sobota, 27 sierpnia 2011

Klute [5]

KLUTE [5]

Gdy szłyśmy przez trawnik zauważyłam, że ktoś przerobił znak na 4fcknSAKE. Domy twoich sąsiadów mają oczy w najmniej spodziewanych miejscach. Oczy superczułe, laserowe, o atomowej pamięci. W świecie obwieszonym satelitami jak lampkami choinkowymi nie istnieje intymność. Leki zaczynały działać. Moje gardło sklejone czymś na podobieństwo słodkiego kleika. Niczym gołębica nosiłam pokarm u szczytu ust, sklepionych czarnym podniebieniem. Nosiłam wódę i barbiturany. Karmiłam kokainą i dolarami. Dawałam się wykorzystywać. Poza rolą ofiary nie istniałam. Jeśli coś we mnie nie wyginało się w masochistycznym skomleniu o przemoc, znaczy się nie było moje, nie moim głosem przemawiało.

Czas rozciągał się na długość myśli, które przypominały gumę do żucia, rozszczepioną na różowe włókna, niezniszczalne, pozbawione smaku. Zastanawiałam się czy rzucić Klaudię na pożarcie małemu chłopcu, który nawiedzał moje sny. Czy ogłuszyć ją, napełnić białym tabletkami aż zaczną wysypywać się nosem, polać wódką jak podpałką. Rozerwać ubranie, pociąć je nożem, rozszarpać pazurami. Gdy będzie już naga jak lalka, przeciągnąć po zakurzonej podłodze. Obwiązać sobie loczki do koła mocnych pięści, otulić nimi pulsujące żyły między knykciami. Potem przebudzić ją uderzeniem, od którego moja dłoń rozłożona niczym wachlarz uniesie się daleko ponad ramię. Zastanawiałam się czy chłopiec wygubił już wszystkie mleczaki. Zgodnie z rodzinną tradycją, zakopane w ogródku, białe orzeszki, ziarna z których nie wyrosną kwiaty dzieciństwa. W naszej rodzinie dzieciństwo nie istniało. Urodziliśmy jako ofiary, które nie ewoluują, nie przechodzą przez kolejne stadia wzrostu. Jedyne co potrafiliśmy to ronić łzy, krwawić i karmić naszych oprawców zwitkami zielonych banknotów. 

Klaudia dorwała mnie przed drzwiami. Grzebałam w torebce szukając czegoś odpowiednio ciężkiego by zwalić ją z nóg jednym, precyzyjnym ciosem. Klaudia była przekonana, że szukam kluczy. Nie wiedziała, że drzwi domu mojego ojca były zawsze na oścież otwarte. Okna, drzwi, piwnica, ogród, zawsze otwarte. Moje nogi, moje powieki, moje gardło, zawsze zapraszająco otwarte.
- Chciałabym Ci podziękować. Nie ważne jak to się skończy, dziękuję. - dotknęła delikatnie mojej dłoni w poufałym geście. Zemdliło mnie. Wyjęłam ręce z czeluści torebki, musiałam się czegoś chwycić, żeby nie upaść. Chwyciłam się po części drzwi, po części jej ramion. Nierozważnie. Odebrała to jako zachętę do dalszego pierdolenia głupot. - To doświadczenie, wypełnienie tego zadania odmieniło mnie. Rzuciło światło na aspekty, których nie dostrzegałam wcześniej. Wyzwoliło mnie. Oddam ci pieniądze. Chcę ci towarzyszyć w dalszej drodze, ale nie chcę już od ciebie pieniędzy.
Wrzasnęłam. Wydobyłam z siebie krzyk ptaka, gołębicy wypełnionej trującym farszem. Klaudia odskoczyła jak oparzona. 
- Ale ja chcę ci płacić. - wycharczałam – Muszę ci płacić. Inaczej to nie ma sensu. To robi z ciebie dziwkę. A ze mnie....
- Nie chcę być już dziwką... - szepnęła. Jej oczy szklane jak u lalki. Zdałam sobie nagle sprawę, że wszystkie lalki jakie miałam w dzieciństwie były nagie. Nie pamiętam ich ubranek, nie pamiętam sukienek ani gumowych bucików. Pamiętam za to plastikowe, puste w środku ciałka ponadgryzane małymi ząbkami. - Nie dla ciebie...
- To spierdalaj. 
Jej oczy powiększały się z minuty na minutę. Patrzyła na mnie nie dowierzając. Patrzyła na kruchą dziewczynę w granatowej garsonce, w grubych okularach w rogowej oprawce. Moje ciasno splecione włosy, moje niepozorne ciało pozbawione znaków szczególnych, wszystko znajdowało się pod ścisłą kontrolą i mówiło o mnie dokładnie tyle ile powinna wiedzieć. Drapieżnik przybiera barwy ochronne. Zdobycz pożera jaskrawe pióra drapieżnika. Upajałam się tą chwilą. To już prawie-prawie-zemsta. Jak  prawie-prawie-orgazm, więc dociskasz mocniej dłoń, wbijasz paznokcie, aż z nabrzmiałych naczyń popłynie krew. Widziałam upadek. Tak trudno uwierzyć, że być nawróconą, filigranową jawnogrzesznicą to za mało. Maria Magdalena zmieniająca swoje imię. To nie mogło wystarczyć. 

Bez słowa, bez wahania weszłyśmy do pustego domu mojego ojca. Rzuciłam na zniszczony stolik kawowy fiolkę z pigułkami, magnetofon szpulowy i nowiutką kasetę na której ktoś napisał dziecinnym charakterem pisma Dr. No. 
- Doktor Novak? - spytałam czujnie węsząc nosem.
Wypowiadając to nazwisko do nozdrzy napływał natychmiast fantomowy zapach przestarzałych perfum Masumi, zapach wybielacza jakiego używają w pralniach hotelu Hilton i dyskretny smrodek nietrzymanego moczu. Klaudia przytaknęła skwapliwie, jakby straciła zdolność wymowy. Gładziła się po kieszeni jeansów, w której odznaczała się gruba koperta, którą dostała ode mnie w barze.
- Dr Novak leczyła moją matkę. - szepnęłam – I mojego Ojca.
Czując jak w odruchu Pavlova wilgotnieją mi majtki, odpaliłam czerwony guzik z napisem start. Jak za każdym trzasnął niczym odpalany fajerwerk. Prosto w twarz, odrywając resztki opanowania i godności. Potem nastąpiły centymetry taśmowej ciszy nasyconej szumem nieistniejących roślin. 

2 komentarze:

Renate pisze...

mocne. nawet bardzo...

Ruda pisze...

Mocniejsze niz czarna kawa o polnocy ;) Fakt.