niedziela, 6 marca 2011

Historia, którą miałam zostawić dla siebie

Nie lubię gdy robimy to w moim domu. Nie lubię tego robić z Tobą za dnia. Gdy tyko zatrzaskujesz za sobą drzwi mojego mieszkania, siadam pod ścianą sypialni, twarzą do łóżka. Jest wciąż pełne Ciebie. Twoich długich, ciemnych włosów, odcisków palców, śladów po wilgoci. Zapalam papierosa by wytłumić zapach Twojego potu. Potem zmieniam pościel. Z dziwną obawą, że wyłonisz się spomiędzy pomiętych poduszek. Boję się, że gdy uniosę przepoconą kołdrę wyskoczysz niczym z puszki Pandory.

Gdy leżymy naprzeciwko siebie i jest już po wszystkim, niczym w amerykańskim filmie zaczynamy ze sobą rozmawiać. Podpuszczam Cię. Nie wierzę, że sex jest pretekstem do szczerości. Nie uważam, że wylizanie czyjejś cipki nadaje prawo do zwierzeń. Orgazm nie sprawi, że będę lepszym słuchaczem, że będę bardziej Tobą zainteresowana. A jednak, jestem niczym wygłodniały pies, wciąż węszę w poszukiwaniu świeżego mięsa. Chcę wyciągnąć od Ciebie każdy brudny sekret by potem sprzedać go tanio. Chcę wywiesić Twoją intymność na widok publiczny w zemście za to, że ośmieliłaś się pomyśleć, że możesz mnie mieć na własność. Chcę Cię sprowokować do odrobiny przemocy. Chcę obejrzeć Twoje zło. Chcę się wzbogacić Twoim kosztem. Chcę Cię okraść. Jestem niebezpieczna. Nie mam żadnych skrupułów, jeśli chodzi o opowiadanie cudzych historii.

Twojego błękitnookiego męża widziałam dwa razy. Raz w jakimś publicznym miejscu. Śmiał się podrzucając waszego maleńkiego syna, w górę i w dół. Bez strachu, bez wysiłku. Pomyślałam, ze jest anielsko piękny. Ładniejszy od Ciebie. Czysty i w pewnym sensie niewinny. Nie podejrzewałam mężczyzn o takie cechy.  Zapragnęłam go.

Drugi raz zapragnęłam go w Twojej wielkiej kuchni. Siedziałam na wysokim stołku barowym, przeglądając się w marmurowym blacie, największym koszmarze Twojej Ukrainki, która mieszkała w pokoju nad garażem. Mąż kroił cytryny. Z kocią ciekawością obserwowałam każdy jego ruch. Rozmawiałaś przez komórkę, za grubą szybą tarasu, rozgniatając obcasem sople spadające z dachu. Oddzielona rozmową niczym murem. Mąż i ja, nie rozmawialiśmy ze sobą. Podglądaliśmy się ukradkiem. Byłam na niego strasznie napalona, ale nigdy nie odważyłabym się zadrzeć z Twoim etosem rodziny. Mogłam tylko w ślepej furii próbować rozsadzić ją od środka, niczym partyzant sabotażysta. Mąż zaciął się w palec. Pochyliłam się w mgnieniu oka nad blatem i złapałam go za owłosiony nadgarstek. Patrzyłam jak czerwona kropla rośnie, pęcznieje od wewnątrz. Miałam ochotę spróbować. Krwi anielskiej, o smaku truskawek i cytryn. Nie wierzyłam, że Twój anielskooki mąż może być wypełniony mięsnym farszem, jak zwykli śmiertelnicy. Oblizałam usta. Chciałam poczuć jego paznokcie na żebrach podniebienia. Mąż przypatrywał mi się uważnie. Na jego szyi pojawiła się czerwona plamka, jak oznaka podziemnej myśli, jak zdradziecka psychosomatyczna choroba. Ostrożnie wyjął mi z dłoni swoją rękę jakby pozbawiał mnie groźnej broni. Jakby rozbrajał mnie. A potem spokojnie wrócił do krojenia cytryn. Tego wieczora nie odezwał się do mnie ani jednym słowem. Sącząc jedną wódkę za drugą, wtulony w poduszki włoskiej kanapy, przez cały czas próbował spojrzeć mi prosto w zawstydzone oczy, od czasu do czasu pocierając małą plamkę na szyi.

- Opowiedz mi o nim. – proszę niewinnie.
Krzywisz się. Na ułamek sekundy Twoja twarz staje się niestabilna i neurotyczna.
- Co chcesz wiedzieć? – przewracasz się na plecy. Nie chcesz już na mnie patrzeć.
Muszę działać ostrożnie, podczas polowania na słowa.
Nic nie chcę wiedzieć. Nie o Tobie.
- Jak się poznaliście? – staram się stępić ostre głoski, rozetrzeć wszystkie kanty. Staram się pozbawić mój głos wszelkich cech indywidualnych, tak byś była przekonana, że pochodzi ze środka Twojej głowy.  – Kto kogo poderwał? Kto kogo go zaprosił na pierwszą randkę? Pierwszy pocałunek? Pierwszy raz?

Przynęta została zarzucona. And now…. Let’s be done with this.

