środa, 7 grudnia 2011

LIPSHIT OGLĄDA: Comfort Movies [3]


Ktoś ostatnio przypomniał mi, że najwyższe miejsca z listy Comfort Movies nigdy nie ukazały się na lipshit blogu. I rzeczywiście. Tekst utknął gdzieś między niepublikowaną „Kasią Pepper po dwóch stronach lustra” (tak, tytuł przemorfował wraz ze śmiercią lata) oraz „Wielkim Traktatem Filozoficznym o Goleniu Cipek”. W ramach przypomnienia, Comfort Movie to niekoniecznie dobry film, który poprawia humor, jak szklanka wiśniowej coli, top z bershki czy smażony makaron z panierowanym tofu po chińsku. Wiesz, że to straszne świństwo, ale tak skutecznie sprawia, że czujesz się lepiej.

[2]
Love and other disasters

Brytyjska komedia romantyczna z nieodżałowaną Brittany Murphy w roli głównej. Plot opiera się na uwspółcześnieniu „Śniadania u Tiffaniego”. Heteryczka próbuje znaleźć chłopaka dla swojego najlepszego przyjaciela geja, przy okazji sama się zakochuje. Znajdziemy tutaj wszystko co tak wstrętnie wspaniałe. Murphy, która chodzi na obcasach jak potłuczona. Podrabiany brytyjski akcent. Drętwe dialogi i drewniane aktorstwo. Są brunche, praca w Vouge’u, Naked Chef Jamiego, Gwyneth w epizodzie i kiecki z Dynastii. Fatalne dowcipy, które nikogo nie śmieszą. Londyn fotografowany z czułością kogoś, kto wie, że przechodząc przez ulicę trzeba najpierw spojrzeć w prawo, a potem w lewo. Jest najbardziej nieskuteczny gaydar w całym mieście. Są paskudni faceci ze wspaniałymi wadami wymowy. Są dwie świetne brytyjskie komiczki w drugoplanowych rolach (Catherine Tate, która oglądając Nothing Hill piszczy „To jest taaakie straszne”). Jest klasyczny monolog o kolejnych fazach związku wyznaczanych przez stosunek do bąków puszczanych przez partnera (od wyparcia po how sweet). Jest całkiem nieźle skonstruowany scenariusz i szałowy strój ślubny. To jeden z tych filmów tak złych, że aż fantastycznych, choć z drugiej strony nie wyróżnia się niczym szczególnym. Dlaczego więc na mojej liście comfort movies jest tak wysoko? Z powodów wizerunkowych… 

Oglądam go raz pierwszy tuż po premierze w pustym kinie, wraz z M. Jest 2006. Mam krótkie, czarne, ścięte na chłopaka włosy, lekką nadwagę, drugi podbródek. Mój make up to tylko czarny eyeliner i mascara. Noszę koszulkę polo, szarą bluzę z kapturem, przetarte jeansy z opuszczonym krokiem i pasek wybijany różowo czarnymi ćwiekami. Mam nerkę la coste. Mam conversy. I patrzę przez półtorej godziny na Jacks. Na szałowe kiecki, wysokie obcasy, narciarki do szpilek, na prześwitującą bieliznę i majtki z baskinką, sukienki z odkrytymi plecami, grzywkę, koczek, męskie koszule do legginsów, różowy płaszcz, wszystko retro vintage non stop color. Zżera mnie wściekłość i zazdrość. Nie lubię tego filmu, męczę się i wiercę na kinowym fotelu. I myślę, że nigdy nie dam rady. Nigdy nie dam rady stać się tym, kim chciałabym być. Ja nie dam rady, ale Kasia Pepper może...

I teraz znów oglądam Love&OD. Jest 2011. Siedzę przed laptopem, wygodnie rozparta na ulubionej kanapie, głaszcząc buldożkę. Obok mnie leży wydruk „Ciemnych Sprawek”. Mam kasztanowe włosy obcięte na pazia, z grzywką wpadającą w mocno umalowane oczy (Alexa Chung <3). Żadnej nadwagi, wystające kości policzkowe. Jestem curvy & bit foxy. Mam na sobie szary oversized podkoszulek, bawełniane, kawowe pończochy i różowe kapcie. I szafę wypełnioną podróbkami wszystkiego co nosi Jacks. I sztuczne rzęsy zamknięte w lakierowanym pudełeczku. Maluję się jak ona, czeszę się jak ona, noszę narciarki do peep toes, jak ona. I myślę, że dałam radę. Mogę oglądać ten film w kółko i w kółko, na potwierdzenie, że można przekuć fantazję i inspirację na wizerunkową rzeczywistość. Śmieję się i chichoczę. Wierzcie bądź nie, ale za każdym razem jak oglądam Love&OD moczą mi się oczy. 

Miejsce [1]
Imagine me & you

I teraz niech się któraś przyzna… jak można do cholery nie lubić tego filmu?

