niedziela, 22 maja 2011

DZIEWCZYNA I SYRENA [3]


Gdy otwieram oczy, słońce powoli znika za linią morza. Jest czerwone i napęczniałe. Jak moje pogryzione przez syrenę usta.
Syrena opiera się na łokciu. Blade oczy łagodnie przesuwają się po moim ciele.
- Wiesz, że w moim świecie wszystkie syreny były kiedyś kobietami?
- Naprawdę? – śmieję się – Dlaczego?
- Nie ma syren, które byłyby kiedyś mężczyznami. – syrena leniwie rozczesuje loki poplątane przez moje dłonie. Jej paznokcie są mocne jak grzebyki. - Tylko dziewczyny są na tyle bezczelne i odważne by sprostać syrenom.

Uśmiecham się. Ona też się uśmiecha. Przez cały czas łagodna i silna, nawet wtedy gdy tak mocno zacisnęłam uda na jej szczupłej tali, zgniatając skrzela. Przesuwa wiotką dłonią po wyraźnie zarysowanych mięśniach, poruszających się pod cienką skórą. Zmartwiona rozciera ziarenka piasku kaleczące delikatne sutki.
- Obsycham. Twardnieję. Jak koral. Nie przetrzymam kolejnego dnia. – mówi, odwracając twarz w stronę morza – Jeszcze nie jest za późno. Jeśli po zmroku wrócę do wody… Podejmij decyzję. Zwróć mnie morzu. Zwróć mnie moim miastom i ogrodom zamykanym na klucz. Wróć tam ze mną.
Próbuję skinąć głową, ale to za mało. Wiem, że ten gest nie wystarczy. Wstaję. Ściągam przez głowę białą lnianą koszulę. Rzucam ją daleko, w głąb lądu. Rzucam kościany nożyk rzeźbiony w syrenie ciała. Rzucam rozpięte spodnie. Nic więcej już nie mam. Skóra dziwnie reaguje, nie przyzwyczajona do nagości. Jeży się i kurczy. Prostuję się. Wiem, że linia mojego ciała jest gibka i smagła. Żadnego wstydu. Patrząc prosto w jej łagodną twarz upewniam się, że żaden szczegół, żaden cal skóry nie umknął jej uwadze. Podniecenie pojawia się skurczem między nogami. Wilgotnieję gwałtownie. Pragnę znów poczuć łuskę na delikatnej skórze wewnątrz ud. Pragnę obmyć się w zimnej, słonej wodzie.
- Pomóż mi. – Syrena wyciąga do mnie dłonie. – Do morza jest blisko.

Zmrok okrywa mnie czarnym płaszczem. Nigdy nie podejrzewałam, że nagość może być tak wygodna. Syrena układa ogon na wielkim, mokrym kamieniu, tak jak kobiety drapują tren sukni, z czułością i troską. Im bliżej spienionej toni pochyla twarz tym bardziej spazmatycznie zaczynają drgać skrzela, nieporuszone do tej pory. Zwilża wargi morską wodą. Rozciera sól na piersiach, na łuskach, które nagle zaczynają falować i otwierać się niczym spragnione usta. Błona ogona pod wpływem morskiej fali staje się ostra niczym nóż, błyszczy posępnie w świetle księżyca. Syrena opiera wilgotne dłonie na moich twardych biodrach. Przysuwa twarz do brzucha i zanurza w moim pępku język, przymykając zielonkawe powieki. Odchylam do tyłu głowę, niemal ześlizgując się z mokrego kamienia. Język dotyka mnie głębiej niż wilgotne palce, które we mnie zanurza. Głębiej niż szybki, zdecydowany ruch nadgarstka, który niemal zwala mnie z nóg. Dotyka mojej matki, moich sióstr i wszystkich kobiet, których miłość sprawiła, że znalazłam się tutaj. Naga, klęcząca przed syreną. Czuję, że jestem gotowa o nich wszystkich zapomnieć. Jestem gotowa porzucić wszystko. Syrena zatapia ostre paznokcie w mojej skórze. Tuż pod żebrami trzy sprawne, precyzyjne cięcia. Tak samo z drugiej strony. Krew bulgocze, a syrena zachłannie oblizuje palce. Za moimi plecami rozlega się trzask łamanego drewna. To łódka, mój dom, puszczona wolno na fale, roztrzaskuje się o skały.
Woda jest równie czarna jak noc. Ląduję w niej gwałtownie, zepchnięta ze skały. Spieniona fala i moje ciało niczym pocisk. Przecinam skórę powierzchni i pierwsze warstwy toni. Nie wiem co mam robić. Nie wyobrażam sobie tej przemiany, nie wiem co może się stać. Nie umiem odnaleźć się w moim nowym domu. Osłabiona, spowita wstążkami krwi, która oplata mnie jak brązowa sukienka. Mozolnie zaczynam odbijać do góry, choć w mroku nie widzę gdzie przebiega granica powierzchni.
Syrena wbija się w wodę, tuż nad moją głową. Włosy podnoszą się jak za podmuchem wiatru. To co do tej pory było dużym, ciężkim, silnym ciałem, zmienia się pod wpływem wody. Staje się gibkie, zwierzęce, szybkie, nieuchwytne dla ludzkiego oka. Złote włosy, delikatność skóry, zieleń łusek, to wszystko znika. Pojawia się jedynie cień, niebezpieczny, groźny drapieżnik. Mięsożerca czający się w mroku, który upodobał sobie naiwne, dziewczęce ciało. W wodzie, która napływa do ust i zamyka oczy wyczuwam jej głód. Czuję dotknięcie ogona na podeszwach stóp. Ostrzeżenie. Resztką sił pruję w górę, jedynym słusznym kierunku. Nagle postanawiam walczyć o życie. Słyszę jej śpiew, głos o fakturze ciężkiej, pełnej echa. Głos, który możesz usłyszeć nawet gdy topisz się w odmętach czarnej wody.
- Pozwól mi. Musisz zaufać. To nie przyjdzie łatwo. Tak jak bolesne jest bycie człowiekiem, tak samo bolesne jest gdy człowiekiem być przestajesz. Zaufaj mi. Nie umiałabym Cię skrzywdzić.
Wyciągam dłoń, wysoko w górę. Na opuszkach palców czuję szybkie przecięcie wodnej skóry i podmuch świeżego powietrza. Już blisko. Syrenia dłoń zamyka się delikatnie na mojej dłoni. Obie wiemy, że straciłam zbyt dużo krwi i nawet jeśli się wynurzę, nie dam rady dopłynąć do brzegu. Syrena pomiędzy wargami przekazuje mi resztkę powietrza, ostatni okruch obcego świata. Jej ciało jest twarde i napięte.
- Podjęłaś decyzję.
- Jeszcze nie teraz. Puść mnie wolno.
Znika jej twarde ciało, ale czuję że syreni ogon ciągnie mnie jak kamień w dół. Czarna woda zamyka się nad nami.

Naga, blada dziewczyna. Bezładne, sztywne ciało, wyrzucone na brzeg. Słońce osusza resztki wody. Wydobywa je błyszczącą kroplą z każdego zakamarka. Na brzegu, tuż obok połamanych drewnianych desek. Na złamanym w pół wiośle powiewa strzęp białego lnu. W piasek wbita połamana rękojeść o kształcie rybiego ogona. Ani ląd ani morze nie chciało moich darów. Leżę dokładnie po środku, obmywana przez fale. Jestem przekonana, że niedługo zbudzę się. Przetrę twarz z piachu i resztek soli. Z ust wyjmę zieloną łuskę, pamiątkę najdłuższego, niemal śmiertelnego pocałunku. Będę nosić ją na szyi, jako amulet. Rany pod żebrami nigdy nie zabliźnią się. Już zawsze będą się otwierać pod wpływem słonej wody. Czasem będę unosić koszulę i za parę dukatów pokazywać gawiedzi dowód na to, że niemal stałam się rybą. Będę miała problemy z apetytem. Żaden rybak nie będzie umiał mnie zmusić do zjedzenia czegokolwiek co pochodzi z morza. Zatracę umiejętność picia słodkiej wody, a słoną przecież nie ugasisz pragnienia. Będę włóczyła się bez celu wzdłuż plaż i portów, wypatrując nie wiadomo kogo, nie wiadomo czego. Ot kolejna dziwaczka w spodniach, wariatka co płacze za każdym przypływem. Któregoś dnia, mimo panicznego strachu przed otwartym morzem, na przekór zdrowemu rozsądkowi, zbuduję łódkę, kupię wiosła. I wypłynę daleko, daleko, tam gdzie mężczyźni boją się zapuszczać. Całkiem sama i trochę szalona. Będę znów Cię szukać. Widzisz, tylko gdy marzę o Tobie, czuję, że żyję.
Na razie jednak śpię. Śnię o tym, że jestem czymś więcej niż bezimiennym ciałem wyrzuconym na brzeg. Śnię, że żyję na dnie morza i każdego dnia z narastającym zdziwieniem obserwuję, jak zarasta mój pępek. Śmiejesz się ze mnie i delikatnie dotykasz moich młodych łusek. W ustach podajesz mi złoty klucz, do każdego Twojego miasta i koralowego ogrodu.

Brak komentarzy: