czwartek, 17 listopada 2011

Bit better on your own

Masturbation is sex with someone you really love.
(Annie Hall)

Musisz to zrobić tylko jeden raz. Zebrać wszystko co masz w sobie najlepszego i wypuścić. Focus and than let it all go. Potem, już do końca życia, będziesz mogła być tylko sobą.

Bi polarne wypalenie. Słucham tyle brytyjskiej muzyki, czytam tyle brytyjskich czasopism modowych, oglądam tyle brytyjskich stand ups’, ba… nawet żywię się w Marks&Spencer (głównie świąteczną marmoladą, szprycowaną szkocką oraz fair trade cukrem), że pewnego dnia, gdy wsiądę w samolot (lub pociąg a potem ponton), to będzie tylko przesiadka, z jednego końca miasta na drugi. Kupiłam walizkę i kilka nowych sukienek. Do buldożki mówię tylko „oh come on, come on, you fckn fatso”. Przyzwyczajam ją.  Utraciłam miłość życia, utraciłam wiarę w nią. M. odeszła na zawsze, ale przedziwne, inaczej niż zawsze przeczuwałam, w marzeniach o nieuchronnym zakończeniu najdłuższej love story w historii mojego świata, nie czuję się samotna. Nie jestem zła, nie nienawidzę. Tylko trochę mi tkliwie, trochę smutno. Zupełnie jakby utracić coś bezsensownie niepotrzebnego w procesie stawania się sobą. Jak ukochanego kota, który był upierdliwy, jak podartą, bardzo drogą bieliznę, kupioną by została podarta, jak zęby mleczne. Codzienna sesja jogi, codziennie półtorej godzinki na stacjonarnym rowerku podczas sensu dwóch odcinków „Lie2Me”, a mimo to wciąż wieczorami mnie nosi. Nie potrafię się zmęczyć. Wydzielam jakiś przedziwny rodzaj feromonów. Ciągnie się za mną zapach mokrej cipki. Zlatują się i samce i samice z całej okolicy. Marzę by pozbyć się telefonu komórkowego, na rzecz ebonitowej słuchawki i braku sms’ów. Mieć telefon, którego nie musisz odbierać gdy nie ma Cię w domu. Powoli odpływam od corpo, które buntuje się i próbuje mnie zadusić w matczynych skurczach. Urlopuje się od menagerskich szpilek, mam nadzieję, już na zawsze. Mam zamiar spełnić marzenia o powrocie do domu. 

Najpierw jednak postanowiłam wydać w ekspresowym tempie książkę. Gdy pojawiam się w redakcji z „Garderobą…” pod pachą, ze 150 stronami maszynopisu iskrzącego się od inteligentnej erotyki, postmodernqueerowych cytatów i erupcji złego smaku w najlepszym retro guście, spotykam się jedynie z lekceważącym wzruszeniem ramion. 

- Chcę Kasi Pepper – słyszę. 
- Wszyscy chcą Kasi Pepper.- również wzruszam ramionami - Dlatego każdego dnia walczę z pokusą, by nie pozbyć się jej raz na zawsze. Wcisnąć delete, podpalić maszynopis, zmienić kolor włosów i nigdy więcej nie pytać o miłość od pierwszego wejrzenia. Chcę mieć drukarską farbę na rękach. 
- To jest świetne, ale nie jest lesbijskie.– wydawca puka w maszynopis czerwonym pazurem - Zrób z nich lesbijki, to pogadamy.

Zielenieję słysząc taką argumentację. Gdybym mogła chociaż zmierzyć się z krytyką, bo zła jakość, błędy, przecinki, nuda, nieprawidłowość języka, niewiarygodne postaci, nieokreślony target, niesprzedawalna idea, wulgarne opisy pornograficznej przemocy psychicznej, kiepskie, ksenofobiczne żarciki, tandeta scenografii i strojów co dawno wyszły z mody. Wychodzę trzaskając drzwiami i ostentacyjnie nie dopijając swojej latte.

- Jeśli kiedykolwiek znów usłyszę te drętwe gadki o literaturze branżowej w Polsce, że niesprzedawalna… - żalę się potem przez telefon – Tylko to można sprzedać. Lezby i mokre cipki. Wypięte, pedalskie tyłki i sterczące kutasy. O heterykach nikt już nie chce czytać. 

Pozostają dwa wyjścia. Mogę poddać moje postacie korekcie płci, naszpikować treść sugerowaną orientacją niehetero. Lub poszukać kogoś kto nie wie kim jest Katarzyna Franciszek i jej żona Kasia Pepper

Wciąż fantazjuję. I wciąż się uczę. W dalszym ciągu fobicznie unikam jakichkolwiek zobowiązań, a przyjaciół staram się nie dręczyć zbytnio nadmiarem wolnego czasu (przyjaciół mam od kochania, z całą resztą tylko sypiam). Odkrywam nowe przyjemności płynące z własnego towarzystwa. Zabieram się do kina i na kolację.  Robię sobie dobrze. Osiągam szczyty za pomocą radosnej masturbacji. Moja wyobraźnia jest rozgrzana do czerwoności, tak samo jak łechtaczka. Fantazje zastępują potrzebę mierzenia się z rzeczywistością, zmniejszają ryzyko rozczarowania. Przeróżne konfiguracje płciowe, ryzykowne seksualne zachowania ostatnio zawsze kończą się ucieczką. Miło mi cię poznać. Tak jesteś (jesteście… ostatnio konfiguruję w zestawach, zaskakujące) sexy. Tak chcę pójść z Tobą (z Wami) do łóżka. I tak, możesz odwieźć mnie do domu. Potem grzeczny całus na dobranoc i ups, zapominam zostawić swojego numeru. Całą noc będę o Tobie fantazjować. Cały ranek przesiedzę w wannie, wyobrażając sobie Was bez ubrania. Dobrze, że Cię poznałam. Dobrze było was znać.

Prawdziwe dziewczęta o tym nie mówią. Prawdziwe dziewczęta tego nie robią. Prawdziwe dziewczęta nigdy nie są JAseksualne.

Masturbacja, odkrywanie własnego ciała, mapowanie jego reakcji jest kulturowo postrzegane jako wsteczne. Czy uwsteczniam się poświęcając sobie trochę więcej uwagi, ćwicząc się w osiąganiu orgazmu, poszerzając reakcje genitalne? Czy niedojrzałe jest ćwiczenie na sobie tego co mam zamiar zrobić mojej kochance, o chcę poprosić mojego kochanka? O ile dziewczęta tego nie robią, o tyle chłopcy są w tym kompletnie żałośni. Zamiast puknąć panienkę, wolisz jechać do domu i samotnie zwalić konia? A miałeś ostatnio jakiś uraz głowy? Onanizm jest domeną degeneratów i niewykształconej, niedojrzałej, spaczonej seksualności. Czyż nie? Słowo „samogwałt” sprawie, że nawet ja, osoba o mocno ugruntowanej osobowości narcystycznej, czuje się chora.

Próbuję sobie przypomnieć masturbacyjną scenę filmową, która kulturowo nie degradowałaby masturbacji. „Black Swan”. Apodyktyczny maczo-ticzer proponuje niewinnej baletnicy masturbację, jako drogę do twórczego wyzwolenia. Dziewczę napina się tak bardzo, że przyjemność i możliwość pogłębienia relacji z samą sobą, zmienia się w obsesyjny obowiązek „osiągnięcia” oraz „doznania”. Po dwóch nieudanych próbach (w jedną zostaje wplątana mamusia, w drugą menstruacyjna symbolika krwi oraz przytopienie) trzecia próba kończy się spektakularnym orgazmem oraz fantazją tak intensywną, że ogłupiała bohaterka bierze ją za realne wydarzenie. Gdy okazuje się, że to co uważała za intensywny, inspirujący seks było jedynie mentalnym waleniem konia… naturalnie zdegradowana całą walkę musi rozpocząć od początku, obiekt fantazji przekształcając w fantazmat własnej porażki (fantazja ochoczo spółkuje z maczo ticzerem). „Mullholland Drive”, Masturbacja jako objaw chorobowy obsesyjnej neurozy (pot, brudna bielizna, rozedrgane pole widzenia oraz szlafrok frotte). Poruszając się w obszarach branżowych i dyżurnego tasiemca L Worda, przypominam sobie tylko jedną scenę w drugim sezonie, w której ciężarna Tina po rozstaniu z Bette, masturbuje się myśląc o wizycie w strip barze. Jest to jej pierwsza próba nawiązania erotycznego kontaktu po rozstaniu i kończy się fiaskiem, płaczem i ogólnym rozrzewnieniem. Wyprowadźcie mnie z błędu, ale czy na całe sześć sezonów, żadna z dziewczyn nie fantazjowała o innej, wijąc się w białej pościeli i osiągając spektakularny orgazm, po trzech ruchach dłoni, z szybkością z jaką tylko L Wordowe Lesski potrafią?  Nie mogę sobie przypomnieć, ale też żadna ze mnie L Word znawczyni.

Sięgam więc po literaturę, która nie podsuwa zbyt łatwych rozwiązań. „In the Cut” Susanna Moore (polskie tłm “Tatuaż”, wiem, wiem… jako tłumacz literatury anglojęzycznej dostaję gęsiej skórki na samą myśl). I jest! Znalazłam. Bohaterka co prawda nie jest homoerotyczna, ma raczej oralną fiksację na punkcie męskich genitaliów (co zresztą doprowadzi ją do rychłej zguby, he he), ale traktuje masturbację jako jeden z elementów mechanizmu erotycznej fascynacji. Pozwólmy jednak France ( czyli Frannie) mówić za siebie…

„ Pewnego niedzielnego poranka podczas pobytu w internacie znalazłam koleżankę z pokoju na kafelkach kabiny prysznicowej. Leżała na plecach. Nogi, pokryte fioletowymi i czarnymi sińcami od gry w hokeja, rozłożyła szeroko na kurkach. Woda spadała kaskadą między luźno ułożonymi muskularnymi udami. Nie byłam nawet w stanie sobie wyobrazić, co ta dziewczyna robi. Pomyślałam, że się poślizgnęła na mokrych kafelkach. Do dziś pozostaje jedyną znaną mi przedstawicielką mojej płci, która potrafiła swobodnie mówić o swojej masturbacji. Namówiła mnie, żebym spróbowała, a ja nie miałam odwagi zwierzyć się jej, że odkryłam już własnym sposób. Kobiety umieją rozmawiać niemal o wszystkim – o zazdrości seksualnej, o poniżeniu, o rozkoszy, którą odczuwają, gdy mężczyzna penetruje im pochwę językiem, o ssaniu jego członka – ale nigdy nie opowiadają, jak pieprzą same siebie. ”
(Susanna Moore „In the cut”)

Ten poranek roziskrzony co raz chłodniejszym światłem. W rogach szyb zbiera się para. Mgła od strony rzeki jak ciężki oddech wygenerowany moim podnieceniem. Przeciągam się. Przesuwam nagą skórą po wilgotnej pościeli. Wbijam stopy w ścianę. Jest już po wszystkim. Ukołysana własnym oddechem liczę kolejne skurcze wejścia do pochwy. Lubię swoją skórę. Podoba mi się pot zbierający się we wklęsłości napiętego brzucha. Lubię zapach ukrywający się w zgięciu ramienia. Gdzieś tam, za granicami mojego spuchniętego, piżmowego świata o śliskich krawędziach toczy się życie. Jeżdżą samochody, stukają obcasy, wypowiadane są słowa, chlupocze kawa i pięści uderzają o blaty stołów. Wykluczam się z tego wszystkiego, rozkoszując się dwoma orgazmami jakie zafundowałam sobie na śniadanie. Jestem daleka od rzeczywistości i całkowicie zadowolona z samej siebie. Gdybym mogła postawiłabym sobie drinka. Może to dlatego, że wiem, że znam cały ten sex na wyciągnięcie ręki, przerażająco co raz łatwiejszy do zdobycia w przeróżnych formach. Może dlatego, że kiedyś przepowiadali, że około trzydziestki nastanie samoakceptacja i sympatia podszyta wdzięcznością dla własnego ciała. Może dlatego, że chcę się uczyć siebie i być dla siebie dobra. Nie czuję się gorsza, zdesperowana, nadpobudliwa, żałosna. Czuję się zaspokojona, zarówno tym co w głowie, jak i tym co między nogami. I myślę sobie… Myślę sobie, że gdy spotkamy się znowu i spytasz mnie …

Co ty robisz? Co znowu wymyśliłaś? Zwariowałaś?
Stanę nad tobą, opierając jedno kolano pomiędzy Twoimi udami. Wsunę swoją dłoń pod rąbek plisowanej spódnicy i powiem
Chcę żebyś patrzyła jak to robię. Jak masturbuję się. Dołącz gdy poczujesz ochotę. W ten sposób dojdziemy razem. 

Ale zanim to nastanie zaparzam kubek złotej Lavazzy, narzucam sukienkę z grubej, czarnej bawełny i czeszę włosy obcięte na pazia. Kubek parzy moje palce. Siadam na różowym krzesełku i opieram stopy o parapet. Przez okno wypatruję słońca, które obraca się za szarymi chmurami. Jesteście gdzieś tam, przemierzacie ulice i zasiedlacie domy, nerwowi i zasmuceni. Ja ukojona i spokojna, uśmiecham się do was. Szczęśliwa, bo jestem sobą. Kiedyś spotkamy się i podzielę się z wami odrobiną tego szczęścia. A tym czasem, w tej puszystej i czułej chwili, nucę…

They made it far too easy to believe,
That true romance can't be achieved these days,

And even if somehow we could have shown you the place you wanted,
Well, I'm sure you could have made it that bit better on your own,
You are the only ones who know.

5 komentarzy:

KaRrla pisze...

Faktycznie, nigdy nie zwróciłam na to uwagi, ale chyba nigdy nie opowiadamy o tym w jaki sposób się zadowalamy. Dziwna rzecz i kurde trafna uwaga. Mam dziś do Ciebie pytanie bardzo osobiste.Twoje całe 'pisanie' łączy trochę prawdy, trochę fikcji.I czasem mi się wydaje..czy Ty czujesz się w swoim życiu szczęśliwa? Czasem zawiewa w tym wszystkim taką nieodpartą pustką i samotnią.

lipshit pisze...

Jestem szczęśliwa, bardziej niż kiedykolwiek. Bardziej świadoma. Niczego mi nie brakuje.

Mam z tym odwieczny problem, z niewłaściwym odczytaniem intencji. Kiedy ja uważam lipshit bloga za optymistyczny wygłup, śmieszny i zabawny, moi bliscy łapią doła podczas lektury i wydzwaniają "Frankie, wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć?"

Serio, serio, serio. A ja odmawiam bycia serio.

Labryska pisze...

Masturbacja pozwala uwolnić napięcie seksualne, uwolnić fantazje, których nie możemy spełnić w rzeczywistości. Ale jak dla mnie, na dłuższą metę nie zastąpi seksualnego kontaktu z kimś ważnym.

Anonimowy pisze...

jestes z zawodu tlumaczem anglojezycznej literatury?

lipshit pisze...

Takie mam wykształcenie, ale nie pracuję w zawodzie. Czasem dla przyjemności lub na prośbę przyjaciół.