowy głos.

Największym błędem było zatrudnienie Finchera, który najwyraźniej wypalił się całkowicie w opowiadaniu strasznych, miejskich, neogotyckich opowieści o przemocy. Odnoszę wrażenie, że pozbawiony świeżej wizji, bez poszukiwania nowych środków, odstawił przydługawy krypto cytat. Mamy i „S7edem” (pod koniec sceny z mszczącą się Lisbeth, kurator upozowany jak ofiary z tegoż), mamy i „Zodiac” (kadry przestawiające dowody, dokumenty, zdjęcia, cały ciąg dochodzeniowy niczym żywcem przeniesiony z tegoż) i trochę "Gry" i trochę "Azylu". Szczyt narcyzmu czy może bezpieczny zabieg? W końcu najbardziej podobają się filmy, które kiedyś widzieliśmy. Jedyna subtelność, jak wnioskuję z mediów, dodana decyzją samego Finchera, to scena „czasem strach przezwycięża strach przed tym by kogoś nie urazić” (tak, staram się nie spoilerować). Co może świadczyć tylko o tym, że sam materiał nie pozostawia zbyt wielkiego pola do popisu lub… ciśniemy pod parental guidance. Miałam wrażenie, że większość książkowego mięsa została wycięta. Martin jakoś mniej zwyrodniały niż w książce, Lisbeth wygładzona, a słynna, skandynawska rozwiązłość… ekhm... przepraszam… seksualna postępowość zredukowana (seksu mniej, trójkąt w którym żyje Blomkvist zaledwie zasugerowany, nawet niehetero zachowania Lisbeth mocno przypadkowe). Zabrakło spójnej wizji. Chaos językowy, na poziomie hierarchizowania poprzez dialekty to jakiś koszmar. Z jakim akcentem mówi Lisbeth? A Erika? A Henrik? Nawet jeśli ustalimy, że wszyscy mówią z akcentem skandynawskim, to dlaczego Blomkvist jedzie z proper posha? Znaczy się z brytyjskiego wysokiego?  To tak jak w produkcjach klasy be, gdzie Kleopatra mówi z akcentem słowiańskim, bo przecież nie pochodzi z Rzymu.

Do obsady nic nie mam. Lubię patrzeć na Robin Wright, podoba mi się jak ładnie współgra z upływającym czasem. Mara, o.k., drętwa jak drewniana deska, ale to chyba taka konwencja. Fajne cycki. Tylko dlaczego ma utlenione brwi? (a śmiałam się z komentarzy, że za wysoka/za chuda/za gruba/zbytnio wykolczykowana, licentia poetica darling! That’s what!). Craig, mam do niego słabość, ładnie spiął i pociągnął większość scen, w typowym dla niego stylu „może wyglądam jak twardziel, ale jestem taaaki wrażliwy”. Na niego też lubię sobie popatrzeć, zresztą drugi ulubiony Bond po bogu. Skarsgard…. No właśnie. Jego Martin to były jedyne chwile gdy przebudzałam się i unosiłam głowę w kierunku ekranu. Oszklony dom Martina to majstersztyk, fantastyczny chwyt, który dopiero z czasem nabiera ponurego znaczenia. Mam za złe, że Fincher nie dał się scenie w piwnicy trochę rozpędzić, że Martin nie powygłupiał się z Blomkvistem chwilę dłużej. Scena miała mega potencjał, a tak skończyło się na typowym „Mogę cię zapewnić, że strasznie tutaj nabrudzisz”, z obowiązkowym uśmiechem i drinkiem w dłoni. Ile razy widziałyśmy podobną scenę? I niech ktoś mi wytłumaczy jaki jest głębszy sens, w filmie który ma trzymać suspens, obsadzać w roli „tajemniczego seryjnego zabójcy” kolesia który zawsze gra patologiczne role? Gdybym nie czytała książki, w momencie gdy pośród mniej znanych aktorów pojawia się czołowy specjalista od ról patologicznych skurwieli, od razu bym wiedziała, że to on robi krzywdę tym biedaczkom i pewnie ma piwnicę pełną narzędzi tortur. Równie dobrze mogli obsadzić w tej roli Oldmana. Mówiącego ze świetnym szwedzkim akcentem. 

Myślę, że znamienna dla tej produkcji jest zmiana oryginalnego tytułu w zamerykanizowanej wersji.. Na główny plan wychodzi Dziewczyna z Tatuażem. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet stanowią jedynie tło. Zbrodnie przestawiane na zdjęciach, w migawkach, opisywane w potoku precyzyjnych słów, seksualna przemoc w rodzinie, zdawkowo opowiedziana w szybkich zdaniach nie wystarczą by wzbudzić współczucie, które bezkompromisowo prowokuje książka. Przypomina to oglądanie kataklizmów w telewizyjnych migawkach. Wiem, że stało się coś złego, wiem, że ktoś cierpiał, ale kontakt ze zbrodnią jest tak powierzchowny, że trudno mi ją odnieść do osobistych doświadczeń, przez co łatwiej się dystansuję. Potrafię odnieść się do przemocy seksualnej, której ofiarą pada filmowa Salander, bo przemoc tą pokazano mi, z detalami. Do reszty zbrodni, ledwo muśniętych filmową narracją, niekoniecznie. Akcenty filmowego języka są niewłaściwie rozłożone. To co stanowi siłę u Larssona; tło społeczne, opowieść o zaraźliwej przemocy, która raz wprowadzona do krwioobiegu rodziny zmienia się w śmiertelna chorobę oraz nazistowski trup w szwedzkiej szafie, tutaj stanowią tło dla przemiany postpunkowej bohaterki. Przemiany, która dla mnie nie dość wiarygodna jak na filmowe warunki, nie przynosi oczyszczenia. A może sama bohaterka nie dość wiarygodna. Chociaż jej mieszkanie… koszmar każdego wielbiciela one night stands.  Mam problem z Lisbeth. Większość z  kobiet niehetero, kiedyś albo przypominała Lisbeth, albo spała z kimś kto przypomina Lisbeth. I tylko w tym upatruję się przyczyny, dla której kiepska książka i beznadziejny film są szeroko komentowane, również na branżowych blogach (w tym na dwóch, które bardzo cenię). Brakuje nam wzorców, niehetero normatywnych heroin, niestandardowych zachowań, butchek, w których mogłyby się podkochiwać nastolatki … but(ch), come on! Nie macie wrażenia, że Lisbeth jakoś na siłę wpycha się w popkulturową tradycję niehetero? Podtyka się ją nam pod nos? Nie lubię bohaterów z projektowaną kultowością. Lubię jak stają się kultowi, gdy wybieramy ich sobie sami…  

Dobra, o gustach się nie dyskutuje. W końcu wolę Sherlocka niż Lisbeth …..





10 komentarzy:

KaRrla pisze...

byłam dziś w kinie na tym filmie , chociaż obiecałam sobie, że najpierw przeczytam książkę, nie wyszło.. Sceny gwałtu Na Lisbeth i w sumie na odwrót.. chyba obrzydziły mnie tak bardzo, że cały film oglądałam przez pryzmat patologi, według mnie wątek kryminalny jest beznadziejny, w ogóle nie buduje napięcia..mimo to 2,3h zleciały całkiem szybko.

lipshit pisze...

pryzmat patologii zdaje się niezbędny w tym filmowym przypadku

VN pisze...

z tym Szerlokiem to wcale nie jest tak, że nie czytali i nie widzą, zresztą sama zobaczysz ;)

lipshit pisze...

Więc skoro czytali, wiedzą, widzą i wierzą, to po cholerę płaczą i ubierają się na czarno?

VN pisze...

co ja ci będę spoilerować, obejrzysz, zobaczysz! ciekawe też, co powiesz na Irene Adler, o którą już się na polskich blogach krew leje

lipshit pisze...

Jestem już po Scandal in Belgravia. Powiem jedno....
doszłam
i chyba wciąż dochodzę.

Anonimowy pisze...

Wybacz, ale nie mogę się powstrzymać. Specjalnie dla Ciebie: "Dziewczyna, która igrała z myślą o tym, by kupić sofę" (czy jakoś tak mniej więcej)
http://www.youtube.com/watch?v=ETr32X9Kcq8&feature=related

lipshit pisze...

Boże, dziękuję.
You've made evening...

następna część
"Mężczyźni, którzy nienawidzą hot dogów"

Anonimowy pisze...

http://www.youtube.com/watch?v=cj9HuaoU1Wo

know you can't get enough
SH

lipshit pisze...

never
KF