poniedziałek, 31 października 2011

Niehetero

W pierwszej wersji „red red lipstick” opowiadanie kończy się słowami;

- Tylko się nie przestrasz. – mówię podnosząc się z klęczek – Masz całą cipkę w czerwonej szmince. 

Gdy tekst robił obowiązkowe leżakowanie w czeluściach komputera, snułam się jak duch po domu, poczochrana i bez majtek, z brudnopisem „Garderoby Profesora Sparka” pod jedną pachą i z próbnym wydrukiem „Ciemnych Sprawek Kasi Pepper” pod drugą, oddając się głębokim i mrocznym przemyśleniom nad naturą własnej seksualności oraz jasnym i radosnym fantazjom na temat sprzętu pewnego Pana. I wtedy mnie tknęło.
Niczym furia poleciałam do komputera, odnalazłam plik. Przemodelowałam tekst usuwając wszystkie słowa wskazujące na płeć podmiotu erotycznego. Poszło gładko. Zatrzymałam się na ostatnim zdaniu. „Cipka” zmieniła się w „fiuta”. „Fiut” zmienił się w „cipkę”. Popadłam w głębokie zamyślenie. Dylemat był nierozwiązywalny. Co kilka minut zmieniałam „cipkę” w „fiuta” lub odwrotnie. Zadowolona z siebie odrywałam się od pisania, kiwając głową i mrucząc „tak, teraz jest dobrze, wyśmienicie”. Za chwilę lądowałam znowu u szczytu klawiatury i powodowana jakimś absurdalnym przymusem, zmieniałam słowo znowu. Przed oczami pląsały całe rzędy morfujących „cipek” i „fiutów”, chichoczących i zakreślające radosne kółeczka niczym z filmów disneya. Walnęłam głową o biurko. Najpierw pomyślałam, że skoro cały czas cipki i cipki, to miłą odmianą będzie fiutek. Potem doszłam do wniosku, że ze względu na oryginalne pochodzenie lipshit bloga jego widownia niekoniecznie jest fiutkolubna. W końcu wylosowałam.

Czytam tekst Ewy T. na homikach, potem skaczę po wszystkich wizerunkowo – tożsamościowych postach (jakoś ostatnio dużo czytam Ewy T. W polskiej blogsferze nikt nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Czyżby wypalenie wyborami? Dlatego przerzuciłam się głównie na blogi modowe porozumiewające się za pomocą pisma obrazkowego). I zastanawiam się. Wciąż się zastanawiam. Od zawsze się zastanawiam. Teraz, gdy dobiegam powoli trzydziestki lubię się zastanawiać. Nie zawsze tak było. Z biseksualizmu wskoczyłam na lesbijskiego konika, trochę za wysokiego do jazdy w obcasach. Nie dopasowałyśmy się z lesbijstwem temperamentami, to pewne, ale przez długi czas bałam się z tego konika zsiąść. Oznaczało to zejście z wytyczonej ścieżki. Utratę protezy tożsamościowej, bez której, według fatalistycznych przepowiedni, mój kręgosłup miał najpierw obwisnąć, a potem złamać się. Trzeba mieć jaja żeby nagle dać nura, na łeb na szyję, w głęboką, czarną wodę, gdy nie umie się pływać.

Od zawsze fantazjowałam o mężczyznach. Znacznie więcej niż o kobietach. 
Od zawsze sypiałam z kobietami. Znaczniej więcej niż z mężczyznami. 
Jedyny monogamiczny związek w jakim byłam to związek wybitnie lesbijski. Czy to czyni ze mnie lesbijkę? Sytuacja wydaje się analogiczna do tej z lesbijkami i gayporno...

… a jeśli jesteśmy już przy temacie „The Kids are all right” to strasznie kręci mnie supersamiec. Na pewno bardziej niż apodyktyczna, pomarszczona Benning czy piegowata Moore która nie goli nóg. Odnoszę dziwne wrażenie, że taki supersamiec musi naprawdę ładnie pachnieć. W kinie miałam totalny lezbopanick attack i prychałam tak głośno, tak ostentacyjnie wiłam się z oburzenia, że brakowało mi tylko tęczowej flagi by przebić nią ekran. Pod koniec uniosłam się głośnym poligamicznym śmiechem by wykpić ideę, że jeśli związek musi zwyciężyć, to zawsze jest to związek mono. W mojej wersji filmu supersamiec wprowadza się, trzyma swój mały motorek w garażu tuż obok absurdalnie wielkiego range rovera pani domu i żyją happily ever after, wspólnie wychowując dzieci. Naprawdę, ten spocony supersamiec wyrywający z ziemi ekologiczne marchewki i piekący rabarbarowo truskawkowy paj bardzo mi się podobał. Był fun&sexy, a stereotypowe lesbijstwo nie. Dlatego nie rozumiem, czemu lesbijki tak gardzą i szczekają na ten film… W końcu święta mono lesbijskość broni się bardzo skutecznie przed podstępnymi zakusami wzwiedzionego penisa, o czym świadczy łzawy monolog Jules na tle wyłączonego telewizora. 

Nie posiadam odpowiedniej wiedzy, pochodzę z zaplecza feministycznej klasy. To, że przeczytałam Judith Butler nie czyni ze mnie teoretyka queer. Piszę podłą, soft pornograficzną literaturę. Upajam się pretensjonalną pozą podejrzaną na jakimś filmie ze swinging sixties. Nie jestem najmądrzejsza, bo lubię seksualnie ryzykowne zachowania i żaden ze mnie artysta. Nigdy nie będę role model, bo nigdy nie wyrosłam z etapu l'enfant terrible. Dlatego prześledzenie mojego modelu seksualności, mojego erotycznego wzorca jest całkowicie bezcelowe. Jednak nie mogę sobie odmówić tej przyjemności. 

Gdy czytam wszelkie pop dywagacje na temat tożsamościowych etykietek często wyłapuję para religijne porównania. W zlaicyzowanym świecie walka o prawo do etykietki seksualnej jest jak prawo do oznaczenia siebie jako prawdziwego wiernego, praktykującego i godnego szacunku. Sztywno wyznaczone zasady i rygorystyczne dogmaty wzmagają wrażenie, że człowiek pozbawiony wiary jest słaby, zagubiony, niepewny moralnie, nie można mu ufać. I jakkolwiek przestarzałe jest oznaczanie ateisty jako kogoś wyrzuconego poza nawias prawdziwej i jedynej słusznej, religijnej moralności, jak dobrze zdajemy sobie sprawę ile krzywdy jest w deprecjonowaniu kogoś kto wyznaje inny system myślowy, przenosimy podobny mechanizm na sferę tożsamości seksualnej. Religijna ciemnota ustąpiła miejsca ciemnocie seksualnej. Reakcje genitalne i seksualne rytuały dzielą ludzi na bardziej lub mniej, na prawdziwych lub nie. Przydomek –fob, kiedyś oznaczający jedynie drugą stronę barykady, zaczyna być przypinany do tych literek, które kiedyś pomagały oznaczać się wewnątrz społeczności. Nie ma lepiej lub bardziej. Nie ma właściwych wzorców zachowań seksualnych, a coś takiego jak ugruntowana tożsamość (golden stars i tym podobne bzdury) nie istnieje. Nie wierzę w krystaliczną tożsamość homoseksualną, tak jak nie wierzę w istnienie wiernego bez grzechu. Samo porównywanie empirycznego doznawania seksualności w kategoriach zgrzeszenia przeciwko dogmatowi jest chore (patrz lesbijki vs fantazje o mężczyznach – fantazjujesz o tym by possać mu penisa, wypadasz, lesbijki vs kontakty seksualne z mężczyznami – lubisz jak facio wyliże ci cipkę, you’re out i oddawaj lesbijski order). Odkrywanie samego siebie zawsze będzie się odbywało metodą prób i błędów. Nie można oczekiwać, że podczas poszukiwania wiedzy nie ubabrzesz się odrobinę (spermą na przykład). Seksualne etykiety to jedynie drogowskazy, które kiedyś miały pomóc nam się odnaleźć, wyznaczyć te sfery w erotycznej rzeczywistości, które wymagają wytężonej pracy czy zrozumienia, teraz, w epoce postqueerowej są całkowicie zbędne. Słuszna jest uwaga, że język przestaje nadążać za zmianami obyczajowymi, szczególnie wśród świeżo wyemancypowanych Polaków. Może zamiast dzielić skórę na homoseksualnym trupie, skupmy się na tworzeniu nowych sposobów opisu seksualnej rzeczywistości. Brak wspólnego intelektualnego interesu będzie odbijał się czkawką, szczególnie jeśli skupiamy się na społecznych zjawiskach kreowanych przez przeciętnego zjadacza internetowego chleba, który pogubiony, dysponujący szczątkową wiedzą, pluje przestarzałymi terminami jak ostrą bronią. Zamiast oceniać dyskusję zacznijmy własną.

Znane nam słowa przestały opisywać rzeczywistość, a skwalifikowane jako homoseksualne działania nie znaczą już nic. Można bywać promiskuitywnym, tak jak można bywać monogamicznym. Biseksualizm jako wielki wór na wszystko na co nie znamy określenia już nie wystarcza.

Miałam naprawdę fajny pierwszy raz z facetem. Mój pierwszy kochanek był mega przystojny, dobrze zbudowany, imponował mi intelektualnie. Był zajebisty w łóżku. Miał naprawdę pięknego penisa, którego lubiłam brać do buzi. No i co z tego. Skoro pierwszy raz z kobietą był jeszcze fajniejszy. Musiało minąć ponad dziesięć lat bym mogła przyznać, że seks oralny z facetem też może być fajny. Wcześniej zindoktrynowana przez potrzebę posiadania tożsamości, przez lesbijską presję, którą sama na sobie wywierałam, krzyczałam najgłośniej, że fiuty są obleśne i nigdy nie połknęłam spermy. Bullshit. I used to swallow that thing. Szkopuł w tym, że jeśli seks oralny z facetem bywa fajny, tak lizanie cipek jest zawsze wyjebane w kosmos. Seks z facetem może być ok, penetracja w pewnych warunkach jest całkiem niezłą zabawą, taką jak jedzenie kanapki z szynką. Natomiast nawet kiepski seks z kobietą, z taką sztywną księżniczką z drewna, która nie umie się nawet całować, jest o wiele, wiele lepszy. Jest ciastkiem z kremem i wisienką na czubku. Przyklejamy etykietki? Cenujemy i wyznaczamy wartość ruskim targiem? Co teraz z Katarzyną Frank? Lesbijką nie jest na pewno. Do biseksa też daleko. A teraz cytując za dyskusją o rozmyciu tożsamościowym w komentarzach na trzyczęściowym, skoro coś takiego jak brak tożsamości, tożsamość rozmyta nie istnieje… 

Możemy jeszcze porozmawiać o mojej zdolności do tworzenia trwałych związków. Możemy porozmawiać o moich fantazjach na temat mężczyzn, które przebijają fantazje na temat kobiet o siłę orgazmu, po którym na chwilę tracisz wzrok. Porozmawiajmy o tym jak na widok Ala Pacino majtki mi się zsuwają w takim tempie, jakiego nigdy nie osiągają na widok Angeliny Jolie. I jak to ma się do rzeczywistości, w której nigdy ani nie zrealizuję swoich fantazji ani nie spotkam Ala Pacino.  

Wiem o sobie tylko jedno. Nie jestem heteroseksualna. Reszta mi zwisa i powiewa. 

I naprawdę cholernie zazdroszczę tym wam, którzy wiedzą kim są, potrafią paluszkiem bez wahania wskazać swoje miejsce na skali Kinseya oraz, co więcej, doskonale wiedzą kim są inni. Tak samo jak zazdroszczę katolikom moralności zdefiniowanej przez dziesięć punktów wyrytych w betonie jeszcze w czasach przed Chrystusem. Zazdroszczę łatwości wyborów i uzurpowanego prawa do monopolu na prawdę. Ja tak nie potrafię. Nie wiem nic o tym kim jestem, co mnie czeka i jak dalej potoczy się moje życie. Nie mam pojęcia o tym co kieruje innymi ludźmi i bagatelizuję etykiety, które sami sobie nadają. I choć kiedyś mi to cholernie przeszkadzało, teraz wiedza o braku wiedzy całkowicie mi wystarczy.

10 komentarzy:

para pisze...

dla wspaniałości red, red lipstick uważam, że los okazał się łaskawy. fiut w szmince to bardzo mocny, o głębokich korzeniach kulturowych, znak. czasem może być wręcz kliszą. ale to zupełnie nie przeszkadza. to podbicie końcowe bardzo mi się podobało. cipka by mi tam nie pasowała. myślę, że mogłaby mnie rozczarować, mimo braku niehetero soft porno.

bardzo się śmiałam z opisu procesu twórczego. wyobrażenie tej sceny - klasyk. troszkę allenowski?

trafna diagnoza współczesnych tożsamości nie-heteronormatywnych. natomiast, spotyka się to z ogromnym niezrozumieniem - bo przecież jak to? lubisz kobiety, ale właściwie super-samocowi byś nie odmówiła. jak reagować? to taka prywatna zagwostka. tłumaczyć w duchu tolerancji, ciesząc się, że ktoś chociaż próbuje to zrozumieć? jakoś nie mogę zdzierżyć. z drugiej strony pozostawić kwestię niewprawnemu umysłowi - grozi katastrofą. zastanawiam się nad strategią mówienia o tym.

podsumowując - dobry fiut nie jest zły, w ogóle. ale jednak może być lepiej. może to zdanie należy wypowiadać w odpowiedzi na te histeryczne pytania o samo-klasyfikację?

para pisze...

oraz al pacino- understood but check out douglas b friedman.

lipshit pisze...

tak dla sicłości,
Al Pacino w stylu 60s, early 70s, taki z ScareCrow, albo DogDayAfternoon.
Taki Pacino...

inesligatur pisze...

i znajdź sobie kogoś. jakąś kobietę do dobrego związku, co tak będziesz sama. albo my Ci znajdziemy. my powiemy ci jak się żyje. że problem później? dusisz się? to idźcie na terapię! rozbabrz swoje dzieciństwo, wywlecz przed obcym człowiekiem duszę to cie poskłada na nowo i odtąd będziesz mogła żyć w zdrowym monogamistycznym lesbijskim związku! i mieć wspólne skarpety i kota!

a ja nie tylko nie chce ale mnie denerwuje to że wszyscy to robią. bo to nienaturalne, w dodatku chętnie bym wskoczyła do łóżka co poniektórym, a nie mogę. i nie chodzi o to że uważam że tak się nie da. zdaje mi się po prostu że coś jest bardzo przekłamane i terapie w wielu przypadkach byłyby zbędne.

lipshit pisze...

Pęd do ortodoksyjnej monogamii nie jest domeną tylko lesbijskich relacji pogłębionych. Tak samo jak terapie związkowe. Monogamiczna duchota nie jest tylko cechą związków niehetero. Jest cechą monogamii jako taką.

and I say nie znajdź sobie nikogo
and I say nie szukaj miłości
and I say sypiaj z kim tylko pragniesz
and I say nie sypiaj z kim popadnie
and I say, come on, fall in love with yourself

shadow pisze...

a ja lubie dyskusje tozsamosciowe:))))moj watek na forum kk- fantazje o facetach dal mi duzo do myslenia na temat tego jak dziewczyny okreslajace sie jako lesbijki traktuja swoje fantazje o mezczyznach- super ciekawy material badawczy do rozwazan na temat psycho- seksualnosci

Anonimowy pisze...

Co do TKAAR to trochę naginasz prawdę, bo też wiele biseksualistek było oburzonych tym filmem. Bo to nie o to chodzi, że jak próbujesz sugerować obnaża to jakieś wstydliwe prawdy o lesbijkach. On powiela seksistowskie stereotypy na temat lesbijek. Oczywiście wiele kobiet się nie definiuje w oparciu o swe seksualne odczucia (a raczej w mniejszym stopniu o nie), ale tego typu dyskurs wymazuje kobiety, które nie czują żadnego pociągu do mężczyzn. I co mnie szczególnie irytuje, powszechne jest wśród "lesbian identified bisexuals" kwestionowanie, że takowe kobiety, tzn. które pociągają wyłącznie kobiety, w ogóle istnieją. Na co składa się powszechność postaw jak u nich, niezrozumienie biseksualizmu i bifobia, i heteroseksizm filmów zawierających postacie lesbijek.

Anonimowy pisze...

Swoją drogą nie rozumiem tego pędu do obalania etykietek. Niby co jest w Twoim pożądaniu niezrozumiałe? Czemy uważasz, że coś Cię różni od bi?
Oczywiście koniec końców to nie jest istotne, ale jednak dziwnym trafem to się na ogół odbija rykoszetem na lesbijkach i kwestionowaniu ich seksualności...

Anonimowy pisze...

Swoją drogą całe te dywagacje są wyraźnie robione z punktu widzenia osoby, która jest, jak to pisała w swych badaniach Diamond, "niewyłączna". Język nie oddaje rzeczywistości? Jak to nie. Bardzo miło, że dzielisz się swymi przeżyciami, ale próbujesz je przedstawiać jako uniwersalne dylematy. Uwierz, są kobiety które nie potrafią się podniecić myślą o mężczyznach, nie kręci je męskie ciało, i jak wykazały badania na reakcje ich cipek, nic a nic nie podnieca je widok mężczyzn czy seks między nimi.
Skoro język nie oddaje rzeczywistości, to jak je niby określać? Czy nie po to używamy słów, by katalogizowac rzeczy i zjawiska? I nie jest prawdą, że żyjemy w erze post-queer, skoro takie kobiety coraz silniej się czują wykluczone przez dominujący dyskurs, którego ton gdy chodzi o kobiety wyznaczają właśnie z racji swej przewagi liczebnej kobiety "niewyłączne".

Sama sobie narzucałaś etykietkę lesbijki, choć nigdy do niej nie pasowałaś. No tak, więc etykietki są głupie.

lipshit pisze...

Naprawdę odnoszę wrażenie, że ostatnie komentarze powyżej to "copy&paste" z tych pod dyskusjami tożsamościowymi na trzyczęściowym. Już to czytałam, znam, Pani już podziękujemy, to już było. Czy naprawdę nie dowiem się niczego nowego?