niedziela, 20 marca 2011

Klute [1]

KLUTE

część pierwsza

Don't be afraid.
I'm not.                
As long as you don't hurt me
more than I like to be hurt...
I will do anything you ask.

Na początku byłam zła. Czułam się oszukana. Nie rozumiałam dlaczego musiał prowadzić podwójne życie. Jak śmiał mieć swoje sekrety?

Potem gniew minął. Najpierw pojawiła się ciekawość, wścibstwo. Potem zrozumienie. Jasne, zdrowe światło. I stał mi się bliższy niż kiedykolwiek wcześniej.

To nie prawda, że kobiety są wykluczone. Nie prawda, że ten przemysł jest stworzony jedynie dla mężczyzn. Nie ma żadnego znaczenia czy kobiety potrafią to robić równie dobrze co mężczyźni. Każdy potrafi płacić za to czego pragnie.

Wkurzam się gdy słyszę „nikt nie spodziewałby się tego po takiej porządnej dziewczynie. Dziewczynie z porządnego domu”. Nie jestem dziewczyną z porządnego domu. Jestem córką swojego ojca.

Odszedł cicho. Taki właśnie był. Cichy. Małomówny. Zapięty pod samą szyję. Patrzył na nas swoimi wielkimi błękitnymi oczami, obojętny na płomienie, które się w nich odbijały. My byłyśmy płomieniami. Jego trzy córki.

Wcześnie owdowiał. Nie pamiętam mojej matki. To znaczy pamiętam przedmioty, którymi się otaczała. Francuski krem do rąk w słoiczkach z zielonego szkła. Wieczorowe suknie z ciężkiego brokatu i szale z czerwonych piórek, które kurzyły się na dnie szafy. Różaniec. Filiżanki przypominające różowe muszle, w których lubiła pijać mocną kawę, samotnie, na tarasie. Jasne włosy zaplątane pomiędzy zębami grzebienia. Krople zimnej wody które kapały mi na plecy, gdy siedziałam w wannie, nad którą suszyła pończochy, czarne jak pióra jaskółek. Łapałam te krople do ust. Były mocno nasycone jej intymnym zapachem, jak egzotyczne perfumy, trujące i niezrozumiałe. Bawiło mnie rozmazywanie tego zapachu pod nosem, rozcieranie go na języku, wplątywanie we włosy by móc je potem wytrzeć o poduszkę, by była ze mną chwilę dłużej, gdy już zapadną ciemności. Ale jej samej, matki, w ogóle nie pamiętam. Nie wiem jakie miała oczy, uśmiech, jak układała włosy. Czasem nie jestem pewna czy w ogóle istniała. Nie wyobrażam jej sobie jako anioła, ale też nie życzę jej piekła.

To spadło na mnie, pierworodną. Może dlatego, że nigdy nie był nam bliski, spakowanie jego rzeczy, opróżnienie szafek i komód, poskładanie ubrań, spalenie pościeli… żadna z nas nie chciała się tego podjąć. Wolałyśmy trwać w złudzeniach na temat człowieka, którego nie znałyśmy zbyt dobrze. Każda z nas miała swojego ojca, wymyślonego, który mieszkał w głowie, na dnie serca. Z chwilą jego śmierci trzech osobnych ojców połączyło się w jedno ciało. Chciałyśmy je jak najszybciej zmumifikować, obwiązać mocnym bandażem, mózg i serce zakopać głęboko w ziemi, tak aby człowiek z krwi i kości nigdy nie wydostał się na zewnątrz, nawet na jedno mgnienie oka. Żeby nigdy nie zaznał prawdziwej wolności.

Długo patrzyłam na jego policyjny mundur. Mundur pasujący na młodego mężczyznę, zbyt wcześnie zrzucony jak źle dopasowana, krępująca ruchy skóra. Dotknęłam odznak i medali. Były zimne w dotyku. Jak fragmenty ognioodpornej zbroi. Jak gwiazdy.

Na dnie jednej z szuflad znalazłam stary magnetofon szpulowy. I kasety. Ponumerowane. N\b1. N\b 2. N\p 3. To był jedyny sekret jaki udało się odnaleźć na dwóch piętrach i poddaszu. Wyłożyłam go przed siostrami niczym myśliwskie trofeum. Rzuciły parę lękliwych spojrzeń znad kieliszków wypełnionych drogim australijskim shirazem. Stwierdziły, że nie musimy wiedzieć co tam jest. Gdyby ojciec chciał byśmy to odsłuchały przezornie wyposażyłby nagrania w notatkę, w list. Poprosiły mnie bym spaliła sprzęt i taśmy, jak wszystko inne, jak całe skromne życie naszego ojca. Zgodziłam się. Przytaknęłam, chowając maleńki, staromodny magnetofon i szpule kaset w pożółkłych pudełkach z grubego plastiku. W ten sposób brudny sekret mojego ojca został przekazany w spadku. Ciążył w kieszeniach wścibską ciekawością. Jeszcze długo brakowało mi odwagi.

Trzy noce wpatrywania się w małe przedmioty. Przesuwałam je i obracałam w dłoniach. Przemawiałam do nich czule próbując oswoić. Prowokowałam zdarzenia losowe, by decyzja dokonała się poza mną. Jednak przedmioty pozostawały nieme. Nie miałam z kim podzielić odpowiedzialności. Ciało mojego ojca stygło sześć stóp pod ziemią.

Czerwony guzik z napisem „play” trzasnął jak niespodziewanie odpalony fajerwerk. A potem kilometry ciszy. Trzaski i wygięcia namagnesowanej taśmy jak westchnienia. Aż wreszcie pada pierwsze słowo wypowiedziane miękkim, aksamitnym, kobiecym głosem. Od pierwszej głoski, od pierwszego zdania nie mam żadnych złudzeń. Wdepnęłam w gówno.

Nie bój się. Ja się nie boję.

Na początku byłam zła. Czułam się oszukana. Potem nadeszło zrozumienie. Silne, jasne światło.

To jest genetyczne. – powtarzałam do utraty tchu – To jest zaraźliwe. Dziedziczne. To mój spadek. Moja ojcowizna. Posag. Brudny sekret.    

Kasety o numerach N\b1 i N\b2 przyswoiłam, zasymilowałam błyskawicznie. Nauczyłam się na pamięć nie tylko słów. Nie tylko rozłożenia akcentów, subtelności podświadomych nacisków. Nie tylko pomruków i lubieżnych westchnień. Nauczyłam się na pamięć oblizywania warg. Ruchów krtani podczas gardłowego śmiechu. Jej ruchów. Zakładania nogi na nogę i drgnięć uda w nylonowej rajstopie. Tego jak bawi się paciorkami naszyjnika. Tego jak obgryza paznokcie. Jak bawi się włosami i przesuwa paznokciem po krawędziach szczęki, gładkiego policzka. Jak wkłada palce pod dekolt bluzki, jak przesuwa palcami wzdłuż wystającego obojczyka. Jak trzepocze rzęsami. Jak rumieni się. Jak wilgotnieje. Jak podnieca się, ekscytuje i jak staje się nagle oziębła.

Widziałam ją bardzo dokładnie. Z każdym słowem jej fantomowa obecność wynurzała się z mgły i szelestów obracających się szpuli. Każda samogłoska jak kolejny krok. Każde gardłowe „r” jak skradanie się, drapanie pazurami o gołą podłogę mojej sypialni. Nie obciążam odpowiedzialnością wyobraźni. Nie podejrzewałam, nie fantazjowałam. Wiedziałam jak ona wygląda. Mogłabym narysować jej subtelną postać w wulgarnych pozach jakie lubiła przybierać. Wiedziałam jaka ona była. Była realna. Niemal obdarzona zapachem i zmysłem dotyku. Wiedziałam kim nie jest. Nie jest moją matką. 

Kaseta N\p 3 rozpadła się w dłoniach, a taśma skruszyła, zanim zdążyłam ją umieścić w magnetofonie.

2 komentarze:

Renate pisze...

wow! inaczej ale.. chcę więcej:)

seaistmus pisze...

chapeau bas