poniedziałek, 3 października 2011

Pod prąd wizerunkowej rzeki

Czy zastanawiałyście się kiedyś jak to się stało? Kiedy to się zaczęło? Kiedy Katarzyna Frank stała się naprawdę sobą? I jaki wpływ miało to na Kasię Pepper? 

„Zastanawia mnie czy zawsze muszę odgrywać przeznaczoną mi rolę. Czy potrafię się wyzwolić z tego czego oczekuje się ode mnie. Jaka jestem? Uległa? Dominująca? Czy zawsze muszę przejmować inicjatywę? Czy wyobrażasz sobie mnie w wysokich, czarnych szpilkach?”
(BLACK STILETTOS lipshit blog, marzec 2010)

Retrospekcje. Wiwisekcje. Operacje na otwartym gardle, z którego wysypują się podskakujące, chichoczące literki. Ostatnio to moja główna rozrywka. Raz po raz rozwiązuję ulubioną łamigłówkę, zagadkę. Niszczę damę pik przegryzając śliską kartę na pół i topiąc w filiżance earl greya, by móc układać pasjansa wciąż i wciąż od nowa. Staram się odnaleźć źródło, element który wprawił niepostrzeżenie machinerię w ruch. Oglądam z lotu ptaka labirynt zbudowany z czerwono żółtych stron lipshit bloga. Kręte ścieżki pomiędzy przecinkami i cudzysłowami wcale nie prowadzą do nikąd. Z żelazną konsekwencją zmierzają w kierunku przepaści. 

Gdy czytałaś, gdy pisałam „Czy wyobrażasz sobie mnie w wysokich, czarnych szpilkach?” czy któraś z nas zdawała sobie sprawę, że oto rozpoczęła się wielka przemiana? Wyobraźmy sobie jak wypowiadam to zdanie miękkim szeptem, opierając dłoń o wielkie lustro, które stoi w mojej sypialni. Tafla lustra zaczyna falować i marszczyć się. Zanurzam palce w chłodnej, srebrzystej wodzie. Kreślę ósemki. Biała dłonią wzniecam fale. Moja twarz skrzy się i zmienia. Dotykam jej. Dotykam srebrnej wody. Mącę ją palcem według własnego kaprysu od nowa rozpisując rysy, rozgrywając zmarszczki mimiczne, ustalam grymasy. Tylko według własnych kryteriów decyduję o urodzie lub jej braku. Razem z trzaskiem kości, razem z chlupotem srebrnej wody przełamuję niezmienne. 

„Czy wyobrażasz sobie mnie w wysokich, czarnych szpilkach?”
Wtedy to się zaczęło. 

Na zapleczu scenografii zbudowanej ze słów na potrzeby lipshit bloga trwała metamorfoza. Dziewczyna w trampkach z gumowymi noskami, w postrzępionych jeansach, w czarnym podkoszulku, z przekłutym językiem, z tatuażami, z chłopięcą fryzurą, chłopięco minimalistyczna… ta dziewczyna zaczęła fantazjować. O tym, że jest jedną z glamazone’s, o których snuje pornograficzne fantazje. Nagle dociera do niej. To jest takie proste. Przecież nic nie jest zakazane. Możesz stać się kimś innym. Możesz być kim chcesz. Możesz być tym kogo pragniesz. Możesz podjąć wysiłek ukształtowania się jeszcze raz. Nic cię nie ogranicza. Możesz wszystko.

Ciało jest plastyczne. Tożsamość złożona z fantazmatów lekko poddaje się przeobrażeniom dyktowanym przez pragnienia. 

Więc ta dziewczyna, która w szafie miała tylko podkoszulki, bluzy z kapturem i sportową bieliznę poszła do sklepu, w którym ekspedientki skrzywiły się na widok jej bawełnianych skarpetek. Nasunęła na stopę delikatną, śliską stopkę i przymierzyła ośmiocalowe black stilettos wyłożone miękką, czerwoną cielęcą skórką. Gdy spróbowałam przejść pierwszych parę kroków poczułam jak zupełnie inaczej układa się ciało. Poczułam, że mogę być kimś innym. Po raz pierwszy byłam sobą. Postanowiłam już więcej nigdy się nie bać. 
Jeszcze jednak nie pora na triumfalne paradowanie w lakierowanych obcasikach. Ściągnijmy je przemocą ze stóp Katarzyny Frank. Cofnijmy ją o parę kroków.

