piątek, 27 stycznia 2012

LIPSHIT OGLĄDA: BBC Sherlock. Solitaire in reverse.


- Beautiful, isn't it?
- I thought you didn't care about...
- Doesn't mean I can't appreciate it.

Są spoilery.  Robienie czegoś po raz kolejny nigdy nie jest tak przyjemne jak za pierwszym razem. Tablicy z żaróweczkami nie będzie.

Najpierw obiecane posypanie głowy popiołem. Dałam się nabrać na opinię publiczną. Moja arogancka ignorancja kazała mi stwierdzić, że Brytyjczycy to stado aroganckich ignorantów. Stado niepoprawnie romantycznych histeryków? Może, ale nie ignorantów. Całe zjawisko batshit crazy fandomu zasługuje na osobny post. To ekscytujące móc na chwilę wściubić nos w oko cyklonu, ale pozbawiona  reichenbach falls identity crisis muszę wziąć głęboki oddech i cofnąć  się o krok. Nie uroniłam ani jednej łzy. Możliwe dlatego, że wiedziałam co nadchodzi, właśnie dzięki fandomowi. I te smsy z anonimowych numerów doprowadzają mnie do szału. 

Nigdy nie lubiłam tej historii. Holmes zawsze był dla mnie zdziwaczałym, niedo… mkhm… niezaspokojonym seksualnie, starym kawalerem, który zamiast znaleźć sobie seksualnie miłe ujście dla całej namiętnej pasji, kreatywnej energii, która go tak widowiskowo rozpiera, woli dręczyć i wykorzystywać biednego Doktora. Watson, omamiony iluzją sublimacji popędów, wikła się w perwersyjną grę, karykaturę przyjaźni. Staje się zastępczą zabawką erotyczną. Och, i ten brak woli Watsona, jego zachwyt, jego wdzięczność, za te okruszki zainteresowania i przywiązania… nigdy nie udało mi się tego polubić. Zawsze miałam ochotę ich obu (!) sprać na kwaśne jabłko, wrzasnąć „get a life, gentelmen!”  i nie było w tym nic, na boga, perwersyjnego. Aż do teraz…  

Jeśli ktoś spodziewa się po BBC Sherlock serialu o detektywie rozwiązującym kryminalne zagadki, może się mocno rozczarować. To nie Sherlock Holmes do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni. To postmodernistyczna (postqueerowa?) wariacja na temat fetyszy i fantazji współczesnej kultury masowej. Sadomasochistyczna projekcja popkulturowej wyobraźni o przystojniaczku, znajdującym się poza zasięgiem (untouchable is the new queer) oraz jego słodkim, kieszonkowym przyjacielu. Puchatek z aspergerem i Prosiaczek. Tak, tak …. Nie oczekujcie, że będę poważna w tym temacie. Tak zbudowany jest ten serial. To serial o Sherlocku jako takim, nie o przygodach Sherlocka Holmesa. Wiecie kiedy przestałam oglądać House’a? W momencie, gdy z serialu o genialnym lekarzu rozwiązującym zagadki medyczne, zrobił się serial o genialnym lekarzu i jego problemach natury uzależnieniowej/seksualnej/społecznej. Forma przerosła treść, stała się treścią. Za dużo House’a w Housie . I tutaj jest podobnie. Historia powoli staje się podporządkowana dynamice „ile jest Sherlocka w Sherlocku”. 

Nie lubię sposobu budowania głównego bohatera, jaki zastosowano w Sherlocku. Przez trzy pierwsze odcinki pieczołowicie budujemy postać, wyposażając ją w zestaw niestandardowych cech, ekscentrycznych zaburzeń i fetyszy, całkowicie odczłowieczając odruchy oraz sposób wchodzenia w interakcję z otoczeniem i współpostaciami. A potem przez następne trzy pieczołowicie ją dekonstruujemy, udowadniając, że protagonista nie był jednak „tak bardzo” albo „taki” jak nam się wydawało. Nie jestem zwolenniczką metody, w której wyrzuca się całą talię kart na stół w pierwszym rozdaniu, a potem powoli zabiera się po jednej karcie, mówiąc, „nie, jednak nie ta” , „ta tutaj jednak nie pasuje” , „nie, nie, ta jest w ogóle z innej talii”. To jak układanie pasjansa na odwrót. Solitaire in reverse. Lubię gdy postać buduje się poprzez dokonywanie wyborów, gdy nie jest od początku tak mocno zdeterminowana siecią ekscentrycznych zachowań, że zadaje się oplątana siatką i ściśnięta, jak apetyczny kawał szynki. By mnie zadowolić, bohater powinien przechodzić metamorfozę, nie być odzierany z tego co go determinuje i określa. Druga seria BBC Sherlock to perwersyjne rozbieranie Sherlocka z kolejnych części garderoby, którą tak starannie kompletowało się i rozkosznie kontemplowało przez pierwszą serię. Rozbieramy go w sadystycznie konsekwentny sposób, po to by dogrzebać się do ciepłego mięsa, miękkiego brzucha pod spodem. I bynajmniej nie poprzez subtelności i wyrafinowane pieszczoty. O nie. Najpierw dekonstruujemy enigmatyczną seksualność Sherlocka (podsuwając mu gołą babę), potem dekonstruujemy jego niezachwianą pewność siebie (narkotyzując go). Na końcu dekonstruujemy jego ekscentryczną samowystarczalność (zrzucając go z dachu). Wszystko to co doprowadzało moją wyobraźnię do wrzenia (para leciała mi uszami) przez pierwsze …. 

- Uch….. chwila………….. ile jest półtora razy trzy? Ach, no tak… dyskalkulia… 

… przez pierwsze 4,5 godziny jest powoli ostudzane. Sherlock nie jest ani tak perwersyjny, ani tak narcystyczny, ani tak egocentryczny jak myślałam. Rozczarowujące? Spodziewałam się pojedynku umysłów, ja vs BBC. Dostałam inteligentną, zapierającą w piersiach (dosłownie, myślałam, że mam astmę) telewizyjną rozrywkę w iście wyspiarskim stylu. Okazuje się, że buduję nierealistyczne oczekiwania nie tylko w stosunku do ludzi zbudowanych z krwi i kości, ale również tych z farby drukarskiej i celuloidu. 

Gdy przeglądam nieemitowanego pilota, z milutkim, chłopięcym Benedyktem w jeansach, zastanawiam się czy BBC nie rozpędziło się zbytnio. Gdy cały szerlokowski rytuał, włącznie z masową histerią, powtórzył się, zastanawiałam się dlaczego? Przecież wszyscy powinni wiedzieć, że Sherlock ma dziewięć żyć. Jest wszakże kotem. Ba! Nawet wygląda jak kot!  Publiczne przeżywanie żałoby po Sherlocku to najwyraźniej kod kulturowy, dla mnie, środko-wschodnio-europejczyka, całkowicie niezrozumiały. Okazuje się, że BBC dokładnie pokazało, że Sherlock nie umiera nigdy, czym absolutnie zepsuło cały fun. Ostatni kadr jest błędem (tak samo jak w ScandalInBELV, ale wtedy jeszcze łudziłam się, że przemawia przez mnie babska zazdrość. O Moffata rzecz jasna.). Mogli zatrzymać w domyśle, to co i tak wszyscy wiedzą (bo czytali). To jeden z moich głównych zarzutów dla tej produkcji. Ostatnio-kadrowa łopatologia. Po 90 minutach wygrywania subtelności i półdźwięków, mrugnięć i podszeptów, dostajemy ostatni kadr, tak łopatologiczny, że z dźwiękiem moździerza, obraża naszą inteligencję.

W mojej ulubionej scenie serialu, skonstruowanej według freudowskiego mechanizmu, Sherlock rzuca palenie. Zaczął palić w konsekwencji rozbudzenia seksualnego, więc w konsekwencji ponownego przejścia na celibat, palenie musi rzucić. Och! ten wspaniały subtekst, to wdychanie cudzego dymu, jak wdycha się cudze emocje gdy odmawia się sobie własnych! Scenę otwiera Sherlock, który wpada przez drzwi, spryskany krwią od stóp do głów, z harpunem w ręku. I chociaż z jednej strony, mała i rozchichotana Kasia klaszcze i krzyczy „Jeszcze, jeszcze, jeszcze!”, wyrafinowana i uważająca się za dorosłą Franciszka, unosi jedną brew i mruczy pod nosem „Czy to aby nie przesada? Czy to aby już nie autokarykatura?”. I w sumie tak mogę podsumować. Mam absolutnie ambiwalentny stosunek do BBC Sherlock. Ambiwalentny, znaczy, po obu biegunach skrajny. I cieszę się, że stare metody, gdy postawi się przed kamerą kogoś kto udaje dziwaka i robi wszystko to, czego my sami nie będziemy w stanie zrobić, ta najprostsza magiczna sztuczka w łechtanie piórkiem neuronów lustrzanych (no dobra, czasem nie piórkiem, a harpunem) wciąż potrafi rozpalić zbiorową pop wyobraźnię do białości.

