sobota, 26 marca 2011

Pośród śnieżnej zamieci


Seryjna poligamia. Okresowa monogamia. Albo odwrotnie. Nic co można zrozumieć. Można jedynie doświadczać.

Posyp rękę pieprzem i wsadź ją sobie między nogi. Wylej na mnie wiadro śliskich, czarnych węgorzy o łuskach migoczących elektrycznym prądem. Pogryź mnie aż rozejdą się szwy. Nakarm mnie kwaśnym sokiem, który nosisz pod językiem. I podziel się mną ze swoim syjamskim bliźniakiem.  Po co ukrywać, że podnieca nas widok krwi i trzask łamanych serc.

Razem z e. wychodzimy do klubu w którym nie było mnie od paru dobrych lat, a w którym kiedyś spędzałam noce i dni. Czas stoi tutaj w miejscu, jak stęchła, zważona zupa. Jest brudno i lepko. Barmanki nie wydają reszty. W kiblu, w podziemiach jedna kabina bez muszli, jedynie z szerokim, lustrzanym parapetem, a w niej biało, jak po śnieżnej zamieci. Dilerki stoją obok, prowadząc handel z trzech czarnych, lakierowanych podróbek chanel bags. Nikt nic nie ukrywa, nie prowadzi dziecinnej partyzantki. Nie ma rozbieganych spojrzeń, nerwowych gestów, nikt nie trzyma rąk w kieszeniach. Jest jak w sklepie. Dwa rodzaje towaru. Hujowy i hujowszy. Gdy pytam o dropsy, dilerka patrzy na mnie jak na zabytek, relikt historycznych czasów. Jakbym zapytała czy mogę na chwilę potrzymać jej walkmana. Wciągam więc grubą kreskę po której nie dzieje się nic. Przed czwartą kończy się dyżur. Przychodzi dwóch wielkich zakapiorów i miękkim gestem, niemal po ojcowsku wyprowadzają z klubu i wsadzają do taksówki trzy dilerki, które pewnie trzymają swoje czarne torebki wypchane żywą gotówką. 

Nikt nie stoi już przy barierkach na piętrze, które kiedyś były nieoficjalną lożą vip. Obserwuję turystyczny tłumek, który sączy ciepłego heinekena z małych butelek. Przypominam sobie jak kiedyś gdy wchodziłam, słyszałam szelest rozkładanych na powitanie wachlarzy, jak szelest motylich skrzydeł. Jak unoszono mnie za nadgarstki by postawić mnie na stole, lżejszą niż powietrze. Jak kiedyś prześladował mnie tutaj duch, wysoki, długowłosy i andorgyniczny, przynoszący mi arbuzowe bacardi breezery i podtykający papierosy, duch, który mimo że hojny, nigdy nie zamienił ze mną ani jednego słowa.  Jak M. krzyknęła coś w niezrozumiałym języku, wyrzucając ramiona w górę, a ja powiedziałam kładąc palec na jej miękkich ustach „ćśś… jesteśmy w kościele…”. Jak chłopaczek, chudziutki typ matematyka, w koszulce polo, z emblematami jakiegoś klubu piłkarskiego z wielkiej brytani wykręcił mi ręce do tyłu i szepnął do ucha „A teraz wyprowadzę Cię stąd, zwiążę taśmą izolacyjną i pocałuję w czoło jak twój tatuś”. Uświadomiłam sobie, że nawet teraz, po setce mocniejszych wydarzeń – wrażeń,  dalej, nie mogę się zdecydować co czułam gdy wreszcie puścił moje ręce i wyszedł z klubu bez słowa. Pamiętam tylko opowieści znajomych, że zbladłam jak ściana, choć każdemu się wydawało niemożliwe, by być jeszcze bardziej bladą. 

Gdy wracam do domu w powietrzu jest mnóstwo lodu, niebo zmrożone jest na różowo lawendowo. Jestem bardziej zagubiona pośród własnych wspomnień, niż pośród śnieżnej zamieci.

1 komentarz:

Labryska pisze...

W takich momentach szczególnie uświadamiamy sobie nieubłagany upływa czasu... zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl