niedziela, 17 lipca 2011

LIPSHIT OGLĄDA: Comfort Movies [1]

Ten post powstał na pocieszenie. Gdy staram się napisać coś porządnego, wymagającego, angażującego intelektualnie, wychodzi mi tylko śmierć, zgliszcza i menstruacja. To będzie comfort post. 

Jest źle. W drodze do najgorzej. Pomimo kolejnej podwyżki w korpo. Pomimo świetnej formy fizycznej (yerba and yoga). Pomimo sexu i dobrej zabawy. Pomimo wysokich niż wyższych obcasów. Pomimo świetnego projektu (gotycka proza, very freudian, I think). Jest coś co boli i uwiera już od pół roku. Jedyna sprawa w moim życiu, z którą nie mam odwagi rozprawić się raz na zawsze. Więc słonecznej niedzieli, zalegam przed kompem, słucham AIR i staram się, naprawdę staram się nie denerwować. Ktoś mógłby powiedzieć, że dobrobyt mi nie służy, ale kraina w której przyszło mi teraz żyć jest daleka od dobrobytu. Wystarczy jeden zdecydowany krok, trochę konsekwencji. Muszę tylko każdego dnia przekonywać siebie samą, że warto. Manipulacja oparta na życiowym lenistwie. Przecież nie jestem żadnym kurwa, najsłabszym ogniwem.

Comfort Food to termin oznaczający jedzenie na pocieszenie. Potrawy proste, smaczne i tuczące. Nie zawierające witamin i zalegające miesiącami w nadwrażliwych jelitach. Niemożliwe do spalenia. Odkładające się nierównomiernie na biodrach, tyłku, między zwojami mózgowymi. Powodujące natychmiastowy przyrost celulitu. Każdy ma swoją historię comfort foods. Najczęściej związaną z dzieciństwem i legendarną postacią babci. Ja nie miałam babci i nie lubię myśleć o swoim dzieciństwie. Za to lubię opychać się serniczkiem z cukierni, makaronem al dente, w gęstych śmietanowych sosach i leniwymi z baru mlecznego. Gdy tylko jest mi źle, lubię wypić venti java chip frappuccino podwójnie wzmocnione (chociaż jest to kawa, której wielkość jest niemal równa pojemności mojego żołądka). Więc jeśli przyłapiesz mnie z kubkiem starsuxs wielkości mojej głowy, jak palcem z dna wybieram bitą śmietanę, nie pytaj o nic, od razu zaproś mnie na wódkę. 

Ile apetytów i smutków, tyle comfort foods. Wszystko zależy od prywatnej historii, w której drażnienie kubków smakowych, bynajmniej nie w szczególnie wyrafinowany sposób, na chwilę odrywa uwagę od traumy. Na jedzeniu się jednak nie kończy. Jako istoty popkulturowe, uczymy się od małego konsumować tak samo sztukę, jak i odróżniać mc'donalds od osso bucco. Wyrafinowane, erotyczne przyjemności od prostego, ale skutecznego comfort foods. Comfort books, comfort songs, comfort movies. 

Choć wierzę w wybawienie przez sztukę, gdy jestem w podłym stanie, emocjonalnie nie jestem w stanie unieść seansu „The Hours” lub „The Piano”. Potrzebuję strawy duchowej, lekkiej, słodkiej, nie wymagającej żadnego wysiłku, nie wymagającej przedzierania się, gryzienia. Potrzebuję sztuki o konsystencji papki, wyrobów czekoladopodbnych z galaretowatym nadzieniem Takiej do chichotania lub powolnej, niewymuszonej kontemplacji. Jeśli ulubiona „Death in Venice” mogłaby się skończyć co najmniej zabawami w oblizywanie noża lub histerycznym atakiem połączonym z jedzeniem piachu na obsranej, nadwiślańskiej plaży (you get the picture, right? Quite amusing I guess…), trzeba sięgnąć po środki mniej radykalne. Oczywiście obniżenie lotów nie musi oznaczać rezygnacji z klasy…. Tylko ten kto zachowa klasę, będzie śmiał się ostatni. Poniżej lista moich comfort movies. W przeciągu ostatniego miesiąca zaliczyłam je wszystkie. 

5. THE L WORD. Season II
Jedyny sezon, który nadaje się do re-watch. Oglądam tylko sceny z Jenny, krótkowłosą, wielkooką. Wrażliwą, oszukaną i histeryczną. Korzystam ze wszystkich dobrodziejstw neuronów lustrzanych i szukam odpowiedzi na nigdy nie zadane pytania. Kibicuję neurozie, która zmusza do wystukiwania kolejnych słów i zastanawiam się, ile jeden człowiek jest w stanie znieść, zanim popadnie w marazm. Nie w szaleństwo, bo dla nadwrażliwców szaleństwo, huśtawki, nawiedzone lunaparki i okrutne roller costery to codzienność. Prawdziwą karą dla nadwrażliwca jest marazm. 

L Word jest dość niestrawną rozrywką, serialem, który scenariuszowo brakiem jakikolwiek konsekwencji (może z wyjątkiem padalca Shane) obraża inteligencję widza. Dlatego rzadko sobie na nią pozwalam, by nie dołować się jak to ciężko i źle mają kobiety nie-hetero (nawet jeśli posiadają dom z basenem czy kręcą filmy na podstawie własnych, bestsellerowych powieści), jak bardzo neuroza związana z brakiem możliwości osiągnięcia stanu szczęścia nasila się w kobiecym towarzystwie. Ten serial zniechęca mnie do bycia kobietą kochającą kobiety, sprawia, że na myśl o tym, że jestem aspirującą burżuleską, czuję niesmak. Na całe sześć sezonów  tylko krótkowłosa Jenny, w chanelowskich perłach jest w stanie mnie zainspirować. No i nie zmienię zdania, Carmen i Jenny, były świetnie dobraną parą. 

Ufff, powoli się uspokajam i wracam na odpowiednie tory. Nic tak nie pomaga jak publikowanie na wpół anonimowych bzdur w internecie. Jedziemy dalej…

4. THE SHINING Stanley Kubrick
Film medytacja. Film podróż. Lubię zapętlić scenę, w której chłopiec jeździ na rowerku po szerokich korytarzach, realizując moje gówniarskie marzenia. Tapety, wnętrza, dywany, przedmioty. Wszystko pobudza moją estetyczną wyobraźnię. Myślę o spacerach wymarłym hotelem. Fantazjuję o wszystkich szalonych rzeczach, które mogłabym zrobić, bo nikt nie patrzy, nikt nie widzi. Zjeżdżanie po poręczach. Przeszukiwanie pustych pokoi jak szperanie w cudzym dzienniku, z którego wydarto wszystkie kartki. Spanie na polerowanych powierzchniach barowych, ocieranie się o nie gołymi pośladkami. Rozrzucanie brudnej garderoby po tych fenomenalnych, czerwonych łazienkach. Masturbacja na dnie opróżnionego basenu, pośród jesiennych liści, pośród roztapiającego się, czystego jak łza śniegu. Znajdowanie sobie dziwnych miejsc noclegowych. Moczenie się w wannach luksusowych apartamentów. Czytanie książek na dnie zatęchłych szaf. Tańczenie po pijaku na krawędzi dachu. Rzyganie pod żywopłotem.

Chciałabym obejrzeć cały materiał, jaki pozostawił po sobie Kubrick. Setki godzin zapisu dziwnego echa obijającego się od pustych korytarzy. A potem na wielkim ekranie, w kinie w stylu retro, zapętlić sobie scenę z krwią tryskającą ze staromodnych wind. Jakaś menstruacyjna, pierwotna prawda, zawarta w czerwieni ochlapującej kamerę, zawsze niesie oczyszczenie.

3. The Quills
Nie oszukujmy się, Kauffman, mimo że ukochał literaturę i literatów, o nich głównie kręcąc filmy, nie jest najwybitniejszym reżyserem. Henry&June, mimo że pieszczotliwy dla oka, wydobywa z emocjonalnego chaosu pamiętników Nin najprostsze i najbardziej oczywiste rozwiązania. Całą robotę odwalają aktorzy (Uma … ech). W przypadku The Quills, nie jest lepiej. Powiedzmy szczerze, ten film jest po prostu głupi. Pretensjonalny i głupi. Ale i tak go uwielbiam. 

Mamy tutaj zboczonego, tak! Nie bójmy się tego słowa, zboczonego erotomana, markiza (trawestację De Sade’a, z historyczną postacią ten markiz z małej litery ma niewiele wspólnego), który zamknięty w wariatkowie nie ustaje w pisywaniu świństw, jako że samo pisanie, jak i efekt jaki świństwa wywierają na rzeczywistość, dostarczają markizowi wiele przyjemności. Mamy apetyczną niepiśmienną gąskę i niewinnego katolickiego księżulka, targanego niekontrolowanymi ruchami narządów pod sutanną. Mamy ludzi seksualnie niewyżytych i seksualnie rozpasaną literaturę. Mamy klasyczne „we eat, we shit, we fuck and that’s it”. Mamy fenomenalnego Rusha, który stroi diabelskie miny świecąc brudnymi zębami, dwoi się i troi, skacze pomiędzy wariatami i niedorozwojami, wdzięcząc się i mizdrząc niczym panienka na wydaniu. Co w takim razie nie zagrało? Zapowiada się na fajerwerk dowcipu, kostiumowy, perwersyjny wygłup, niezwykle barwną opowieść o wyzwalającej mocy literackiego pornosa (kto jak kto, ale ja w imię tej tezy krwi mogę sobie krwi upuścić). Przypowieść o człowieku, który robi to co lubi i nie ustanie w swoim działaniu, bynajmniej nie powodowany ideą czy dobrem ogółu, ale przyjemnością i miłością własną. To mógłby być świetny łotrzykowski dramat o narcyzie i dorabianiu filozofii do świecenia gołą dupą (zawsze cudzą, nigdy własną). Zabrakło dystansu. W pewnym momencie markiz puszczający do nas filuternie oczko przestaje wystarczać. By nie ustawać w dostarczaniu mocnych bodźców mamy zabawy kupą (markiz) i sex z trupem (ksiądz). O pretensjonalnym zakończeniu nie wspomnę. 

I dlatego to tylko comfort movie, który lubię oglądać by wypatrywać symboliki, której tam nie ma. Wyobrażać sobie, co bym mogła zrobić gdybym miała takiego markiza do dyspozycji. Na wypisywanie jakich świństw bym mu pozwoliła? Do jakich bezeceństw wolno by mu było dopuścić się, by odwrócić uwagę od filozofii, która niczym dziurawe prześcieradło osłania ekscytujący ekshibicjonizm…  i czy bzyknąłby wreszcie apetyczną gąskę?  Prawdziwemu De Sade nie dorastam do pięt, ale tego tutaj, markiza z małej litery, przebijam o głowę i gołą dupę.

Nie ma lekko.Ciąg dalszy nastąpi.

7 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Me gusta! Me gusta tu :=)

lipshit pisze...

Zabawny zbieg okoliczności... Właśnie obejrzałam "Vicky Cristina Barcelona".

Anonimowy pisze...

O k*wa, fajny koktajl. "I dlatego to tylko comfort movie, który lubię oglądać by wypatrywać symboliki, której tam nie ma"
Mam podobnie... teraz siedzę i znowu i znowu i znowu... oglądam Judasa Lady Gagi i analizuję i szukam i wiercę palcem dziurę w całym, bo uwielbiam biblijne akcenty, z tym, że nie dopuszczam do siebie myśli, że płaskie to i tylko w sferze wizualnej podobne :(( no cóż, źle jest, a ratować się trzeba.

autorkablizn

lipshit pisze...

I na tym właśnie polega magia popkultury. W kontakcie z popkulturą możesz jedynie przeczuwać głębszą treść, ideę płynącą podziemną rzeką. Możesz domyślać się czegoś więcej niż tylko prawidłowo zapętlonych doznań estetycznych. Przy obcowaniu z kulturą wysoką niczego nie musisz się domyślać, WIESZ o istnieniu idei, a głębsze znaczenie jest nieomylnie rozpoznawalne wszystkimi zmysłami, nie mając nic wspólnego z doznaniami estetycznymi.
W tworach popkulturowych estetyzm i idea są zapętlone w jedno, w kulturze wysokiej idea istnieje osobno, niezależna od elementów estetycznych.

Anonimowy pisze...

widzialas Mamma Mia? .. to jest film 'na pocieszenie'.
Uratowal moja dusze. Troche magii, fantazji, muzyki i piekna ..wyobraznia dziala. Nagle sie rozpedzasz, bo chcesz zyc tak jak oni.
Meryl Streep jest w tym filmie nadzwyczajna.

Labryska pisze...

Ja "L Worda" lubię, nie tylko negatywne aspekty bycia lesbijką są tam ukazane - no ale wiadomo, jak to w serialu, coś się dziać musi. Jenny nieodłącznie kojarzy mi się z Tobą, muszę przyznać :)

lipshit pisze...

@Labryska
ja i Jenny? Nie do konca wiem, czy to komplement, ale na pewno trafna uwaga. W koncu wirtualnie ''znasz'' mnie nie od dzis :)