Każdy ma jakieś życzenie na third season. Ja bym chciała, żeby nie powstał. Jestem absolutnie zadowolona z tego, co obejrzałam do tej pory, a obserwuję niepokojącą tendencję spadkową. Wystarczy. Dowiedziałam się już wszystkiego, nie ma żadnych tajemnic więcej do odkrycia. … Dobra, chciałabym się dowiedzieć jakich przyborów do golenia używa Sherlock. Nagle, z jakiś niezrozumiałych bliżej przyczyn, ta wiedza stała się dla mnie kluczowa. Sherlock jest absolutnie przykrojony pod moje fetysze. Składam to na karb złośliwej opatrzności. Czasem pewni ludzie rodzą się by cię dręczyć, a pewne postacie są napisane by cię prześladować. Pamiętam, jak śmiałam się z koleżanek podkochujących się w Housie, pytając czy lubią być bite w łóżku. Cóż…. Sherlock Holmes by BBC to wysoki, smukły, zwinny Anglik, o dziwacznej twarzy, fantastycznej szyi, o dłoniach, które można odnaleźć w wikipedii pod hasłem hand porn, o niedzisiejszej strukturze kostnej oraz niebieskich/szarych/zielonych oczach. Ma kręcone włosy, poprawny posh akcent, niski, aksamitny głos ala Alan Rickman. Jest aroganckim, genialnym, narcystycznym, irytującym dupkiem, wysokofunkcyjnym socjopatą z dwubiegunowym arspergerem. To uzależniony od nikotyny, aspołeczny maniak, z prawdopodobnym, ale podejrzanym zaburzeniem seksualnym, z ED, w koszuli od D&G i london cut suits, w pierwszej scenie w najlepsze wymachujący palcatem. Riding crop and some swagger to it. Czy on kogoś wam nie przypomina? Jakieś pytania? Więc ani słowa więcej o Sherlocku. Może napiszę coś jeszcze gdy minie obsesyjny fetyszyzm. Irene Adler jest tak odwiecznie kuszącym tematem (body.vs.mind duel). I Martin Freeman, doprowadzający kobiety do wymiotów swoją minimalistycznie emocjonalną hobbitowością. Jeśli obsesyjny fetyszyzm kiedykolwiek minie. Zła wiadomość jest taka, że to może potrwać miesiącami. Dobra wiadomość jest taka, że to może potrwać miesiącami. 

I nie obchodzą mnie żadne, złośliwe komentarze moich znajomych, rodziny oraz bliskich przyjaciół. To wcale nie jest narcystyczne. W żadnym wypadku. I możecie słać sobie te smsy z numerów zaczynających się na +44, wstawiać dziwaczne komentarze na bloga (których nie będę więcej publikować), gdy nie patrzę ustawiać na tapecie mojego laptopa Benedykta palącego papierosa i słać perwersyjne maile. Wypisuję się z fandomu. Mam w dupie kanon. Wolę działać sama. Well, then, the rules are wrong!



2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Zostałaś ZMoffacona. Co następne? Doktor?

No i jak z tą Irene, też jestem ciekawa.

lipshit pisze...

Za BBC podziękuję. Na razie najadłam się po uszy. I nich mnie bóg broni przed czymkolwiek "whovian".

Moffat to trochę taki pusty dzwonek. BBC Sherlock to strzał w wiktoriańskich ciemnościach i udało mu się trafić. Pierwszy strzał czyli "Jekyll", cóż to było za spektakularne pudło.

Co do Irene&ScandalInBELV, podsumuję tak; ona chciała go przelecieć, on zaczął gadać o miłości. How rewarding is that? ;)