niedziela, 8 maja 2011

DZIEWCZYNA I SYRENA [1]

Kiedyś miałam inne marzenia.
Wyłowić z wody syrenę. Wciągnąć ją na pokład łódki, nie bez trudu. Pozwolić by bez końca znosił nas prąd.

W słońcu suszę jej gęste loki. Dotykam policzkiem śliskiej, szmaragdowej łuski. Delikatne sutki ogrzane moim oddechem. Piersi takie piękne i takie zbędne. Zamykające się i otwierające skrzela, delikatne i różowe na brzegach, drgające co raz wolniej i wolniej. Gdy ustają w swoim ruchu, syrena zaczyna się krztusić i wypluwa odrobinę skręconych wodorostów. Nie pachnie rybą ani słoną wodą, ale muszlą, gładkością perły. W przedziwny sposób jest tego zapachu bardzo mało, jakby była obmyta do czysta, do białej ości.
Syrena otwiera oczy, które pozbawione są koloru i mówi:
-Już zapomniałam jak pachną kobiety.
Śmieję się trzymając ją w ramionach, drżącą i pokrytą obsychającą błoną. Ma ostre, małe zęby. Pełne, wilgotne wargi, delikatne, jak zanurzone w soku mięso małży.
- To jest zapach głodnego rybaka. – odpowiadam
Ciągnę ją wzdłuż brzegu, trzymając mocno za włosy. Nie protestuje, nie miota się. Szeroko otwartymi oczyma łowi każdy szczegół, choć wiem, że pewnie nie widzi zbyt wiele, nie przyzwyczajona do słonecznego blasku. Moje zaciśnięte pięści mocno oplątane jej złotymi włosami, jak siecią. Łuski przybrudzone piaskiem. Za nami pozostaje głęboki ślad, wyżłobiony jej potężnym, rozłożystym ogonem, który wlecze się, nieruchomy, niepotrzebny. Syrena nie osłania nagości drobną dłonią. Możliwe, że nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest naga. Ręce ciągną się po piasku, równie zbędne jak ogon.
- Ona nawet nie podejrzewa, że mogłaby się bronić. – myślę ze złym błyskiem w oku.

Biała, niedzielna koszula lepi się do pleców. Jest gorąco. Jesteśmy co raz bliżej miasta, które wznosi się na wysokiej górze. Myślę o tysiącu kamiennych schodów i o tym czy ostre krawędzie nie uszkodzą jej zielonkawej skóry.
- Co chcesz ze mną zrobić? – jej głos jest dziwnie śpiewny, zupełnie niewłaściwy przy wypowiadaniu pragmatycznych, krótkich zdań.
-  Nie wiem – wzruszam ramionami. Wyrzucam z siebie odpowiedź co raz bardziej zirytowana, zasapana, zmęczona. – Może sprzedam Cię na targu. Do cyrku albo na przyjęcie u burmistrza. Może na uniwersytet, jako materiał do badań. Może po prostu oddam Cię rzeźnikom. Sprawią Cię, nadzieją na rożen i zjedzą. Wszystko zależy od stanu w jakim dotrzesz na górę.
Spoglądam na nią. Moja słowa nie przyniosły żadnego efektu. Uśmiechnęła się sennie i pobłażliwie. Tak bardzo chciałabym by zaczęła się bać, walczyć. By dała mi pretekst by ją sobie podotykać, sprawdzić jej fakturę i smak, nie tylko siłować się z wielkim, biernym ciałem. Zapieram się mocno stopami i próbuję ją przeciągnąć przez niewielką górkę z piasku i pustych muszelek. Włosy trzymają mocno, a mimo to przewracam się. Ląduję na plecach z piaskiem w oczach i ustach. Syrena śmieje się. Kładę się obok niej, wpatrując się w słońce obracające się w zenicie. Syrena powoli unosi i opuszcza masywny ogon. Słone krople tryskają w powietrze. Czarne płetwy jak skrzydła, jak cień, co chwilę przysłaniają moją zmęczoną twarz. Myślę, że zanim dotargam ją na szczyt góry będzie tylko płatem poharatanego, rybiego mięsa. Jestem głodna. Spragniona. Z dłoni pociętych złotymi włosami sączy się lepka krew.
- Nie zapytasz co ja mam zamiar z Tobą zrobić?  –  pyta
Roześmiałam się.
- To ja Cię złowiłam. Należysz do mnie. Jesteś moim towarem. Teraz pozostaje tylko kwestia sprawnego przekazania Cię we właściwe ręce. – odpowiadam pusząc się i pyszniąc.
Syrena zatrzymała w górze ogon zasłaniając oślepiające słońce. Odwróciła się w moją stronę. Spojrzałam w jej gładką, łagodną twarz.
- Skąd wiesz, że to ja Cię nie złowiłam? Nie wytropiłam pod taflą wody, nie upolowałam?
W jej głosie jest coś niepokojącego. Łagodna pewność siebie nie znosząca sprzeciwu. Przypominają mi się opowieści o syrenach zaklinających marynarzy siłą głosu. Śpiewy wabiące na skały i ciała rozrywane przez mewy, pamiętam to z dzieciństwa.


Brak komentarzy: