czwartek, 16 czerwca 2011

Stan chorobowy


Najdroższe marzenie autora: przekształcić czytelnika w widza. Czy da się je w ogóle urzeczywistnić? Anemiczne organizmy bohaterów literackich odżywiają się pod nadzorem autora i pęcznieją krwią czytelników. 
(Nabokov)

Przyznaję, nie lubię tego procesu. Bestia obudziła się i pożera cały mój czas. A ja mam go wciąż za mało.

Nie jesteś w stanie przewidzieć kiedy pojawi się inspiracja. Sobotniego poranka szperasz w netcie szukając materiałów do bezsensownych, bezcelowych badań na strukturą własnych perwersji. I nagle pojawia się kilka zdań, które rozpalają ognisty łańcuch skojarzeń. W przeciągu pół godziny masz gotową pierwszą oś fabuły. W przeciągu dwóch godzin wiesz już jak wyglądają bohaterowie, w jaki sposób posługują się widelcem i jak lubią się pieprzyć. W przeciągu kolejnych godzin powstają próbne dialogi. Potem leżysz na podłodze, bez ruchu, sparaliżowana, wpatrzona w sufit. Odpalasz jednego papierosa od drugiego. Myślisz. Przeżywasz całą historię, którą masz zamiar opowiedzieć, ostrożnie omijając zionące pustką dziury. Emocjonalnie. Naocznie. I nagle stwierdzasz, że jest niedzielne przedpołudnie, a ty zapomniałaś położyć się spać, zapomniałaś zjeść i umyć się. Masz brudną głowę i zapocone ciuchy. Strasznie chce ci się pić. Nie wiesz co się stało z ostatnią dobą, gdzie podział się czas. Najgorsze jest to, że zostało ci tylko kilkanaście godzin zanim będziesz musiała iść do pracy. A musisz przecież pisać, pisać… póki jeszcze historia płonie w Twojej głowie. Póki jeszcze umiesz używać właściwych słów. Póki obraz trwa przed Twoimi oczami. Póki słyszysz ich słowa. Póki umiesz być nimi, a nie sobą. 

To się udaje najbardziej gdy nie ma w tym chłodnej kalkulacji, mozolnego budowania struktury. Jedynie ciąg skojarzeń, które instynktownie, intuiucyjnie układają się jedną całość. Układasz puzzle, znajdujesz pod czaszką kolejne zagubione elementy. To bardzo bolesne. Stan chorobowy. 

W poniedziałek rano, w pracy przypominam ducha. Blada, bez make upu. Z opuchniętymi oczami. Siłą powstrzymuję się by nie zacząć gadać do siebie. Uwięziona między dwoma światami. Odczuwam fizyczny ból. Wykonuję automatycznie czynności. Po najmniejszej lini oporu. Chowam się przed światłem i wzrokiem ludzi. Rozdwojenie jaźni. Po kryjomu robię notatki pod stołem. Jestem przezroczysta. Wypełniona jedynie słowami.

Nie mogę się skoncentrować na niczym innym niż wystukiwanie kolejnych słów, zapętlanie ich, tworzenie mocnych łańcuchów. I wciąż brakuje mi czasu. Nie chcę go tracić, a trzeba wykonywać tyle zbędnych czynności, by utrzymać się przy życiu.

Pisać bez przerwy przez szesnaście godzin. Wyobraź tylko sobie, przesiedzieć w pracy szesnaście godzin non – stop. Bez przerw na kawę czy na siku. Tylko nerwowy sen, który i tak jest przetykany fragmentami dialogów czy urywkami scen. Co chwilę podrywasz się z mokrej pościeli i łapiesz za notatnik, robiąc chaotyczne zapiski, których i tak rankiem nie będziesz w stanie odczytać. Nastawiasz budzik na piątą rano, żeby przed pracą sklecić choć parę stron, które i tak się do niczego nie nadają, więc pochlipujesz w poduszkę. I wciąż zadajesz sobie pytanie „po ca ja to sobie kurwa robię ??? ”.

Psychosomatyczna choroba. Coś zaczyna swędzieć, coś zaczyna strzykać. Od umysłowego wysiłku też można się spocić. Nie masz apetytu. Tylko fajki, kawa i meksykańskie piwo. Słabniesz. Nic przyjemnego. Chcesz mieć to już za sobą, przejść jak niegroźną infekcję. Niestety procesu nie można przyśpieszyć, zakończyć. Można tylko dotrwać do końca albo przegrać, skapitulować. I jak Twoi rówieśnicy jeść niezdrowe lunche, pić drinki, czytać kolorowe czasopisma, oglądać seriale online, pieprzyć się, uśmiechać i planować wakacje. 

Chwilami pojawia się dławiąca panika. Tracę dystans do własnej pracy, bo jak nie tracić dystansu do czegoś tak intensywnego, tak emocjonalnie wyczerpującego. Nagle wszytsko staje się nieautentyczne, nieszczere. Niestrawne. W ramach absurdalnej autoagresji wyzywam się od grafomanek i mam ochotę bić czołem w klawiaturę. Zarzucam sobie brak odpowiedniego wykształcenia, brak eurydycji, brak warsztatu. Za słaby wzrok, nie dość wydajne palce, nie dość zasobny słownik. Sceny erotyczne wydają się groteskowe, każda idea jest pretensjonalna, a dialogi drętwe. Dlatego nie można cofać się w tył, trzeba brnąc do przodu. Słowo po słowie.

Im bardziej zaawansowana jest praca nad Książką tym bardziej dotkliwie uświadamiam sobie; 
Nie jest trudno napisać Książkę.
Trudniej jest wziąć za nią odpowiedzialność. Podpisać ją własnym nazwiskiem. Firmować własną twarzą, która przecież dana jest tylko jedna.

Prawdziwą sztuką jest uniknąć autocenzury.
(serio, serio, serio)

A teraz… niech to się wreszcie skończy. Niech nowy projekt dobiegnie do końca. Potrzebuję nowej publikacji jak szklanki świeżej wody. Potrzebuję oddechu od Książki, urlopu od Kasi Pepper. Chcę być dobra w czymś, czego nikt się po mnie nie spodziewa. Chcę mieć już te 150 stron w rękach. I wypchnąć je w świat. Jak wyrzuca się ukochane dziecko z domu. Można je kochać o wiele bardziej, jeśli okaże się, że dziecko samo sobie świetnie poradzi. 

Gdy będę na koniuszku popularności, u szczytu świata, nie będę musiała robić nic spektakularnego, nic szokującego, nie będę musiała krzyczeć ani podnosić głosu, by być dostrzeżoną, by być wysłuchaną. Jestem na początku drogi, ale zamierzam przejąć pełną kontrolę. Kontrolę bez niepotrzebnego tworzenia mitów.

A na razie pozostaje tylko co dziennie w nocy karmić bestię. 

5 komentarzy:

KaRrla pisze...

Czy wiesz Katarzyno, że obiecałaś mi książkę rok temu ? Na Twoim "starym blogu" w komentarzu.

PS.Kiedy już coś wydasz i świat Cię ujrzy.. mam nadzieję że nie jesteś ładna, bo chcę wciąż zakochiwać się w Twoich słowach, a nie w Tobie

lipshit pisze...

Nie ufaj nigdy moim obietnicom...

Brzydka jestem jak noc, dlatego piszę książki. Obiecuję, że się nie zakochasz.

KaRrla pisze...

okej, wierze Ci na słowo, ale skoro radzisz.. nie ufam do końca.

Skończyłam nie dawno Ogr.Kensington,
zmieniam zdanie, ciekawa książka, ale psychodeliczna.Ostatnio chyba ciągle przewija się u mnie motyw dzieciństwa, albo młodości.To ta książka czy zbieg okoliczności ?

Renate pisze...

masz moją krew Katarzyno - tylko wypuść już Książkę...

Labryska pisze...

Uff, ciężkie jest życie twórcy, jak widać.