środa, 17 sierpnia 2011

LIPSHIT OGLĄDA; Comfort Movies [2]

2. ABOUT ADAM
Sytuacja odwrotna w stosunku do „The Quills”. Film na pozór głupiutki i opatrzony znakiem „romantic” okazuje się przewrotny, zepsuty i fantastycznie perwersyjny. Wybaczam nawet tragiczną Kate Hudson, która niszczy wszystko za co się zabierze, poczynając od irlandzkiego akcentu, na Gershwinie kończąc. Queerowość filmu jest ekscytująca, a pochwała poligamii na samym końcu... cóż, poligamia nie wyklucza odczuwania miłości. Nawet jeśli to tylko miłość własna.

Można by pisać o tym filmie w kontekście „erosajko”; filmów o (przeważnie) dziewczętach z zaburzeniami emocjonalnymi, które w imię wypełniania monogamicznych obowiązków dopuszczają się psychopatycznych zbrodni. Filmów takich jak „Black Swan”, „Chloe” i wszystkie “–poison ivy-fatal attraction-my summer of love-kinda movies-“. Choć tytułowy Adam nikogo nie morduje, wręcz przeciwnie wyzwala z więzów mieszczańskiej moralności, oferując seksualne spełnienie, ma jedną wspólną cechę wraz z wymienionymi wyżej dziewczętami. Nie istnieje. Nie istnieje nigdzie indziej poza głową i kroczem tych, którzy go pragną.
Adam jest jedynie iluzorycznym bytem, fantazmatem, lustrem w którym mogą obejrzeć swoje pragnienia wszystkie trzy siostry, z którymi Adam ma romans. Adam jest pozbawiony wszelkich cech osobowościowych prócz seksualnej mocy. Jego mieszkanie nie posiada jakichkolwiek cech charakterystycznych. Jest minimalistycznie eleganckie, jak wystawa drogiego sklepu. Opowieści o dzieciństwie i „jaggie”, jaguarze, samochodzie, który zachwyca każdego kto tylko choć ukradkiem na niego zerknie (co w domyśle każe zakładać, że Adam naprawdę pięknego ptaka), zmienia się w zależności od tego kto jest słuchaczem i co chce usłyszeć. Co więcej, tylko Adam wie, które z wcieleń, jakie przybiera na potrzeby kolejnych uwiedzeń, jest prawdziwe. Może któreś z przywołanych, może żadne. Zresztą prawda i jej relatywizm jest tą najgłębszą z warstw, jaka leży pod kolorową układanką precyzyjnego scenariusza o budowie szkatułki. Gdy najstarsza siostra (czyli w domyśle prasiostra, najdojrzalsza, posiadająca najwięcej dystansu, jak i wiedzy do tego by tak łatwo nie ulec > Adamowi? własnym pragnieniom?), ustanowiona w monogamicznym macierzyństwie, pyta Adama czemu to robi, czemu uwodzi. Adam odpowiada;

- Uwierzysz, bądź nie, ale robię to, bo uszczęśliwianie ludzi przychodzi mi bez wysiłku. Dlaczego więc nie miałbym tego robić?
- Mówisz prawdę czy tylko to co chcę usłyszeć? To co trzeba powiedzieć by mnie uwieść? - pyta najstarsza z sióstr.
- A jakie to ma znaczenie? - odpowiada Adam.

Na dokładkę mamy tutaj dekonstrukcję wiktoriańskiego mitu kobiety histerycznej, trochę queer dla ubogich gdy Adam uwodzi brata (tak! Jest tam jeszcze brat!), rozprawiamy się z psychologiczną legendą na temat szczerości, wierności i posiadania własnego życia poza związkiem. Miedzy poligamią a monogamią nie stawia się wartościujących znaków, po prostu zauważa się mnogość bytów, modeli życia, potrzeb w mikroświecie jakim jest społeczeństwo, w tym wypadku symboliczna rodzina. I choć można dotrzeć niebezpiecznie blisko mielizny, jeśli dosłownie potraktujemy teksty typu „najważniejsze jest dobre bzykanko” czy „największym zagrożeniem dla świata są nudni ludzie.”,  to właśnie w ten sposób komercja naśladuje życie. Łagodząc je, oswajając, puszczając do nas oko. Seks, wyzwolenie kobiecości / męskości, tracenie i przejmowanie kontroli nad własnym życiem, to wszystko jest zajmujące, zabawne, podniecające, barwne i cholernie satysfakcjonujące, jeśli tylko grzecznie acz stanowczo odmówimy bycia serio, serio, serio.
Pozostaje tylko pytanie, lepiej być Adamem czy być z Adamem?

2.5  THE ROYAL TENENBAUMS
Widziałam ten film miliord razy. Oglądam go gdy jest mi źle. Przykrywam się kocem, wypycham policzki czekoladą i wsadzam palce pod gumkę majtek by wygodniej mi było głaskać się po brzuchu (też to robicie? smyracie się po maciusiu?). Nie jest ważne natężenie wydarzeń, nieważny kataklizm wytrząsający FrankieLandem i tak będę się śmiała z dresu Bena Stillera. Podskórnie nie wierzę w rodzinę i spajające je, absurdalne, pozamaciczne więzi i odspermowe obowiązki, a ten film drażni mój cynizm. Uwielbiam retro vintage non stop kolor konwencję, która nie jest naśladownictwem a postmodernistycznym podrasowaniem współczesnych opowieści o współczesnych problemach. Uwielbiam Margot Tenenbauam i chciałabym być taka jak ona. Ale nigdy nie będę. Powściągliwa, introwertyczna, małomówna. Z własnym studio i okładką sztuki, na której widnieją włosy łonowe. Umiejąca zatrzymać własne sekrety bez potrzeby publicznego onanizmu. Bo nigdy nie będę blond. Ale za to mogę sobie kupić futro.

Sposób opowiadania historii, niemal książka z obrazkami wertowana niewidzialną dłonią, jest mistrzostwem. Dla mnie wzorzec z sevres przy układaniu struktury Książki o Kasi Pe. Pagoda, Gypsy Cab, okładki czasopism z Elie'em, który pręży się trzymając truchła pustynnych węży (malowidła na ścianach jego mieszkania, łaaaaa). Bill Murray jedzący herbatnika i Angelica Huston odkurzająca jakieś małe kości. Syndrom Heinsbergena. Dom w którym w zależności od pory roku czy pory dnia zmienia się kąt padania światła. Dom, w którym marzyłabym by zamieszkać. Postacie charakterystyczne, nostalgiczne, różnorodne. Absurdalne dialogi do zapamiętania na zawsze...

- Hey, you are in my team!
- There are no teams !!!

Plenery zmieniają się jak w kalejdoskopie, oko nie nuży się, podniecone wciąż nowymi i nowymi bodźcami. Żaden szczegół nie jest przypadkowy, scenografia osadzana miliardem szczegółów charakterystycznych dla każdej z postaci (wystrój poszczególnych mieszkań, stroje, gadżety, głowa dzika w schowku na gry, drinki jakie piją postacie > krwawa mary z selerem dla sportowca!!!). Szerokie plany niczym ilustracje przesuwające się powoli by objąć wszystkich bohaterów. Ścieżka dźwiękowa, która stanowi trzecią linię dialogu ( „Ruby Tuesday” Stonesów, łaaaaaa ). Film jak książka, ale więcej niż książka. Nigdy się nudzi. Eksplozja szczegółów zalewająca spragniony pobudzenia mózg.
A do tego jest słodko. Kino familijne dla dzieci, które nie dorastają. Dzieci, których inteligencję obraża sama idea kina familijnego według wzorca późno amerykańskiego.
Scena, w której po obejrzeniu „M.Tenebaum Background files” St. Claire ni to stwierdza, ni to pyta „She smokes...?” , ta scena powinna zostać wysłana w kosmos jako nasze dziedzictwo dla obcych cywilizacji.

2 komentarze:

Labryska pisze...

Ciekawie brzmi opis tego pierwszego filmu, chyba się na niego skuszę ;)

lipshit pisze...

Koniecznie. I daj znac jak sie podobalo.