Dziewczęta są piękne. Dziewczęta są chłodne. Dziewczęta są nie dla ciebie. 

Gdy nastała era M. bardzo mocno chciałam przynależeć do społeczności lesbijskiej. Skoro nie znałam bardziej wyrafinowanych sposobów, a te które znałam zawodziły na całej linii, postanowiłam zasymilować się. Zrobić wszystko co robiła pożądana większość. Ukryłam indywidualną tożsamość by przyjąć tożsamość ogółu. Nie wiedziałam jak się komunikować ze społecznością, której reguł nie znałam. Najprostszy do przyswojenia jest zawsze kod wizualny, od – zewnętrzny, widoczny na pierwszy rzut oka. Ścięłam włosy na ultra short. Ubierałam się w tych sklepach co M., pozwalałam sobie kupować koszulki, sportowe buty, jeansy i tylko jeansy. Chciałam żeby każdy wiedział. Odpowiednio dobrany kod, który nosiłam niczym barwy ochronne pozwalał wiedzieć na pierwszy rzut oka, nikt nie musiał niczego się domyślać, a ja nie musiałam ani niczego tłumaczyć ani nikogo do niczego przekonywać. Byłam pozbawiona jakichkolwiek wątpliwości. Konsekwentnie realizowałam plan, myśląc jedynie o tym żeby się podporządkować, zniknąć, wniknąć. To było najszczersze kłamstwo w moim życiu. I mimo rozpaczliwych starań, mimo uciszania wewnętrznego głosu i głodnego podziwu dla tych, które zdawały się naturalnie przynależne do branży (z jedną taką dzieliłam i życie i łóżko) wszystko spełzało na niczym. Odbijałam się od lesbijskiego światka niczym od gumowej ściany. Nie mogę nawet stwierdzić, że zostałam „wypluta” … „Wyplucie” oznaczałoby choćby próbę przyswojenia, chwilową konsumpcję. Nigdy nie byłam dobrym oszustem.

Potem świat zaczął się sypać gdy rozpoczął się proces mojej rozłąki z M. Im bardziej stawałyśmy się sobie obce tym więcej nabierałam cech osobniczych. Nosiłam co raz mocniejszy makijaż. Kupowałam obcisłe, wydekoltowane bluzki i sukienki, które (na razie) chowałam na dnie szafy. Dotykałam czerwonych szminek od YSL niczym złoconych stempli, którymi chciałam któregoś dnia przypieczętować los. Zarówno los jak i czerwienie od YSL były nieuniknione. Flirtowałam ze swoim wyobrażeniem kobiecości. Pornografia nabierała rumieńców. Co raz dalej posuwałam się w przestrzeni wyznaczanej erotycznymi apetytami. Jasne stawało się dla mnie, że różnię się. Choć tak bardzo się starałam zatrzeć wszelki dystans, zawsze pozostawałam tą „intelektualnie nieodstępną" , „obcą” , „turystką”. Katie the Strange. 

Razem z M. odeszło pragnienie włączenia się do lesbijskiej społeczności. Razem z miłością obumarła sztuczna lesbijska tożsamość.

W jednoosobowej sypialni rozłożyłam na dywanie zakupy… Pończochy razem z pasem. Czarną sukienkę vintage o niemal perwersyjnie pensjonarskim kroju. Ośmiocalowe black stilettos błyszczące jak pióra jaskółek, wyściełane miękką, czerwoną cielęcą skórką. Zrozumiałam. Wreszcie mogłam pozwolić sobie na wszystko. Ryzykowałam tylko swoją nową tożsamość i upokorzenie. Groził mi ewentualny powrót do punktu wyjścia, do ujścia wizerunkowej rzeki, którą od tej pory miałam zawsze przemierzać pod prąd. Postanowiłam nigdy więcej nie ścinać włosów. Postanowiłam zawsze obcasy, zawsze usta pomalowane na czerwono. Postanowiłam rogowe oprawki okularów. Postanowiłam uczynić atut ze wszystkiego co odróżnia mnie od tej stereotypowej lezby, która mieszkała w mojej głowie. Pierwszym krokiem było odnaleźć miłość. Więc zakochałam się w samej sobie. Więc napisałam „Czy wyobrażam sobie siebie w czarnych, wysokich szpilkach”. 
Potem skreśliłam „siebie”. Nie musiałam sobie już nic wyobrażać. Za to „Ty” mogłaś sobie wyobrażać „Mnie” do woli.
Potem przeczytałaś „Czy wobrażasz sobie mnie…” 
Potem nadeszły konsekwencje bycia sobą czyli…

