niedziela, 5 czerwca 2011

Muzeum Erotyki

Człowiek wolny zakochuje się. Zajęty zdradza. 

Warszawskie Muzeum Erotyki jest puste. Staromodne i posępne. Małe, duszne salki i obowiązkowe eksponaty orientalne. Reklamuje je przeintelektualizowany, nieatrakcyjny typek z zapadniętą klatką piersiową i z dopiętymi, oskubanymi huzarskimi skrzydłami. Such a turn off: bóg, historia i sex. Na prawdziwie różnorodny sex nie starczyło miejsca. Brakło funduszy na podtrzymywanie sztucznej wilgoci.
Więc pytam; gdy zakładano ten koszmarek, gdzie był wtedy Maurycy Gomulicki? Gdzie Gretkowska? Gdzie Szczygielski? Fantazjuję o własnym muzeum erotyki. Muzeum Erotyki pod wezwaniem św. Katarzyny Franciszka. Jakie okropieństwa by się tam znalazły? Czy wystawianie moich eksponatów byłoby legalne? Co pobierano by w ramach opłaty? Kusi mnie by opowiedzieć o najcenniejszych, najstarszych, najbardziej zużytych eksponatach. Wystawić na widok publiczny punkty zapalne podniecenia, relikty życia erotycznego, myśli masturbacyjne, przedmioty wyniesione ukradkiem z czeluści różowych, mokrych snów. Kusi by odsłonić się najintymniej. Może błysnąć spod rąbka spódnicy jednym jedynym eksponacikiem, jak zapowiedzią pornografizujących rozkoszy Książki. Może później. Może nigdy. W Muzeum Erotyki pod wezwaniem Św Katarzyny Franciszka byłoby bardzo dużo przestrzeni, mnóstwo świeżego powietrza. Szklane sufity i sterylnie czyste łazienki koedukacyjne. Kino, w którym nie byłoby żadnych siedzeń, jedynie elastyczna podłoga i wielki, różowy trzepak. Oranżeria, małpiarnia i menażeria. Tuż koło stacji skąd odjeżdża pociąg do miasta, które nigdy nie zasypia. Czarne paznokcie, czarne mleko i czarne, jaskółcze pióra. Parasolki i pomadki i szpilki i veuve clicquot i nic co wydaje się być tym czym jest. Niespodziewany deszcz Chanel number Five i basen wypełniony Coco Mademioselle. Dopieszczony wprawną dłonią, na wpół tropikalny, na wpół barkowy ogród pełen szczodrych ziół i trujących kwiatów, zakazanych woni, po którym przechadzałyby się dzikie, ale oswojone, śmiertelnie niebezpieczne zwierzęta. Na ich grzbietach, z pazurami wbitymi w miękką sierść siedziałby dzikie, ale oswojone śmiertelnie niebezpieczne dziewczęta, zamroczone pośród wiecznej wiosny. Mogę opowiadać Ci takie pretensjonalne bzdury przez całą noc. Mogę tak fantazjować dla Ciebie po blady świt, ukochana. Wypowiadanie romantyczno erotycznych pierdów, których powstydziłby się każdy szanujący się pisarz, każdy poważny człowiek, obserwowanie jak rozszerzają się powoli Twoje źrenice, jak podskakuje w rytmie podekscytowania żyłka we wgłębieniu szyi, to mi się nigdy nie znudzi….  I’m wise. I’m aware. I know what I’m doing. I’m always in control. 

Dziewczyna, która zabrała mnie do Muzeum Erotyki na randkę przyszła w spodniach. I trampkach. Jedną część blond grzywy ma wygoloną, druga opada natapirowana na ramię. Na małych piersiach biały tank top. Na szczupłej pupie markowe jeansy. Ma wspaniały naszyjnik z jaskółką. Zastanawiam się czy przespać się z nią tylko po to, by gdy zaśnie strudzona, ukradkiem czmychnąć trzymając jaskółkę w zaciśniętej dłoni. Czuję się jakbym znów była w szkole, zazdroszcząc dziewczynce z ławki piórnika z Judy Jetson. Siedząc po drugiej stronie stolika w ogródku Między Nami, Dziewczyna z Naszyjnikiem uważnie lustruje mój strój. 
- To rajstopy? – pyta się przygryzając dolną wargę
- Nie. – wiercę się pod przyjemnością tego pytania. – To pończochy.
Metalowe klamerki postukują na moich podochoconych, gładkich udach. Lubię wyobrażać sobie, że wszyscy słyszą ten ni to grzechot, ni to szczebiot, że wszyscy wiedzą co mam pod czarną spódnicą. Dwa rzędy srebrnych, niesamowicie ostrych ząbków.
- Perły. – Dziewczyna z Naszyjnikiem wskazuje na broszkę i klipsy w stylu późnej Madame Coco  – Moja babcia zakładała je tylko w niedzielę…  
Nic nie odpowiadam. Upijam drinka, na który składa się wódka i wódka. Dziewczyna z Naszyjnikiem uśmiecha się jeszcze wredniej.
- Jak ty na tym chodzisz? – trąca gumowym czubkiem trampka moją czarną szpilkę
- Kwestia wprawy. – odpowiadam uśmiechając się najsłodziej i najbezbronniej jak umiem. Ostatnio sprawiam sobie perwersyjną podnietę prowokowaniem do chamskich zachowań staromodnymi uprzejmościami. – Gdy nabierzesz wprawy pojawia się przyjemność. Inne rozłożenie ciężaru ciała. Łatwiej jest się wyprostować. Inaczej pracują biodra. Po ośmiu godzinach biegania po korporacji co prawda mam ochotę odgryźć sobie stopy, ale wystarczy jeden rzut oka w lustro i cały ból znika. Jeszcze na jesieni wywracałam się i potykałam. Każdy chodnik był prawdziwym wyzwaniem. Zimą potrafiłam z wysokości własnych obcasów wpaść w zaspę. Na lodzie wyciągałam się jak długa. Teraz poruszam się bez problemu. To jest trochę jak narkotyk. Chcę co raz wyższych obcasów. Co raz wyższych i wyższych, co raz bardziej niewygodnych i niestabilnych. Chcę co raz gładszych powierzchni i co raz bardziej stromych schodów. Chcę co raz dłużej i więcej i szybciej, co raz szybciej….
Milknę zawstydzona swoim wybuchowym monologiem. Zupełnie jakby w tej opowieści o wysokich obcasach był zawarty cały zachwyt nad życiem jakie teraz prowadzę, nad jego campową dynamiką, nad nową sobą-nie-sobą. Katarzyny Frank o jaką nie podejrzewałam siebie zaledwie dwa lata temu.
Dziewczyna z Naszyjnikiem znów przygryza dolną wargę w wyraźnym powątpiewaniu, więc śpieszę z dalszymi wyjaśnieniami;
- Jest w tym coś atawistycznego, w tym jakże cywilizowanym wynalazku. W tej nieskomplikowanej próżności. Powinnaś kiedyś spróbować… 
Dziewczyna wybucha gdaczącym, rechotliwym śmiechem.
- Ja nie muszę. – drapie się po wygolonej głowie – Nie muszę podkreślać swojej kobiecości. Wiem kim jestem. Jestem lezbą. Odrzucam homomatrix i samcze rytuały.
- Wiem, co masz na myśli … - mówię błyskając kłami – Czułam dokładnie to samo w czasach, gdy byłam jeszcze chłopcem. 
Dziewczyna z naszyjnikiem przez chwilę lustruje mnie od stóp do głów. Przygląda mi się uważnie. 
- Ty tak na serio? – pyta nagle zagubiona pośród szyderstw
- Ja? – uśmiecham się i trzepoczę rzęsami. Przesuwam palcem wzdłuż błyszczącej pończochy. – Ja nigdy nie jestem serio. Grzecznie, acz stanowczo odmawiam bycia serio. Serio, serio, serio. 

I don’t want realism. I want magic. Yes, magic.

Myślę o tej scenie jeszcze następnego poranka, w łazience wypełnionej ciepłą parą. Myślę o strachu współczesnych dziewcząt przed ładną bielizną, wysokim obuwiem. Przed sukienkami, czerwonymi szminkami. Przed pończochami, podwiązkami. Przed parasolkami i sztucznymi rzęsami. Przed kręceniem włosów na wałkach i brazylijskim woskiem. Przed zabawą konwencją, przed ryzykownymi wypowiedziami, przed rzucaniem rękawiczki jak rzuca się rękawicę. Przed transformacją z ascetycznej chłopięcości w przesadzone, karykaturalne, gustowne nie-wiadomo-co (znudzona chłopięcością, znudzona, tak bardzo znudzona, pragnę campu, queeru, kiczu i miłości, dużo wielorakiej, wielokrotnej miłości). Przed dwuznacznościami, przed prześlizgiwaniem się pomiędzy genderami jak prześlizguje się pomiędzy czymś miękkim, wpół płynnym, wpół wrzącym, jak gęsta, różowa lawa, jak budyń, jak coś bardzo przyjaznego i ciepłego, co kryje się w naszej zarówno wyuzdanej, jak i nieśmiałej seksualności. Możemy być wszystkim na raz i pragnąć wszystkiego… Uśmiecham się do siebie w lustrze. Uśmiecham się do swoich piegów i rozstępów. Uśmiecham się do dysproporcji, jędrności, miękkości i białej skóry, spod której już do końca mojego świata będą przezierać i mrugać niebieskie żyłki. Mokra grzywka lepi się do czoła. Wdycham głęboko zapach ziołowej odżywki i balsamu z algami, który trochę pachnie chłopcem, a trochę dziewczynką. Potem sięgam po mój ulubiony krem Diora, ten na specjalne okazje, ze złotą płytką. I myśląc  …  – A co tam, dziewczyno. Zrób sobie święto. Jest wiosna, są spódnice, nie musisz nosić majtek. –  … wklepuję odrobinę drogocennego kremu w świeżo wywoskowaną cipkę. 

Gdy przechodzę przez targowiska, które niczym w Istambule wyrastają ostatnio na każdym praskim rogu, Cyganki wołają za mną „Hej Wdowa! Ty Wdowa! Chodź tutaj! Spójrz tutaj! Mamy dużo czarnych sukienek”.  Zadzieram wysoko głowę, jeszcze mocniej wciskam czarne ray bany na nos, jeszcze mocniej stroszę czarną grzywkę. Blada jak wampirzyca, ubrana jak Czarna Dalia, wracając do domu nad rzeką, pomiędzy przedwojennymi kamienicami, fantazjuję, że jestem Elizabeth Short. Nawiedzoną, samotną dziewczyną w obcym mieście, która za szklankę bourbona lubi nieznajomym opowiadać o smutkach samotnego, wdowiego życia. 

Podczas zajęć yogi instruktorka, atrakcyjna coś-około-czterdziestka, o wspaniale wyrzeźbionym ciele ala późna Madonna, koryguje moją pozycję. Niespodziewanie, zaledwie koniuszkami palców, przebiega od mojej (wklęsłej, a jakże) pachy po same czubki palców wyciągniętej wysoko w górę dłoni. Przedziwna, taneczna pieszczota od której podnoszą się wszystkie włoski na ciele. Zalewa mnie fala organicznej, przebogatej radości. Uśmiecham się do niej. Ona uśmiecha się do mnie. Jestem tak szczęśliwa, że jestem sobą. Że dane jest mi to wszystko przeżywać. Nierozważnie, niepoważnie, na wskroś zmysłowo. 

A potem zdarza się taki wieczór jak ostatnio. Uwieszona na Rudzielcu (tak, tak Rudzielec wrócił do mojego łóżka. Staram się jednak trzymać ją z dala od całej reszty mojego życia) schodzę po schodach, zmierzając bez strachu w klubowe czeluście. I wszystko gra, wszystko pięknie, ale nie czuję nic. Żadnego podniecenia, żadnej ekscytacji. Dopóki nie zobaczę Ciebie. Wysokiej postaci w rogu baru. Możesz zmienić kolor oczu, z bezlitosnego, anielskiego błękitu na ciepły, orzechowy brąz. Możesz zmienić kolor włosów ze złotego blondu na matczyny kasztan. Rozpoznam Cię nawet w ostatecznych ciemnościach. Prześladować mnie będziesz nawet na końcu świata, tam gdzie nie dochodzą tory żadnego z pociągów, gdzie domy nie mają ani drzwi ani okien. Nie zostawisz mnie w spokoju, już nigdy. Coś bełkoczę do Rudzielca, że muszę do baru, do łazienki, że muszę stąd natychmiast … muszę coś załatwić, bla bla bla. Rudzielec zaskoczony przygląda się mojemu rumieńcowi, mojemu rozdygotaniu, trzęsącym się dłoniom, które ukrywam pod czarnym topem. Potem posłusznie znika z oczu. Przystaję obok Ciebie przy barze, tylko po to by móc cię delikatnie musnąć nagim ramieniem. By niesamowicie precyzyjnym gestem, ostrożnie aż do granic automatyki ruchu móc dotknąć Twoich kasztanowych loków. By uchwycić ich zapach. 

Nagle odwracasz się w moją stronę i czujnie mierzysz mnie wzrokiem. Twoje oczy są dziś brązowe. Przywodzą mi na myśl długie wylegiwanie się na słońcu i wilgotne wnętrza pokoju na poddaszu, w domu na krańcu świata, gdzie chciałabym się z Tobą kochać. 
- Przepraszam, czy my się znamy? – taka niedostępna, pytasz ze słodką trochę uprzejmością, trochę nieśmiałością, trochę czułością przez którą straciłam dla Ciebie głowę. 
Nabieram głęboko powietrza. Gotowa żeby Cię zaczarować. Wtedy uśmiechasz się. 
Nagle kompletnie pozbawiona oręża, pozbawiona wszystkich słów, które są moją najgroźniejszą bronią, wiem, że jedyne co mogę powiedzieć, to że zakochałam się w Tobie. Absurdalnie i niedorzecznie. Aż do mdłości.
- Nie. Nie znamy się. – burczę pod nosem i odchodzę w swoją stronę.

Jestem w stanie napisać Książkę, która zmieni oblicze świata. Jestem w stanie nauczyć się rzeczy, których zawsze tak bardzo się bałam. Jestem w stanie rozlać się kształtem, w którą tylko stronę zechcesz. Jestem w stanie przekroczyć własne granice i zaskoczyć samą siebie. Jestem w stanie dać Ci wszystko czego zapragniesz… złote statuetki, futro syberyjskiego tygrysa, wieczną młodość, dziecko i szpilki od Jimmy Choo. Tylko po to by zasłużyć na jeden Twój uśmiech. 
Dlatego muszę podziwiać Cię z daleka, zawsze z drugiego końca rzeki. Inaczej to wszystko nigdy się nie dokona. 

1 komentarz:

Olga pisze...

Co z Książką?