niedziela, 21 sierpnia 2011

KASIA PEPPER po drugiej stronie lustra [3]

Widząc moje wzburzenie, drugi z panów, rudzielec o wydatnych ustach i starannie wypielęgnowanym wąsiku, położył rękę na klapie kaszmirowej marynarki i powiedział;
- Zapewniam Madame, że osoba, którą chcemy obdarować jest jedną z niewielu, która w pełni doceni uroki Panienki z Okienka numer Trzy. Zresztą, sama Madame oceni gdy ta osoba tutaj zawita. Jeśli Madame uzna, że ten kto przedstawi się podanym przez nas imieniem nie jest odpowiedni by obejrzeć występ w Pokoju Numer Trzy, zwyczajnie, poda Pani jakikolwiek inny klucz do któregokolwiek z pozostałych pokoi. Jednak mogę założyć się o cztery perskie dywany, wyściełające miękko te wspaniałe wnętrza, że Madame potrafi na jeden rzut oka rozpoznać ów osobliwy dar. Marzycielską skazę, niecodzienny gust…
Przez chwilę ważyłam słowa tego zjawiskowego gentlemana. Zmagałam się z duszą hazardzistki, klątwą mojej babki. Walczyłam ze skłonnością do ryzykownych zachowań odziedziczoną po prababce. Potem błysnęła mi pewna myśl… 
- Jak przedstawi się obdarowana osoba?  - spytałam wyciągając dłoń po wieczne pióro oraz podarunkowy bilecik.
- Ach Madame! – uśmiechnął się wyraźnie ukontentowany rudzielec – To będzie... 
- ... mademoiselle Pepper. – mruknął aksamitnie blondyn sięgając po portfel.

Cóż za niecodzienna myśl sprawiła, że zmieniłam zdanie? Dlaczego zaryzykowałam ośmieszenie swojego lokalu, jak i Panienki z Okienka Numer Trzy? Przez chwilę, niecodziennie zapragnęłam wierzyć w istnienie osobliwego daru, skazy jaką noszą prawdziwi marzyciele. Panienka z Okienka numer Trzy może i nie rozchwytywana, ale posiadająca stałe, niecodziennie solidne grono specyficznych wielbicieli, szczęśliwie wśród tych o najzasobniejszym portfelu, należała z pewnością do najpiękniejszych dziewcząt występujących w „Córach Koryntu”. Najpiękniejszych, a zarazem najbardziej samotnych. W garderobie nigdy nie czekały na nią kwiaty. Nie pukał posłaniec z koszami owoców czy pudłami czekoladek. Nie przynosiłam do niej zaproszeń czy bilecików pachnących luksusem i pałacowym atramentem. Nigdy nie przyłapałam jej jak stukocze obcasami po schodkach mojej wilii zmierzając do jednej z limuzyn czy taksówek, które potrafiły czekać na dziewczęta przez całą noc. Mimo to Panienka z Okienka numer Trzy nigdy nie była ani zła ani zawistna. Bywała jedynie bezgranicznie smutna. Szczególnie gdy poprawiając złote loki, nasuwając staromodny toczek z woalką tuż przed wyjściem na zimny świt, poprawiając kawowy płaszczyk obszyty żółtym lisem, ocierała ukradkiem łzę… Nigdy nie dałam odczuć, że wiem o jej samotności. „Córy Koryntu” to lokal z klasą. Jestem do szaleństwa niecodziennie dyskretna, zarówno w stosunku do moich gości, jak i do występujących u mnie dziewcząt. Dlatego gdy jeden z gentlemenów wspomniał o marzycielskiej skazie, przez jedną szaloną chwilę pomyślałam, że może, że tym razem, okrutny los okaże się dla niecodziennego marzyciela niecodziennie łaskawy. I to co niedostępne dla oka, to co na pozór skomplikowane, niepojmowalne umysłem śmiertelnika, to co nierealne, okaże się najbanalniejszą ze wszystkich historii. 

3 komentarze:

Renate pisze...

ajjj.. w takim miejscu przerwać.. :( szkoda...

Oa. pisze...

Niestety, im bardziej skupiasz się na formie, tym gorszy jest styl. Pisz bardziej emocjami, a nie mózgiem - różnicę widać wprawnym, ale jednak gołym okiem.

lipshit pisze...

'' wprawne ale jednak gole oko ''
uwielbiam taka radosna frazeologie
szczegolnie w wypowiedziach krytycznych odnosnie mojego stylu

stylizacja jezykowa jest zamierzona. Przy kolejnych czesciach pisanych pozostalami postaciami styl wygladza sie i staje sie bardziej strawny. Kicz jest zdrowy! Ile mozna byc serio, serio, serio?