Katarzyna Narcyzja Narcyzella Frank
Książka
Poligamia Poliamoria Panseksualność Omnipotencja i Whatever
Wysportowane ciało, gibkie i mocne dzięki jodze, bieganiu, siłowni i unikaniu wind. Wysiłek nagle przychodzi bez wysiłku
Red Red Rouge by Dior i Lashes by Chanel 
Kierownicze stanowisko w międzynarodowej corpo oraz trzy razy wyższa pensja wydawana na dobre jedzenie i ciuchy
Tylko w casual fridays można pozwolić sobie założyć do pracy jeansy. W weekendy nie można sobie pozwalać nic innego niż spódniczki i śliskie pończochy, grzechoczące klamerki i koronkowe wykończenia topów
Tożsamość własna, jednoosobowe społeczeństwo self made, własne normy, własne zasady, własna wartość. Żadnych wyrzutów sumienia. Żadnych wątpliwości. Żadnych kompleksów
Ja odmawiam bycia serio
Schronienie w sztuce, która z fazy fantazji, daydreaming i myślenia życzeniowego weszła w fazę eksploracji samego siebie i opisu własnej wizji rzeczywistości
Samozadowolenie, samoakceptacja, pierdolone zen i samozaspokojenie 
I sex, sex, sex. Tyle sexu ile sobie zamarzysz. Tyle sexu ile będziesz w stanie znieść. Tyle sexu ile i jak zapragniesz. Tyle sexu, że nawet nie mam ochoty już o nim pisać

Najbardziej dosadnie zmianę pokazuje metamorfoza Kasi Pepper. Jaka była Kasia Pepper przed 2009 nie wszyscy wiedzą. Jaka jest teraz, wiem tylko ja. Ale nie umiem sobie odmówić małego porównania. Sprawia mi to perwersyjną przyjemność i podnieca mnie sexualnie do mokrych majtek. Podniecają mnie perwersyjnie namacalne dowody przekształceń. Czarne morfujące w białe i z powrotem i tak do końca…  

Kasia Pepper 2009;
„ Wskakuję szybko w bieliznę Oysho, i łapię parę ciuchów z szafy: czarne rurki, szary podkoszulek z plątaniną gotyckich napisów i czarną marynarkę. Czarny szeroki pasek. Przypinam ukochany londyński znaczek born to be wrong, wskakuję w zielone conversy, portfel do tylnej kieszeni, kluczki kurwa gdzie te kluczyki. Jeszcze tylko przeczesuję czarne, krótkie włosy i zbiegam po schodach. Podstawowy makijaż robię w samochodzie. O mały włos nie wbijam się tył szkolnego autobusu szukając pod fotelem butelki Angel i błyszczyka z body shopu. 
[…]
Jaka  wtedy byłam? Chłopięca. Miałam na sobie marynarkę, jakąś niemiecką koszulkę z wulgarnym napisem (taką na którą wydajesz kupę kasy by tylko udawała znoszoną vintage) i białą koszulę. Nosiłam wtedy długie, jasne włosy. Kręciły się we wszystkie strony i opadały na ramiona. Opracowałam nawet specjalny gest podpatrzony w kinie. Zdecydowany, męski ruch dłoni, odgarnięcie włosów z twarzy na plecy, tylko na użytek dziewcząt. Święcie wierzyłam w świat męskich gestów, męskich ciuchów i chłopięcego uroku. ”

Kasia Pepper 2011:

,, Kasia Pepper nerwowo przegląda się w szybie kawiarni. Czarny berecik na czubku głowy został ozdobiony delikatną woalką i szarym futerkiem. Marynarski płaszczyk o kościanych guzikach przykrywał wspaniałą spódnicę, grubą i wełnianą, o norweskim splocie, nakrapianą małymi, czerwonymi różyczkami. Pod spódnicą mieszkało stado tiulowych halek, sztywnych i czarnych, szeleszczących jak skrzydła kobaltowych motyli. Ile wrzasku było o tą spódnicę, ile S. musiała się namęczyć by Kasia zechciała łaskawie choć na nią spojrzeć. Dopiero widok palców pokłutych przez igły i koralowych paznokci połamanych na szpilkach przekonał Kasię. Ekscytując się aż do krwistych wypieków zaczęła znajomość ze stadem halek, które S. wszywała w norweską podszewkę podczas bezsennych nocy.

- I jeszcze pomadka… - S. regularnie podrzucała szminki w przeróżnych odcieniach czerwieni, ukrywając je to w kieszeni marynarskiego płaszczyka, to na dnie służbowej teczki, to w głębi skórzanych rękawiczek. – Elegancka dziewczyna nie pojawi się miejscu pracy bez umalowanych ust. To tak jakbyś siedziała za biurkiem bez majtek. 
[…]
Kasia czuje jak oblewa się delikatnym rumieńcem, na wspomnienie wczorajszego wieczora. […]  S. przesuwała pokłutymi palcami po wewnętrznej stronie ud Kasi, drocząc się i drażniąc, aż każda z czarnych, sztywnych halek zajęła się żywym ogniem. ”


Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, że właśnie pożądana kobiecość, choćby w najbardziej podstępnej formie, może być tym co wyrzuci cię poza nawias społeczności do której należysz chcąc nie chcąc czy nawet bardzo bardzo chcąc. Każda cecha, czy to kobieca, czy męską, którą realizujesz jedynie w swoich fantazjach, a którą tu i teraz, na jawie realizuje dziewczyna siedząca czy tuż obok czy po drugiej stronie ekranu wyświetlającego pewne znane wszystkim forum, natychmiast skłania cię do tego żeby znienawidzić dziewczynę, reprezentanta twojego pragnienia, wzorzec fantazmatu. Ona jest tym czego pragniesz, a czym nie jesteś. Jest inna, obca. Jest nieprzewidywalna. Temu co nieprzewidywalne w pierwszym odruchu obronnym przypisujemy cechy negatywne. Ich jędzowatość jest wprost proporcjonalna do tego jak bardzo pragniemy posiąść daną fantazję. Posiąść nie oznacza kreatywnie zrealizować, nie  wykształcić w sobie (czy na sobie) części składowe podniecenia, ale skonsumować. Egoistycznie zaspokoić się fantazją, która poprzez opozycje tylko uwypukla, podkreśla cechy naszej domniemanej tożsamości. Dlatego konflikt butch / femme, lesbian / bisexual, społecznie / indywidualnie. nigdy nie wygaśnie, nie zakończy się. Nigdy nie przestaniemy pragnąć tych, którymi sami nie jesteśmy.

I to jest mój głos w tej pieprzonej dyskusji wizerunkowej. Mój. Przykładu na odwrotne uwarunkowanie tożsamości niehetero. Od soft – lesbian – butch do ultra – pro – whateversexual - femme. Przykładu na to, że wszelkie dyskusje wizerunkowe można sobie wsadzić w dupę. 

 W następnym odcinku „Porady Cioci Kasi” Katarzyna Frank odpowie na zabawne pytanie; 
Czy to, że w moim życiu parokrotnie jakiś facet wylizał mi cipkę sprawia, że jestem biseksualna?

13 komentarzy:

Ewa pisze...

Można sobie wsadzić w dupę. Te wszystkie dyskusje. Ale, zobacz, że i Ty się skusiłaś na swój przyczynek do nich. Więc jest w nich coś, co nie pozwala zobojętnieć, choćby latami kręciły się wokół tego samego, tylko mądrzej lub głupiej opowiedzianego.

Czekam na następny odcinek. Bo to perspektywa, o której nie pomyślałam - nie kutas, a język. No właśnie, co wtedy?;P

lipshit pisze...

Primo;
skusić się skusiłam, bardziej żeby dać do myślenia niż forsować własne zdanie, którego programowo nie mam czy mieć nie wypada. Dalej uważam całe wizerunkowe zamieszanie za akademicką dyskusję, która niestety najczęściej prowadzi do nieeleganckich, agresywnych przepychanek. Ile ludzi tyle seksualności, ile seksualności tyle wizerunków. Jakiekolwiek próby wartościowania, wyznaczania granic czy porządkowania w szufladkach uważam za bezsensowne gdakanie. Pomieścimy się wszystkie, grzęda jest szeroka i wszystkie kury siedzą w jednym rzędzie. Nie ma wyżej czy niżej. Lepiej czy gorzej.

Secundo; to taka seksualnie staromodna retoryka. Robienie laski to nie zdrada a minetka to nie prawdziwy sex... gdzieś to już słyszałam...

Olga pisze...

Wszystko sprowadza się do zdania: "Nigdy nie przestaniemy pragnąć tych, którymi sami nie jesteśmy." A co, jeśli same stajemy się podobne tym, które pragniemy?

Ewa pisze...

Ad. primo.
No właśnie. To takie proste i takie trudne jednocześnie. Choć nie zgodzę się z jednym - że jest w tej dyskusji coś akademickiego. To nie jest dyskusja akademicka. To jest zwykła rozmowa o gustach obudowana jakąś przedziwną retoryką. Ale i tak łatwo się w niej zdradzić prostym "nie podoba mi się", "nie rozumiem, co jest w tym pociągającego".
Choć fakt, że w tym rozmywaniu etykiet, wielości spojrzeń jest coś intelektualnie frapującego.

Ad. secundo.
No dobrze, ale co na to Prawdziwe Lesbijki. Czy mineta już wyklucza z ich grona, czy jest do wybaczenia? Aż mam ochotę zapytać.

lipshit pisze...

@Olga
Zgodnie z zamieszczonym powyżej postem i jego głównym założeniem, tzw wnioskiem, gdy Katarzyna Frank osiągnęła stan, w którym stała się tym czego pragnie, nadeszło cyt; "pierdolone zen" oraz "sex, sex, sex" i żadne dyskusje wizerunkowe już jej nie dotyczą / nie dotykają.

@Ewa
Pod określeniem "akademickie" rozumiem gadanie dla samego gadania. Jako takie rozmowy o indywidualnych gustach w jakimkolwiek kontekście są pozbawione głębszego sensu. Wyższość Świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą jak wyższość butch nad femme, co za absurd. Owszem różnorodność jest zawsze inspirująca, ale to co mnie przeraża to agresja, której najwyraźniej nie sposób uniknąć. Nie rozumiem jak dywagacje natury bądź co bądź estetycznej mogą być pretekstem do wartościowania swojej i cudzej rzeczywistości. Nikt nie ma monopolu na prawdę, tak samo jak nie istnieje uniwersalny model erotycznej fantazji. A chciałoby się, żeby każda z dyskutantek w końcu przyznała "to nie dla mnie, ale rozumiem, że to może się podobać".

Ad sec
Zacznijmy od tego co określa Prawdziwe Lesbijki? Czy Prawdziwe Lesbijki wogóle istnieją i co je odróżnia od tych NiePrawdziwych i od Prawdziwych NieLesbijek ... ha! Widzisz, nie sposób uniknąć choćby na wpół wizerunkowych dywagacji!

Ewa pisze...

1. Mnie bardziej niż agresja przeraża monopol na prawdę. Doszukiwanie się drugiego dna. Wpieranie transa w butcha, kryptoheteryczki w femkę, psychologizowanie, ideologizowanie, normatywizowanie. To, że niby każdy wie (wie?), że ktoś inny może inaczej myśleć, postrzegać, samopostrzegać, ale i tak finalnie przyłoży do niego swoje postrzeganie.

2. A to akurat proste i pewna anonimowa dyskutantka mi to pięknie (i z niedelikatną dozą agresji;P) na blogu wyłożyła. Istnieją i jest to ta nieliczna grupa, którą pociągają tylko i wyłącznie kobiety. Do tego stopnia, że kręci je (fizycznie, a jakże) wyłącznie damsko-damskie porno i nigdy, ale to przenigdy nie odczuły ani cienia ekscytacji w związku z jakimś kolesiem. A jeżeli już się z nim przespały, to bez pożądania i satysfakcji. Reszta lesbijek to farbowane biseksy, które zajmują się psuciem wizerunku Prawdziwych Lesbijek (m.in. za pośrednictwem filmowego mainstreamu). O!
A, zapomniałabym. Te nieprawdziwe odczuwają niesamowite podniecenie na widok kutasa. Stąd zaczęłam się zastanawiać, czy jak kutas w grę nie wchodzi, to jeszcze można do tego ekskluzywnego grona aspirować, czy już nie.

lipshit pisze...

