wtorek, 16 sierpnia 2011

KASIA PEPPER po drugiej stronie lustra [2]

część druga

Pani Klaudyna

Najpierw zjawili się dwaj gentlemeni. Obaj w garniturach, pod krawatem. W mankietach śnieżnobiałych koszul nosili spinki o mieniących się, diamentowych główkach. W kieszonkach mieli niedbale zmięte chusteczki od Hermes. Jak na mój gust mieli odrobinę zbyt długie grzywki, ale i tak… cóż za przyjemność, cóż za niecodzienna odmiana po gąszczu skórzanych kurtek, kaszmirowych golfów poprzecieranych na łokciach, brudnych kołnierzyków czy prążkowanych, źle skrojonych, klubowych marynarek. Rozglądali się ciekawie. Mówili przyciszonymi głosami.
Posiedzieli chwilę w sali z kominkiem, zamówili koniak. Długo, długo oglądali katalog, pokazując sobie kolejne Panienki. Byli dziwnie nie zainteresowani w sposób intymny, lecz rozentuzjazmowani, tak jak ludzie, którzy szykują żart, dowcip. Jak chłopcy w sklepiku ze śmiesznymi rzeczami. Przyglądałam się im z wysokości biurka, zza którego przyjmuję zamówienia i opłaty. Nie osądzam. Nie oceniam. Czerpałam niecodzienną przyjemność z obserwowania gości, którzy naprawdę którzy naprawdę dostrzegają moje Panienki i potrafią zwrócić uwagę na coś więcej poza nagością niecodziennie genitalną. Wymieniali uprzejme uwagi na temat włosów, wyrazu twarzy, obuwia i wysokości obcasów. Komentowali bieliznę, zwracali uwagę na wypielęgnowane dłonie oraz staranność pedicuru. Mogłam dowiedzieć się o swoich Panienkach czegoś nowego, poznać mocne, męskie krytyczne uwagi. Nad jedną ze stron pochyli się na dłużej, w milczeniu kiwając głowami. Nie mieli żadnych zastrzeżeń, nie mieli żadnych słów krytyki. W końcu zatrzasnęli grubą, okutą okładkę katalogu, najwyraźniej jednomyślni. Podeszli do mnie szurając po moich grubych, perskich dywanach wypastowanymi mokasynami z cielęcej skóry. Z przestrachem patrzyłam na obcasy dociskane twardą piętą. Wymieniliśmy obowiązkowe uprzejmości. Panowie pochwalili wystrój oraz dyskrecję zewnętrznej fasady, utwierdzając mnie w przekonaniu, że opinia o klasie mojego lokalu nie jest przesadzona. „Córy Koryntu” to rodzinna firma z tradycjami, której zarządzanie przejęłam od mojej babki, wspaniałej kobiety, której w epoce swingujących lat sześćdziesiątych udało się nie stracić głowy i utrzymać poziom oraz zasady wprowadzone przez moją prababkę jeszcze w czasach przed drugą wojną światową. Byłam ciekawa ich wyboru, lecz gdy wymienili Panienkę z Okienka numer Trzy doznałam lekkiego zawodu. Jeśli tak szybko udało się im odkryć tajemnicę Okienka numer Trzy, ten wybór był zbyt prosty, zbyt przewidywalny. Najwyraźniej widząc moją niecodzienną konsternację, wpadli w lekkie rozbawienie.
- Och… to nie dla nas. Chcielibyśmy sprawić komuś wyjątkowy prezent. – wyjaśnił wyższy blondyn o aksamitnym głosie.
- Prezent? – spytałam z powątpiewaniem – Wybaczcie panowie, ale nie wygląda mi to na to sytuację, w której chcecie kogoś obdarować. Wygląda mi to na podejrzany incydent. Sytuację w której chcecie kogoś nabrać. Panienka z Okienka Numer Trzy to wysublimowana rozrywka najwyższej próby, nie okazja do strojenia sobie żartów. Obawiam się, że nie mogę na to pozwolić. 

4 komentarze:

inesligatur pisze...

nie znoszę czekać.
jakby ktoś dał czekoladkę ledwo palce oblizałam a mi ją zabrał reszta później a ja chcę więcej!
kiedy ciąg dalszy?:)

lipshit pisze...

Miał być Klute 5 ... ale mówisz i masz.

inesligatur pisze...

ależ dobrego nigdy za wiele!:D
jako że nie spodziewałam się tak szybkiej odpowiedzi wracając do czekoladki to jakby tupnąć a ktoś zaraz włożył kawałek do ust! hihi

lipshit pisze...

akurat wszystko zagralo. Czas, miejsce i text pod reka.

Rozkoszuj sie czekoladka, smakuj ja powoli. Wiecej takich czekoladek na razie nie bedzie. I tupanie nic nie pomoze.