Tak, wiem, uwielbiam brytyjskie komedie romantyczne. W zasadzie, żebym obejrzała komedię romantyczną, musi pochodzić z Wielkiej Brytanii lub choć mieć wątek londyński. I chociaż w tym przypadku rzucam kapciem w laptopa, za każdym razem gdy Piper otwiera usta, by zalewać nas jakąś dziwną mieszaniną akcentów z różnych kontynentów, bynajmniej nie z wysp… ten film jest tak słodki, tak marzycielski… i tak pozbawiony dylematów charakterystycznych dla życia jakie znamy, że nie sposób nie dać się uwieść. Zresztą to chyba bardzo skuteczny podryw „na kwiaciarkę”. Za dziewczynę w stylu Leny Headey oddałabym nerkę. 

To co sprawia, że wracam do tego filmu gdy jest mi źle, przykro, gdy czuję się samotna, to jego bezpretensjonalność. Ktoś się zakochuje się w kimś kto już jest zajęty i tyle. To, że są to dwie dziewczyny jest sprawą drugorzędną. Ani razu nie pada żaden argument wartościujący, że coś jest lepsze, gorsze, a jak przejdziesz na ciemną stronę mocy będzie ci się żyło znacznie trudniej. Fascynacja jest ukazana nie przez szarpanie się pośród niszczycielskiej żądzy, a przez małe, czułe gusty, przez niewymuszoną tkliwość. Jedyne co przeżywają bohaterowie to płynność uczuć, emocji, nie seksualności. Dywagacje natury queerowej są odciążone z dylematów erotycznych czy moralnych, zepchnięte na najdalszy plan. Being gay jest najnormalniejszą sprawą pod słońcem, jest niekwestionowalne, jest cechą naturalną jak kolor oczu. Jedyną kwestią rozważaną jest szczęście lub jego brak. Szczytowa scena wygrywająca wątek głównych bohaterek, to nie turlanie się w łóżku i szczytowanie za potarciem magicznego nadgarstka, co zazwyczaj stanowi nadnaturalne, duchowe objawienie. Tak na marginesie, zastanawia mnie dynamika scen erotycznych większości lesbijskich filmów, gdzie wszystkie szczytują, tylko ja nigdy nie wiem w jaki sposób, co one właściwie sobie w tym łóżku robią. Jedna wkłada drugiej rękę lub głowę między nogi, a druga zaczyna dyszeć i wrzeszczeć. W ImagineM&Y wątek scenariuszowo wygrany jest do końca pokazując bohaterki jak siedzą na ławce, piją kawę z papierowych kubków i w ogóle jest strasznie zimno, ale jest fajnie… Nie ma żadnego seksu. Nikt nie wyznaje z zasmarkanym nosem „jestem leeesbą”. Po prostu, Rachel zakochuje się mając innego partnera, ot cały dylemat. I to całkowicie wystarczy. Cieszę się, że po filmie z wątkiem lesbijskim nie mam ochoty pociąć się suchą bułką. 

ImagineM&Y zawsze przywraca mi wiarę. Możliwe jest opowiedzenie historii o miłości. Nie o lesbijstwie, nie o problemach, chorobach i współuzależnieniach, ale o miłości między dwojgiem ludzi. Uczucie między dwoma kobietami nie musi być już źródłem cierpień. Może być postqueerowe, odciążone z moralnych, destruktywnych dylematów. Można w bezpretensjonalny sposób pokazać, że płeć nie ma żadnego znaczenia. A to, że ja naprawdę wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia, to już zupełnie inna historia.

6 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Mogę się tylko uśmiechnąć na myśl o Imagine M&Y - może białego konia nie ma ale jest taksówka.. dla mnie to już nie jest komedia romantyczna tylko "Disney" ;)

V.

lipshit pisze...

I taka jest natura comfort movies. Niczego się z nich nie uczysz, mają tylko poprawić humor.

inesligatur pisze...

małe ciastko na dzień dobry:
http://www.youtube.com/watch?v=oLDHyCkqbuw&feature=share
smacznego.

lipshit pisze...

Oh thank you darling! Właśnie szukałam czegoś na śniadanko.

Ja się zawsze cieszę jak dzieciak gdy mi coś wrzucacie!

Jenny Schecter pisze...

"Pociąć się suchą bułką." kocham.
I "Imagine me & you" też kocham. Dokładnie z tych samych powodów co Autorka. Żadnego smęcenia o lesbijstwie, żadnej gender dramy. Po prostu uczucie. Żadnego cynizmu. Nie wiem jak ja - osoba, która jest zaprzeczeniem tych wszystkich wartości, które reprezentuje film może tak go kochać.

lipshit pisze...

Można. Potrzebujemy historii odciążonych ideologicznie, które pracują nad naszym samopoczuciem, nie światopoglądem.
Heh... ja też, rozerotyzowana wysokofunkcyjna socjopatyczna poliamorystka związkofobka z dwubiegunowym aspergerem, a uwielbiam. Może właśnie dlatego.