1. Używam poprawnie politycznego "monopol na prawdę", a powinnam "seksualna ciemnota". Tak jak wciskanie komuś fanatycznych bzdur pod pretekstem religii już dawno zostało intelektualnie napiętnowane, może doczekam czasów gdy za "wpieranie" pod przykrywką znajomości jedynych i prawdziwych praw jakimi rządzi się "normalna" seksualność będzie dostawało się po głowie. Każdą ciemnotę i ograniczony światopogląd należy wytykać palcem, w nadziei na zmianę na lepsze, nawet jeśli ta ciemnota kwitnie we własnym ogródku.

2.Ale podniecenie na widok jakiego kutasa? Wzwiedzionego czy w stanie spoczynku? Przy zapalonym świetle czy tylko na ekranie telewizora? A jak ma się lesbijstwo do tego czy używa się tamponów czy podpasek? ... No szlag mnie trafia gdy tak fascynującą, złożoną sprawę jak ludzka seksualność sprowadza się do reakcji na widok genitaliów. Coś mi się zdaje, że to co było ironicznym żartem wymaga jednak szerszego komentarza na blogu. Znam takie dziewczęta, które po śnie erotycznym w którym występuje neutralny kolega z pracy twierdzą, że ich lesbijska tożsamość kurczy się i kwiczy. Znam takie, które ze względu na orientację chodzą tylko do ginekologa kobiety i znam takie, które wybierają tylko ginekologów mężczyzn. Gdybyśmy choć raz wszystkie były szczere i przyznały się "nie wiem tak do końca co w mojej seksualności piszczy. Mogę tylko zakładać. "
To znaczy, że jeśli lubisz zabawy strap on'em to też jesteś farbowanym biseksem? Czy to zależy po której stronie strap on'a się znajdujesz?

Ewa pisze...

Tak naprawdę, żeby być uczciwą, to ja nie wiem, na ile oba zjawiska (które czasami stapiają się w jedno) są rozpowszechnione. Być może przyciągam skrajne typy, być może u mnie komentują te same, które brylują na wiadomym forum. Choć takiej dyskusji jak pod tekstem o "granicach lesbijskości" i pokrewnymi nigdy nie miałam, więc coś chyba jest na rzeczy.

Ad. pytanie - jak lubisz zawiadować straponem, to jesteś transem. A jak lubisz być po drugiej stronie, to biseksem. Może być?;P

shadowland pisze...

a istnieje konflikt butch- femm? :)ja prawie zawsze podkreslam "to nie dla mnie ale rozumiem, ze wlasnie to moze sie podobac" a i tak jestem uwazana za glowna agresorke;) moim zdaniem za przejaw agresji jest traktowany juz sam fakt, ze ktos smie powiedziec- "to nie dal mnie" albo "ja postrzegam to wlasnie tak"

andzia pisze...

A kim Ty jesteś? Wiem kim jest Katarzyna Frank, wiem, kim jest Ewa, ba, wiem nawet, kto to Kasia Pepper, ale Ciebie ni hu hu nie kojarzę. Ciut słabo jak na główną agresorkę. Chyba że na jakichś nieodkrytych przeze mnie polach agresji.

wyobraźnia działa pisze...

znalazłam dzięki 'trzyczęściowemu..' i jestem całkowicie wdzięczna i oddana już po pierwszej przeczytanej notce.
jak to dobrze, że istnieją jeszcze kobiety, które nie boją się siebie.

lipshit pisze...

ależ zapewniam, że wciąż potrafię samą siebie wprawić zarówno w zdumienie, jak i skrajne przerażenie

wyobraźnia działa pisze...

myślę, że jeśli chodzi o zdumienie, jak i przerażenie to taki dar posiada każda kobieta ;)