niedziela, 27 marca 2011

Good Life vs Złoty Wiek Narcyzmu

Czasem walczę z pokusą by przed postem umieścić dedykację, dla wszystkich tych, którzy mają obsesyjną potrzebę zdobywania wiedzy na temat mojego życia prywatnego. Czytajcie lipshit bloga i wypytujcie naszych wspólnych znajomych czy to co na stronach bloga jest prawdą, pytajcie mnie o imiona dziewcząt i sprawdzajcie czy pamiętam szczegóły fikcyjnych opowiadań, tropcie mnie i wytykajcie palcami, grzebcie w moim koszu na śmieci i próbujcie zhakować mój prywatny profil na facebooku, jeśli tylko dzięki temu choć na chwilę spręża się nerw odpowiedzialny za wasze podniecenie. Nie potępiam żadnych perwersyjnych przyjemności. W końcu jestem Św. Katarzyną Franciszkiem, patronem fetyszy, kiepskiej literatury i podejrzanych apetytów seksualnych, świętą od masturbacji i niemonogamicznych, nieheteronormatywnych, wulgarnych, obscenicznych, pretensjonalnych zachowań. Ament.

A więc, rzetelnie informuję, żyje mi się lepiej niż dobrze.

Przestawiłam łóżko. Teraz każdego dnia gdy budzę się najpierw spoglądam w niebo, które z dnia na dzień staje się bardziej niebieskie. Icy blue. Choć zamarznięte nad moją poczochraną głową, wiem, że w smaku przypomina lody waniliowe, wisienki koktajlowe i marzenia. Każdego dnia rosnę o parę nanomilimetrów i któregoś dnia uda mi się wreszcie stanąć na placach, wyciągnąć dłonie i wpakować do ust całą chmurę na raz. Będziesz wtedy obok, trochę śmiejąc się ze mnie, a trochę uważając żebym nie straciła równowagi, bym nie zrobiła sobie krzywdy, w ciągłej gotowości by mnie złapać. Ale jeszcze nie teraz.

Na śniadania pijam koktajle z zarodkami pszennymi, spiruliną i oceanicznymi algami. Pijam też tran. Pięć razy w tygodniu chodzę na siłownię. Przez półtorej godziny wsłuchuję się i wpatruję swoje ciało, doznając narcystycznych wzruszeń i poznając nowe ograniczenia. Codziennie staram się biegać. Moje ciało zmienia się. Staje się posłuszne. Tresuję je czule, próbujemy się zaprzyjaźnić. Jestem na diecie, zmieniam twarde jak skała nawyki żywieniowe. Robię burgery z tofu i objadam się tartymi jabłkami z marchewką. Siedzę w kuchni i stroję miny jak Gordon Ramsey rwąc rukolę i układając ją na płatach łososia gotowanego na parze. Już nie ściemniam, że nie umiem gotować. Nie piję kawy. Piję wódkę. Znowu zaczęłam palić i czuję się z tym świetnie. Od świąt schudłam 7 kg. Dbam o ciało, dbam o intelekt, narcystycznie otaczam się najlepszą na świecie opieką. Lubię patrzeć w lustro. Lubię mieć świadomość ciała. Lubię swoje libido, cipkę, mózg. Gdy wieczorami wracam po treningu do domu, licząc światła odbijające się w rzece, oddycham mocno i czuję głęboką wdzięczność. I’m on a right track baby, I was born to survive, I was born to be brave. Może to nie dobroć życia, może po prostu wkraczam w Złoty Wiek Narcyzmu? Zamiast autodestrukcji, niszczenia się, pakowania się w erotyczne kłopoty i prowokowania kolejnych katastrof, przyszedł czas na zasłuchanie, zapatrzenie i zachwyt? Zdrowe jedzenie, sport, minimalistycznie ubrania no logo, sex traktowany jako czynność niezbędna do codziennej higieny ciała i ducha, a wszystko w rytm ulubionego „w poniedziałek JA, we wtorek JA, w środę JA…” . Rozdarta między Barneyem, który twierdzi, że częścią procesu twórczego i wykształcania artystycznej tożsamości jest również praca nad ciałem, jako najdoskonalszym z narzędzi, a antykonsumpcyjnymi zagrywkami Chucka „samodoskonalenie to onanizm, a autodestrukcja to…”. Złoty Wiek Narcyzmu pochłania mnie i zachwyca, niczym nowy renesans, nowa odsłona Katarzyny Frank. Czy życie kiedykolwiek wytraca na intensywności? 

Jestem zakochana. W kimś kogo nie mogę mieć. Zakochana czule, tkliwie i delikatnie. Snuję marzenia i zrzucam je na samo dno bezdennej studni, którą noszę między żebrami. Spadając w ciemność wirują jak złote monety. Każda błyszczącą iskra szybująca w dół to jedno marzenie o Tobie. Spalam się w pragnieniu i jestem zakochana beznadziejnie, co nie przeszkadza mi oczywiście uprawiać sexu i dobrze się bawić. Nie wierzę w mit podrywacza – uwodziciela. Przekonuję się, że został podstępnie uknuty przez tych, którzy po drugiej randce w łóżku planują wspólne wakacje. Nie wkurzajcie się gdy mówię „jestem sama” , „jestem singlem” , „nie wchodzę w związki” , „nie chcę nic zmieniać” , „jedyne co mam do zaoferowania to dobra zabawa”. Postarajcie się to zrozumieć. Nie potakujcie i nie przyklaskujcie z entuzjazmem, jeśli szukacie czegoś innego. Jeśli nie potraficie temu sprostać, lepiej trzymać się ode mnie z daleka.  Ja nie kłamię. Nie oszukuję. Wolę zniknąć niż zwodzić. Moje ego nie potrzebuje żadnego podbudowania. Jestem single. Sama ale nie samotna. Czasem brakuje mi wsparcia, opieki, szczególnie w obliczu seksualnej przemocy. Kogoś kto wziąłby mnie za rękę mówiąc „zabieram Cię do domu” i nie chciał nic w zamian. Kogoś przy kim można spać spokojnie. Kogoś przy kim można stracić kontrolę i nie zrobić sobie krzywdy. Ale na to przyjdzie pora. Na razie jestem płomieniem, do którego przysuwasz z ciekawością twarz i zaraz musisz się odsunąć, by uniknąć trwałych poparzeń. Na razie jestem zakochana i choć to jednoosobowe zakochanie, mówię „ jest dobrze”. Mówię „jestem” i dobrze wiem co się za tym kryje.

Praca w korporacji jest jak rozdwojenie jaźni. Niczym bohater „Fight Club” czasem podpisuję służbową korespondencję czy różnokolorowe kwity, zlecenia jako Frank Franciszek. Pytają się wtedy „Kim jest motherfckn Franciszek”? Agresywnie odpowiadam „ Nie wiesz? A czy Franciszek wie, że nie wiesz  kim on jest? A ma się dowiedzieć? ” i odchodzę stukając obcasami jakbym detonowała kolejne bomby. Z korporacyjnego kalendarza wypadają szkice kolejnych scen dla Kasi Pepper, zdjęcia jej sukienek, butów, nakryć głowy, rysunki techniczne pomieszczeń, w których przebywa. Na pulpicie służbowego laptopa złocą się foldery o nazwach jak tytuły kolejnych rozdziałów czy imiona bohaterek. Czasem zapominam się na przerwach na lunch wytrwale notując na serwetkach, rachunkach, kartkach zadrukowanych lunchem dnia. A potem obciągam żakiecik i wracam za swoje wielkie biurko, obwijam się zestawem słuchawkowym i by mieć święty spokój, prowadzę długie rozmowy sama ze sobą. Na szkoleniowej konferencji z nudów tłumaczę wiersze Nicole Blackman, a potem uśmiecham się od ucha do ucha i profesjonalnym tonem opowiadam o zawiłościach procesów obsługi. Na spotkaniach, postukując obcasem o kant chromowanej nogi, myślę o klawiaturze, która w czarnym uśmiechu, szczerzy się do mnie w zaciszu Frankowej sypialni. I jak to mawiała moja znajoma „już bym chciała, a jeszcze trochę się boję”. Do majówki powinno być już po wszystkim. Wersja próbna i robocza, różowo czarna okładka. Spotkania z wydawcami poumawiane na pierwszą połową maja. Zastanawiam się co potem. Gdy to się wreszcie stanie i Książka znajdzie się w moich / waszych rękach. Rozpęta się piekło i by uniknąć stosu, trzeba będzie podbić cały świat. Nie ważne… Ważne jest tylko K jak LMS, L jak London, W jak Wyjechać Stąd.

I prawie nie zauważyłam, że nie złożyłaś mi życzeń na urodziny… 

10 komentarzy:

nostalgia pisze...

czytając każdą Twoją notkę coraz bardziej fascynuję się opisami, które tworzysz. ;]

Renate pisze...

...różowo-czarna okładka - jest dobrze :) czekam...

baluk pisze...

Nie lubię Cię, ale lubię Cię czytać. Ale takiego Tarantino też nie lubię, a Kill Billa uwielbiam. Bywa.

KaRrla pisze...

Ten post jest świetny, bo bije od niego pozytywizm, pasuje do Twojego "blogowego charakteru" Kurde cieszę się, że niedługo..wyjdzie książka.
Kupiłam Ogrody Kensington, kiedyś prosiłaś, żebym podzieliła się wrażeniami.Stanęłam na 60stronie..i póki co tak zostało, może kiedyś zjem ją do końca, ale póki co nie wciągnęła mnie na tyle.

lipshit pisze...

@Karla
W Ogrodach Kensington byłam zakochana od pierwszej strony, od pierwszej zgłoski. Może to nie literatura w Twoim typie.

Dla inspiracji, teraz zachwycam się Arligton Park.

KaRrla pisze...

W wolnej chwili zajrzę.
Moje marzenie dotyczące tego bloga to - nie ważne jak dobrze odebrana zostanie książka i co stanie się Twoim literackim przekaźnikiem myśli, nie zapominaj napisać tu od czasu do czasu postu, do którego można zajrzeć w każdej chwili.

shadow pisze...

jak to jest byc zakochanym w kims kogo nie mozesz miec? to znaczy jak u Ciebie bo jak u mnie to wiem;)

Labryska pisze...

Przykre, że zakochałaś się w niedostępnej kobiecie. Pewnie heteryczka i do tego mężatka? zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl

lipshit pisze...

@Labryska

to niestety o wiele bardziej skomplikowane.

lipshit pisze...

@ Karla

zawsze naturalne wydawało mi się, że wydanie Książki oznacza śmierć Lipshit Bloga.