Zaczynasz mówić. Niczego nie podejrzewasz. Zakładasz, że moje pytania, że moje zainteresowanie jest zainteresowaniem Tobą. Nawet nie podejrzewasz, że chcę Cię upokorzyć i wykorzystać. Mówisz, mówisz, mówisz. A ja słucham, słucham i wpuszczam Twoją historię głęboko, głębiej niż wpuściłam Twoją dłoń. Okradam. Podniecam się i robię się mokra na samą myśl o upublicznieniu. I przekazuję posłusznie, co następuje;

Nigdy nie podejrzewałam, że pokocham kogoś takiego jak on. Grzecznego, miłego, dobrze wychowanego. Trochę nieśmiałego. Miłość była kompletna, a wszystko co zdarzyło się potem było jej naturalną konsekwencją. Przez pewien czas skonsumowanie, sex, posiadanie, nie interesowały mnie.  Mogłam żyć samą miłością. Mogłam marzyć tylko dlatego, że się do mnie uśmiechnął, gdy przepuszczał w mnie drzwiach, gdy podawał mi łyżeczkę bym mogła zamieszać kawę, gdy pomagał pozbierać rozsypane na wietrze kartki. Zrobiłabym wszystko dla jednego uśmiechu. Trywialne i prozaiczne, ale takie były moje uczucia. Proste i wyświechtane przez częstochowską poezję. A potem przyszedł ten wieczór. Zawsze przychodzi jakiś wieczór, poranek, godzina, minuta gdy wszystko się kończy rozpoczynając coś nowego.

Zabrał mnie na kolację. Miałam na sobie sukienkę, halkę, pończochy. Kilogramy cienkiego jedwabiu ukrytego pod kloszem spódnicy niczym zamiary przykryte warstwą czarnej, właściwej skóry. Do dziś się zastanawiam, czemu na naszą pierwszą randkę ubrałam się jak wdowa.

Bardzo długo spacerowaliśmy ulicami. Rozmawialiśmy. Wsłuchiwałam się w jego kroki. Wsłuchiwałam się w to jak nabiera powietrza. Liczyłam guziki jego koszuli. Odprowadzał mnie do domu. Zataczaliśmy co raz mniejsze koła, mijając te same budynki, wciąż skręcając w niewłaściwe uliczki. Aż wreszcie nadszedł ten moment.

Budynek, w którym wynajmowałam studio znajdował się na końcu alejki wysadzanej kwitnącymi drzewami. Powietrze mocno pachniało. Mdłości i zawroty głowy pojawiły się w momencie gdy przystanęliśmy u jej szczytu. Zdałam sobie wtedy sprawę, że gdy znajdziemy się na jej końcu wszystko będzie jasne. Wszystko wyjaśni się. Koniec z marzeniami. Koniec z fantazjami i snuciem tysiąca możliwych-nie-możliwych scenariuszy. Każdy mój domysł, każde pragnienie i potrzeba zostaną zweryfikowane. Za parę kroków. Wszystko się skończy. Utracę go w takiej formie w jakiej kochałam go do tej pory. Stanie się kimś innym, niezależnie od tego jak dalej potoczy się nasza historia.

Zaczęłam płakać, nie mogąc wykonać następnego kroku. Odwrócił się w moją stronę i spytał co się stało.
- Zastanawiam się, czy jak dojdziemy do końca tej alejki będziesz próbował mnie pocałować.  – odpowiedziałam.

Wydawało mi się wtedy, że po raz pierwszy w życiu zbliżyłam się do prawdziwego oblicza rzeczywistości. Wypowiedziałam prawdę.

Wyciągnął w moją stronę dłoń mówiąc;
- Chodź ze mną. Nie bój się.
Nie osuszyłam łez. Nie uśmiechnęłam się. Nie było mi ani żal, ani głupio, ani wstyd. Po prostu wzięłam go za rękę. I poszliśmy wzdłuż alejki, nie odzywając się do siebie ani nie zwalniając kroku.

Na schodach mojego domu pocałował mnie. Najpierw wykonał nerwowy gest jaki zawsze robi gdy jest bardzo zdenerwowany i zaniepokojony. Potarł wierzchem dłoni szyję, na której czasem pojawiają się małe plamki. A potem nachylił się i pocałował mnie w zamknięte usta. Złożył obietnicę.  I zostawił mnie z wciąż kurczowo zaciśniętymi powiekami, na schodach domu.

Całą noc siedziałam na kanapie przy otwartych oknach. Nocne, letnie powietrze nie mogło mnie ostudzić. Liczyłam oddechy. Liczyłam uderzenia serca. Starałam się nie myśleć o tym co się stało. Jak w potrzasku, jak zatopiona w gęstej materii czasu, która zbyt szybko zastyga wiążąc ciało. Jakby mnie nie było.  Czekałam w mojej wdowiej sukience. O świcie zapukał do drzwi. W ręku trzymał walizkę. I nagle staliśmy się nierozłączni. 

3 komentarze:

Renate pisze...

to remember: don't go to bed with a writer ;) ... nice story again, thanx :)

Labryska pisze...

Ja bym się w małżeńsko-dzieciate relacje nigdy nie chciała mieszać. Wtedy zawsze ktoś cierpi... zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl

Aimee pisze...

BARDZO dobre, Miss Frank! udało Ci sie zmienic styl cytujac. to spore osiagniecie literackie. literowka w przedostatnim akapicie -> wdowiej, nie wdowie sukience, jak przypuszczam